czwartek, 25 sierpnia 2011

Wczasy rodzinne odc. 4 (ostatni)

Sobota 20.08

Ostatni poranny rozruch. Zimny, rześki poranek - cudowne powietrze po burzy. Rzucamy kolorowymi piłeczkami, czasem trzeba wbiec na mokrą od rosy trawę. Śniadanie.

Po śniadaniu zbieramy się na wyścigi. Jacek wytyczył 6-kilometrową trasę: 750 m od furtki naszego pensjonatu do hydrantu przy wejściu na Drogę pod Reglami i z powrotem. I tak 4 razy w tę i z powrotem. Agnieszka zabiera pomarańczowy słupek i biegnie, żeby pilnować nawrotki. Wyścigi będą biegiem z handicapem. Pierwsza grupa rusza o 10:30, następna o 10:32, następna o 10:34, potem ja, samotny niebieski żagiel, o 10:35, dwie osoby o 10:39, następna o 10:40 i dwaj najszybsi ścigacze - chyba o 10:42. A co z Ironmanem? Jacek przyjął go na pomocnika do sędziowania. Nie wiem, co tam z tej pomocy wyszło, bo podobno Ironman cały czas gadał i się śmiał. W każdym razie, obydwaj panowie wyglądali na zakumplowanych.

Ruszyły pierwsze 3 grupy, ustawiam się na starcie i biegnę. Start zaczyna się od najmocniejszego podbiegu, który, jak wyliczyłam następnego dnia, ma 230 metrów. Potem z górki, płasko i znowu podbieg aż do hydrantu. Tyle, że łagodniejszy. I z powrotem, więc tam, gdzie było pod górkę jest z górki i na odwrót. Przekonuję się po raz kolejny, że nie umiem szybko zbiegać po stromej trasie. Powiedzmy, że granicą nachylenia jest dla mnie Agrykola. Głowa hamuje jak tylko się da - boję się, że połamię sobie nogi albo zjadę na zębach. Lub tyłku. Wbieganie nie jest problemem - mogę z siebie wycisnąć ostatnie siły, żeby nie przejść do marszu. A przy zbieganiu włączają się hamulce i cześć.

Na razie biegnę sobie swobodnie i wyprzedzam kolejne osoby. Na trzeciej nawrotce przy hydrancie Agnieszka krzyczy na mnie, że za dużo gadam i za świeżo wyglądam i mam wreszcie się przyłożyć do biegania. Na czwartej nawrotce znowu: "Hanka, biegnij! Ostatnia prosta!". No to biegnę, ale na ostatnim podbiegu słyszę za sobą straszliwe rzężenie. Przyspieszam. Rzężenie trochę przycicha. Kurde, robi się z góry i głowa krzyczy, ze połamię nogi. Rzężenie się przybliża i wyprzedza mnie na... 3 metry przed metą.  Pada nieomal bez życia, a ja jestem świeżutka, bo tak się bałam o połamanie nóg, że wolałam przegrać na finiszu. Ot, cała ja. I tak jestem zadowolona, bo na pagórowatej trasie biegłam w tempie 5:09 min/km. Ciekawe, ile wyszłoby na płaskim.

Po wyścigach mamy dużo wolnego czasu, z czego korzystamy zabierając Ironmana na spacer po Szklarskiej, a siebie, przy okazji, na pstrąga, a potem na deser do Fantazji. Po drodze jakaś pani w wieku, hm, średnim, budowy, hm, więcej niż średniej, głośno komentuje, że bieganie z dzieckiem w wózku to głupota, bo dziecko może wypaść. A my przecież wyszliśmy na nobliwy spacer na deptak. Jak ludzie.

Desery w Fantazji są nieodmiennie pyszne, a espresso naprawdę "jak we Włoszech", ale uciekamy z miłego ogródka do środka, bo osy nie dają spokoju. Po południu mamy jeszcze zajęcia z siły (obwód), a wieczorem technikę biegową. Niestety opuszczam technikę i zostaję w pokoju ze śpiącym Ironmanem, którego nie mam sumienia budzić wycieczką na stadion. Mąż reprezentuje nas dzielnie i zajmuje 3 miejsce w biegu na 400 m przez płotki.

