Obudziło mnie słońce. Poranna krzątanina, śniadanie i wsiadamy do dwóch busów. Macham do męża i Ironmana przez okno. Ruszamy w stronę Świeradowa, który kiedyś musiał być śliczny, a teraz przeżywa inwazję billboardów, turystycznego badziewia i plastikowych okien. Może jeszcze kiedyś ktoś uratuje urodę tego miejsca?
Wysiadamy pod nowoczesną stacją gondolową - "jak w Alpach" - plotkujemy z dziewczynami. Ceny też Alpejskie i to raczej ze szczytu sezonu, bo pojedynczy wjazd kosztuje, uwaga, uwaga, 22 złote!! Koleżanka pyta, czy może dostać mapkę. Pani z okienka pokazuje jej mapy do kupienia. Nie, nie, nie - DOSTAĆ. Tak jak w Alpach. Nie ma. Gondola kursuje co... pół godziny, ale mamy szczęście, bo przybyliśmy dosłownie kilka minut przed odjazdem. Wsiadamy do nowiutkiego, czystego wagoniku i mkniemy na szczyt Stogu Izerskiego. Szybciej biegająca mniejszość wbiega sama.
Po wyjściu z gondoli kierujemy się do pięknego schroniska, w którym mamy poczekać na wbiegających. Zerwał się zimny, przenikliwy wiatr, więc zamawiam gorącą herbatę. Pierwsi twardziele dobiegają na górę z nowiną: pada. O, mamo... Wyciągam kurtkę goretexową, zakładam czapeczkę z daszkiem, plecak. Ruszamy.
Rzeczywiście pada. Zbiegamy w stronę Polany Izerskiej. Ścieżka jest wąska, kamienista. Kamienie śliskie od wody, a pomiędzy nimi szybko robią się kałuże. Skręcamy pod dość stromy stok, którym podchodzimy gęsiego. I znów zbiegamy. Trafiam nogą w grząskie błocko i moje buty ostatecznie przestają być suche. Kiedy docieramy do Polany Izerskiej i asfaltowej drogi to w zasadzie nie ma znaczenia, bo leje jak z cebra. Mam przemoczone WSZYSTKO: buty, skarpetki, krótkie spodenki, tylko kurtka daje namiastkę ochrony przed wszechobecną wodą. Wreszcie widzimy Chatę Górzystów, która jest punktem pośrednim wycieczki.
Wpadam i zamawiam naleśniki z pieczarkami, herbatę z sokiem, po czym idę do łazienki, żeby zmienić wszystkie mokre ciuchy na suche. W międzyczasie dociera reszta wycieczki, a zaraz za nimi przywędrowuje prawdziwa nawałnica - z piorunami, grzmotami i oberwaniem chmury. Mamy czekać na poprawę pogody. No to czekamy. Jedna z Pań Górzystek zapala świece. Jest miło, ciepło, sucho.
Burza przechodzi i Jacek daje sygnał do dalszego biegu. Skracamy wycieczkę i biegniemy przez Orle do Jakuszyc. Hala Izerska, Dolina Izery - wszystko wygląda inaczej niż poprzedniego dnia. Deszcz powoli ustaje, a przy Orlem wychodzi słońce. Zatrzymujemy się na chwilę, żeby zdjąć kurtki. Nadbiega Jacek i oznajmia, że wobec zmiany pogody... nie biegniemy do Jakuszyc, tylko kontynuujemy wycieczkę przez Samolot, Kopalnię Stanisław i Wysoki Kopiec. Wewnątrz wściekam się, bo jestem przemoczona i, mimo popasu w Chatce Górzystów, głodna. Moja głowa wytworzyła już sobie miłe obrazki: suche rzeczy, pizza ze szpinakiem, prysznic.
Część osób decyduje się na skrócenie wycieczki i biegnie do Jakuszyc, ale ja w końcu zostaję. Zaczyna się długie i w miarę strome podejście Szklarską Drogą (zwaną też Starą Drogą Celną). Docieramy do Rozdroża pod Cichą Równiną i znów podbiegamy, ale, dla odmiany, asfaltem. Słońce tak przypieka, że nawet moje przemoczone buty wydają się prawie suche. Truchtam sobie spokojnie, aż docieram do Kopalni "Stanisław". Czekam chwilę na dwie koleżanki i decydujemy się odbić w prawo. Nasza radość z równej drogi prowadzącej w miarę w dół trwa krótko, bo szlak skręca wąziutką ścieżynką w las, a następnie prowadzi niewiele szerszą przecinką pomiędzy świerkami. Dużo kamieni i kałuż, które staram się omijać ze zmiennym szczęściem. Buty prędko zmieniają wilgotność z prawie suchych na zalane. Od czasu do czasu między świerkami widać przepiękną panoramę Karkonoszy, a nad nimi nadciągające wały chmur. Oj, trzeba wydłużyć krok.
Jeszcze kilka kamienistych podejść, cudownych widoków i wreszcie jestem przy schronisku na Wysokim Kamieniu. Koleżanki zachwalały szarlotkę - dlaczego by nie? Zjadam zrobioną rano przez męża kanapkę, schroniskową szarlotkę (rzeczywiście pyszna!), wypijam herbatę i powoli ruszamy, zwłaszcza że ołowiany wał znad Karkonoszy wydaje się dziwnie bliski.
