Gdzie nie spojrzeć, tam mowa o roztrenowaniu. Taki czas, chyba że ktoś trenuje do maratonu w Marrakeszu, względnie zaczął tapering przed Florencją.
W poprzednim poście napisałam, że nie biegam i nic się w tym zakresie nie zmieniło. Mam fizyczną i psychiczną potrzebę odpoczynku od swojego hobby. Chcę i muszę doprowadzić się do stanu, w którym zatęsknię za bieganiem tak bardzo, że bez marudzenia wstanę jeszcze ciemną nocą i potruchtam swoimi zimowymi ścieżkami, po czym wrócę do domu zmachana, szczęśliwa i bardzo głodna.
Chociaż... Zaraz, zaraz. Wracałam sobie któregoś wieczoru z romantycznych zakupów typu pieluchy, papier toaletowy itepe. Stanęłam na czerwonych światłach, a po chodniku najpierw przemknął jeden biegacz. Potem drugi. Potem trzeci. I coś mnie ugryzło w środku jestestwa. Tak jakby tęsknota. Hm. Może w weekend?
Na razie poszłam na całość i zafundowałam sobie trzy treningi w dwa dni: siła, rozciąganie i stabilizacja. Było tak:
W środę popołudniu poleciałam do pieczarkarni. 1 km rozgrzewki na bieżni (jak zwykle gorąco, sucho i nudno), po której przez ponad godzinę katowałam wszystko: nogi (bieganie po pagórkach i narty już naprawdę niedługo, a z siłą zrobiło się nędznie), pupę, plecy, brzuch, obręcz barkową, bicepsy i tricepsy. Dużo tzw. core stability. Symboliczne rozciąganie (ze względu na wieczorne plany) i w zasadzie poczołgałam się do szatni i pod prysznic. Potem jeszcze dołożyłam sobie galop do domu z dwiema ciężkimi siatami z zakupami.
Ledwo zdążyłam coś zjeść po powrocie, a już trzeba było szykować się na kolejny trening. Tym razem nietypowy clubbing - w sali gimnastycznej. 20 minut sprawności ogólnej, brzuszki, trochę wzmacniania pleców i wreszcie zaczęło się rozciąganie. Oj, nie jest ze mną dobrze. Jest nawet bardzo niedobrze: prawy czworogłowy okropnie ściągnięty, biodrowo-lędźwiowy - dramat, lewy pośladek - mamma mia... I tak dalej. Będzie trzeba w weekend wyciągnąć matę i, korzystając z drzemki Ironmana, przypomnieć sobie rozmaite asany. A potem tak ze dwa razy w tygodniu po 40 minut, bo inaczej będzie wielka rozsypka.
Dzisiaj wieczorem wybrałam się na Ergowarsztaty, czyli godzinę stabilizacji prowadzoną przez Autorkę Planu i jej Męża. Spotkałam Avę i Mausera. Sponiewierałam się. W szczegółach wyglądało to tak: zaczęłam od przysiadów i wymachów nogami na bosu - ustawionym "normalnie" i odwróconym. Potem chodzenie po równoważni, ćwierćprzysiady na jednej nodze na równoważni i jaskółki na równoważni. Wykroki na "berecie". Opieramy palce jednej stopy na piłce lekarskiej, opieramy się na rękach i drugą stopę unosimy do góry. Wytrzymujemy, licząc do 10. Lewa, prawa, lewa, prawa. A potem ćwiczenia na dużych piłkach, tylko nawet tych ćwiczeń nie potrafię opisać. Część pamiętam ze Szklarskiej Poręby. Powtórzę raz jeszcze: sponiewierałam się.
Dobrej nocy!
wtorek, 22 listopada 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
Bardzo żałuję, że nie byłam na warsztatach Ergo, niestety, przedprzeprowadzkowe pakowanie, rozmrażanie lodówki i podobne przyjemności miały pierwszeństwo.
Zawsze, jak widzę biegacza na ulicy (kiedy nie biegam) mam ochotę pozdrowić go, i najchętniej dołączyć i też pobiegać :-)
Odpoczynek od biegania - dobra rzecz, a i pewnie na dniach zakończysz odpoczynek :-)
Miło było Cię spotkać :) Mnie rano bolały jedynie mięśnie brzucha.
@Emilia, podobno mają być jeszcze jedne, ale nie wiem, kiedy. Powodzenia z przeprowadzką!! To dopiero siłownia ;)
@Mauser, mnie dziś boli wszystko, ale mam chyba kumulację z 3 treningów ;)
Muszę powiedzieć że Twoja Autorka Planu wymyśliła bardzo fajne ćwiczenia. Też dostałam w kość. Chyba jednak kiedyś spróbuję na ten wasz clubbing jesli można się będzie wcisnąć. :)
@Ava, a propos clubbingu, najlepiej skontaktować się bezpośrednio z AP :) A ćwiczenia są i fajne i straszne, zwłaszcza to z Wielką Piłką, która nie chce stać w miejscu, gdy kładzie się na niej bokiem ;)
Prześlij komentarz