Bark prawie nie boli, a uzdrowiłam go clubbingiem.
Znowu wybrałam się na clubbing sama, ale, w przeciwieństwie do zeszłego tygodnia: a) nie było korków, b) zabrałam Gacka. Ha! Co prawda pogoda sprzyja raczej piciu herbaty i sprawdzaniu mocy nalewki pigwowej, no i jestem masakrycznie niewyspana (niektórym wychodzą kolejne zęby), ale...
Dla porządku, zacznijmy od teorii: rozgrzewka + 4 x 1,6 km po 4:50 min/km (2 minuty przerwy) + 6 x 200 m po 50 sek (200 m przerwy) - 1,6 km po 4:50 min/km. Rozgrzewka była bardzo miła i nawet zdjęłam po niej ocieplaną bluzę, zostając w podkoszulku termalnym z długimi rękawami i bardzo cienkiej wiatrówce (no i w cienkich legginsach, rzecz jasna). Dobrze mi się biegło, więc pierwsze 1,6 km pobiegłam po 4:42 min/km. Za szybko. Następna 4:43 min/km, potem 4:44 min/km i wreszcie 4:45 min/km. Szło ku dobremu, ale trzeba było przejść do 200-metrówek. Na pierwszej musiałam walczyć o miejsce na torze z dużymi gabarytowo panami, którzy truchtali sobie na pierwszym, drugim i trzecim torze. 54 sek. Druga 200-metrówka miała 130 metrów, bo coś mi się pomyliło. Kolejne biegałam w 46-48 sek. Nie patrzyłam na tempo z Gacka, tylko biegłam szybko, ale nie na maksa. No i tak wyszło. Już chciałam zrezygnować z ostatniego 1,6 km, ale ruszyłam i nie mogłam uwierzyć jak łatwo i lekko mi się biegło. Za lekko. Mimo znacznego zwolnienia na ostatnim kółku, wyszło 4:41 min/km. No i tak to.
Porozciągałam się, ustaliłam to i owo z Szefowo i wróciłam do biednych chłopaków. Młodszy ząbkuje, starszy pociąga nosem... Dobrze, że nie na odwrót.
Chyba pojadę na Grand Prix Warszawy w sobotę i pobiegnę treningowo 5 km. Piszę "chyba" i w ogóle nie chcę zapeszać, żeby nie nabijać statystyk Startów, Których Nie Było. No więc, choć zasadniczo i pobieżnie w przesądy nie wierzę, spluwam przez lewe ramię, odpukuję w niemalowane drewno i idę spać.
Czego i Wam, rzecz jasna.
PS. Aha, tak w ogóle nie polecam leczenia kontuzji ani przeziębień biegiem. Lepiej się wyspać.
środa, 2 listopada 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Oryginalne zestawienie miał ten opisany trening. Trochę mnie teraz kusi, żeby spróbować czegoś podobnego. Szczególnie ze względu na konieczność zmobilizowania się do przyspieszenia na ostatnim 1,6-kilometrowym odcinku.
A co do leczenia, to na lekkie przeziębienie, lekki trening u mnie działa znakomicie.
Kiedy dostałam karteczkę z zadaniem do wykonania, miałam ochotę zrobić interwał do domu ;-) Najgorsza była druga i trzecia 1.6, bo czwartą pobiegłam już z przyzwyczajenia. 200-tki biegło mi się niebywale łatwo i lekko, a ostatnie 1.6 to już było ciągłe hamowanie, bo nogi po prostu wyrywały się do żwawego tempa. W sumie (razem z rozgrzewką i schłodzeniem) wyszło ponad 14 km.
Mnie bieganie nie pomaga na żadne dolegliwości poza zapchanym nosem i złym humorem / dołem ;)
Żadne chyba;)musisz polecieć:) nie ma innej opcji;)Podobno jak jednemu facetowi coś dolega to jeszcze jako tako;) ale dwóm to już masakra hi,hi.... pozdrowionka i powodzenia:)
Święta prawda, Tete. Pozdrawiam!
I jak? Udało się Ci się pobiec? Życzę dużo zdrowia Twoim mężczyznom
Ultrasetko, udało się i nawet zdążyłam napisać relację ;) Dziękuję za życzenia - zaraz im przekażę!
Prześlij komentarz