Ironman budzi się na wykład Agnieszki o kontuzjach u biegaczy (przygotowany na podstawie jej własnych badań do pracy licencjackiej), a potem zabieramy go w foteliku samochodowym na wręczanie świadectw do Kaprysu. Wszystko fajnie, tylko smutno mi, że to już koniec obozu i że trzeba wracać do warszawskiej codzienności i płaskiego krajobrazu.

Niedziela 21.08

Ironman budzi nas jakoś mocno rano. Jestem połamana i zesztywniała jednocześnie, więc zakładam ostatnie czyste ciuchy do biegania, buty i lecę na maleńkie roztruchtanie na Drogę pod Reglami. Znów śliczny poranek, który, tym razem, mam tylko dla siebie. Biegnę raczej wolno - nie znam tempa, bo Garminowi padła bateria. Dobiegam do miejsca oznakowanego jako nawrotka w naszym środowym treningu OWB2 i wracam do pensjonatu. 4 kilometry - tak, żeby rozgrzać mięśnie i porozciągać się, co też robię z wielkim entuzjazmem na przypensjonatowym trawniku.

Śniadanie, pakowanie, wyjazd.

I 10 godzin drogi do Warszawy.

Koniec.

Podsumowanie:

Trochę się obawiałam, jak w praktyce wyjdzie obóz biegowy z półrocznym dzieciaczkiem, zabieranie go na zajęcia, itp. Wyszło bardzo, bardzo dobrze. Poza jednym niezaplanowanym opuszczeniem zajęć z techniki, nie było żadnych problemów.

Jestem naprawdę zadowolona ze swoich postępów - widziałam ogromną różnicę w kondycji zeszłorocznej i tegorocznej. Że o technice już drugi raz nie będę przynudzać.

Trafiliśmy na mocno sfeminizowany turnus. Świetnie! Cieszę się, że tyle kobiet, w różnym wieku i na różnym poziomie zaawansowania, zdecydowało się na tygodniowy wycisk w górach.

Przebiegłam w sumie 82 km - mniej niż w zeszłym roku, ale to i tak mój drugi najbogatszy kilometrażowo tydzień w historii biegowej.

Ja chcę na kolejny obóz / wczasy!

PS. Kilka zdjęć zrobionych przez męża.

Śnieżka

Ostatnie metry przed schroniskiem Orle

Strumień przy Drodze pod Reglami

Widok na Śnieżne Kotły z centrum Szklarskiej

4 komentarze:

tete pisze...

wow! Gratki :)pracowite "wczasy" ;)ale teraz z taką formą to Haniu to nawet wiatr Cię nie dogoni ;)pozdrowionka dla całej Rodzinki:)

Unknown pisze...

Fajne wakacje, nie dziwię się, że szkoda Ci wracać do Warszawy.

Też nie lubię biec ze stromej górki, zawsze hamuję na maksa, bo boję się, że się zabiję :-)

Wielu rodziców twierdzi, że pojawienie się dziecka uniemożliwia robienie czegokolwiek dla siebie. Oceniać nie mam prawa, bo rodzicem nie jestem, ale podziwiam taką organizację i determinację jak Twoja i Twojego męża, by nie rezygnować ze swoich pasji.

A co do pani nieśrednich rozmiarów, tak, z pewnością zapakowałabyś małe dziecko w wózek, z którego może wypaść! Pomysłowość ludzka nie zna granic.

Anonimowy pisze...

Ale fajne te wczasy.Jak już będzie po mojej Kotlinie to chyba odwiedzę Fantazję i wypróbuję jakiś deser, albo nawet dwa na sobie. Podobnie jak Emilia podziwiam Was za determinację, organizację czasu i pasję.

Hankaskakanka pisze...

Kochani, bardzo dziękuję za miłe komentarze. Jeśli chodzi o podziw (w tym miejscu oblewam się pąsem) - dziewczyny, z perspektywy kilku miesięcy z Ironmanem stwierdzam, że nie taki wilk straszny jak go malują :) Pewne rzeczy stają się rutyną, z paru na jakiś czas się rezygnuje i jakoś daje się przeżyć ;) A nawet pobiegać, choć na razie tylko nieśmiało marzę o wiosennym maratonie. Może Ironman polubi długie wybiegania na saneczkach? ;)