Schodzimy po stromych schodkach, truchtamy po śliskich kamieniach, a w końcu macham sama do siebie ręką i decyduję się na przyspieszenie. Buty zdały egzamin i doleciałam sprawnie na dół nie zaliczając po drodze żadnej gleby. Wbiegam do Szklarskiej Poręby i dzwonię do męża, prosząc, żeby zabierał Ironmana, suche rzeczy i czekał na mnie w "Kaprysie". Lecę sobie, lecę, ale robi się pod górkę, a miało być cały czas w dół. Hm... Pytam przechodzących dzieci, którędy na stadion, bo z niego do Kaprysu trafię z zamkniętymi oczami. Dzieci śmieją się i pokazują przeciwny kierunek. Yyyyy.... Dobra, lecę, lecę. Zakręt. W prawo, czy w lewo? Zdaję się na instynkt i skręcam w prawo. Biegnę, biegnę. Jasny gwint - znowu pod górę! Pytam przechodzącą parę, gdzie jest stadion. Nie wiemy. A centrum? Nie wiemy. Na wszelki wypadek zawracam. Klucząc jeszcze trochę wreszcie dobiegam do znajomego punktu, tzn. do stacji kolejowej, przy której włączam turbodoładowanie i docwałowuję po chwili do Kaprysu. Wyszło chyba trochę ponad 28 km (gdyby nie kluczenie po Szklarskiej, pewnie byłby z kilometr mniej). Cudna wycieczka - bardzo się cieszę, że nie posłuchałam swojego wściekania i nie zrejterowałam do Jakuszyc.
A nawałnica uderzyła, kiedy już siedziałam w suchych ciuchach nad pizzą ze szpinakiem i bezalkoholowym piwem z sokiem (poza obozami biegowymi nie wzięłabym do ust piwa z sokiem!).
Piękny dzień. Wieczorem mamy jeszcze zajęcia z rozciągania, które bardzo dobrze robią moim pospinanym częściom ciała.
c.d.n.
Jeszcze kilka kamienistych podejść, cudownych widoków i wreszcie jestem przy schronisku na Wysokim Kamieniu. Koleżanki zachwalały szarlotkę - dlaczego by nie? Zjadam zrobioną rano przez męża kanapkę, schroniskową szarlotkę (rzeczywiście pyszna!), wypijam herbatę i powoli ruszamy, zwłaszcza że ołowiany wał znad Karkonoszy wydaje się dziwnie bliski.
Schodzimy po stromych schodkach, truchtamy po śliskich kamieniach, a w końcu macham sama do siebie ręką i decyduję się na przyspieszenie. Buty zdały egzamin i doleciałam sprawnie na dół nie zaliczając po drodze żadnej gleby. Wbiegam do Szklarskiej Poręby i dzwonię do męża, prosząc, żeby zabierał Ironmana, suche rzeczy i czekał na mnie w "Kaprysie". Lecę sobie, lecę, ale robi się pod górkę, a miało być cały czas w dół. Hm... Pytam przechodzących dzieci, którędy na stadion, bo z niego do Kaprysu trafię z zamkniętymi oczami. Dzieci śmieją się i pokazują przeciwny kierunek. Yyyyy.... Dobra, lecę, lecę. Zakręt. W prawo, czy w lewo? Zdaję się na instynkt i skręcam w prawo. Biegnę, biegnę. Jasny gwint - znowu pod górę! Pytam przechodzącą parę, gdzie jest stadion. Nie wiemy. A centrum? Nie wiemy. Na wszelki wypadek zawracam. Klucząc jeszcze trochę wreszcie dobiegam do znajomego punktu, tzn. do stacji kolejowej, przy której włączam turbodoładowanie i docwałowuję po chwili do Kaprysu. Wyszło chyba trochę ponad 28 km (gdyby nie kluczenie po Szklarskiej, pewnie byłby z kilometr mniej). Cudna wycieczka - bardzo się cieszę, że nie posłuchałam swojego wściekania i nie zrejterowałam do Jakuszyc.
A nawałnica uderzyła, kiedy już siedziałam w suchych ciuchach nad pizzą ze szpinakiem i bezalkoholowym piwem z sokiem (poza obozami biegowymi nie wzięłabym do ust piwa z sokiem!).
Piękny dzień. Wieczorem mamy jeszcze zajęcia z rozciągania, które bardzo dobrze robią moim pospinanym częściom ciała.
c.d.n.
Widok ze schroniska na Izerskim Stogu
Chata Górzystów w czasie burzy
Pod Wysokim Kamieniem
Burza wędrująca znad Karkonoszy
3 komentarze:
te wczasy rodzinne to mega wakacje:) do tego przygód bez liku;) super ! pozdrowionka z podziękowaniami;)
nie ma to jak dobry instynkt :)
@Tete, tak, super wakacje!
@Mwookash, mhm. I orientacja w terenie :)
Prześlij komentarz