Po 10 godzinach turlania się przez malownicze zakątki pięknej naszej Polski całej, dotarliśmy wczoraj do domu. Smutno i tęskno.
A teraz relacja w porządku chronologicznym:
Niedziela 14.08
Mieliśmy wyruszyć o 8 rano. Potem o 9. Wyjechaliśmy o 10. Wymyślając długo, jak ominąć rozbudowywaną trasę "katowicką", postanowiliśmy jechać na Żyrardów, Skierniewice, Pabianice, Wieluń, Opole i dalej autostradą do zjazdu na drogę nr 3 (na wysokości Legnicy). Fajnie, ale schody zaczęły się w Skierniewicach (mam pecha do tego miasta - za pierwszą wizytą dostałam w nim jedyny w życiu mandat), kiedy okazało się, że droga w kierunku Łodzi i Pabianic jest remontowana i musimy jechać "trochę" dookoła, czyli dorzucić ze 30 km. Przed Pabianicami zrobiliśmy postój na stacji benzynowej, bo Ironman zażądał obiadu i zmiany pieluchy oraz odrobiny rozrywki poza fotelikiem samochodowym. Przed Opolem stanęliśmy w straszliwym korku (zwężenie, remont). W końcu wyjechaliśmy na autostradę, a potem, już bez żadnych przeszkód zjechaliśmy w stronę Jeleniej Góry. Przed Bolkowem zatrzymała nas policja, która prowadziła wyrywkową kontrolę w ramach akcji "trzeźwość". Prowadził akurat mąż, wyszło 0. Przed sobą mieliśmy przybliżające się Karkonosze, z doskonale widoczną Śnieżką, stację przekaźnikową na Śnieżnych Kotłach, Szrenicę.
W Jeleniej Górze trafiliśmy na psychopatę - przyspieszył, żeby uniemożliwić nam zjazd z lewego pasa na środkowy, a potem jeszcze machał łapami i stukał się w głowę. Został zignorowany i chyba strasznie go to ubodło, bo zaczął nagle hamować na środku drogi - raz, drugi, trzeci. Super - nasz samochód ciężki, wyładowany po brzegi, z tyłu Ironman w foteliku, a tu jakiś debil pokazuje siłę swoich hamulców. Mąż go wyprzedził z wizgiem (nie wiem, czy w miejscu do tego przeznaczonym, bo siedziałam z zamkniętymi oczami) i na tym skończyliśmy przygody drogowe w powiecie jeleniogórskim.
Dotarliśmy do pensjonatu ("Retro" przy hotelu "Olimp" - turystyczny standard bez specjalnych fajerwerków, ale i bez koszmarów), zjedliśmy kolację, poszliśmy na spotkanie organizacyjne, a potem prędko spać.
Poniedziałek 15.08
Pobudka, karmienie i przebieranie Ironmana, szybka toaleta, ciuchy sportowe na grzbiet, wyciąganie wózka z narciarni i o 8:15 stawiamy się na porannym rozruchu. Piękny poranek - słońce, pomiędzy drzewami prześwitują góry, cudne, rześkie powietrze.
Poranny rozruch mieliśmy codziennie, poza dwoma dniami wycieczek biegowych. O 8:15 zaczynaliśmy 20 minut gimnastyki ogólnorozwojowej oraz zabaw z piłeczkami (zdrobnienia używam celowo), skakania na skakance, rozciągania. Znakomita rzecz na rozbudzenie i rozruszanie zastanych gnatów.
Po rozruchu pognaliśmy na śniadanie. Trzeba przyznać, że, w porównaniu z ubiegłorocznymi torturami gastronomicznymi, zadawanymi przez obsługę hotelu "Sudety", jedzenie było ok (znów - bez fajerwerków, ale i bez dużych wtop). Szczególnie miło wspominam śniadania, choć kelnerki na początku niechętnie donosiły brakujące rzeczy, ale, po jakiejś zasadniczej rozmowie kierownictwa z kierownictwem, problemy ustąpiły.
Po śniadaniu, ci z nas, którzy jeszcze nie byli filmowani przez Olka, zostali zaproszeni na boisko przy pobliskiej szkole. Skip A, skip C, skip B, trucht, bieg w tempie na 10 km, sprint, sprint bez butów. Jakoś się zmęczyłam. A tu jeszcze zabawa biegowa na Drodze pod Reglami. Ruszyliśmy z mężem i z wózkiem z tyłu stawki, żeby nie blokować biegnących szybciej naszym pojazdem trójkołowym. Choć biegłam na początku bez wózka, było mi ciężko - ciężkie nogi, ciężki oddech. Droga pod Reglami ma to do siebie, że nawet, kiedy prowadzi z górki, biegnący i tak ma wrażenie, że ma ciągle pod górkę. Rozmawiałam o tym z wieloma osobami i wszystkie wspominały o podobnych odczuciach. W końcu coś przeskoczyło i dotychczasowa tortura zamieniła się w czystą przyjemność. Przejęłam wózek od męża i lecieliśmy sobie swobodnie, aż dotarliśmy do wyznaczonego przez Jacka punktu w pierwszej piątce!
To jeszcze nie koniec - jak zabawa, to zabawa - skip A, skip C, przeplatanka, dostawianka, zabawa w berka. Na powrót Jacek podzielił nas na 3 grupy i wypuszczał po kolei. Najwolniejsza miała biec 30 sek szybko i robić 2 min przerwy. Średnia - 1 min szybko, 2 min przerwy. Najszybsza, do której zostaliśmy rodzinnie zakwalifikowani - 2 min szybko, 2 min przerwy. Znów - podbiegi, błoto, pchanie wózka, wszystko to nieważne, bo biegło mi się jak na skrzydłach. Pierwsze 10 km zaliczone.
Krótki odpoczynek i lecimy na zajęcia z techniki biegowej dla grupy zaawansowanej. Wszyscy z niepokojem popatrują na ciężkie chmury, które schodzą coraz niżej z gór. Znowu skipy i inne atrakcje, a na deser płotki. Zaczyna padać. Przy kolejnym okrążeniu boiska i kolejnym przeskoku przez płotek, czuję że świeżo naprawione przez Cudotwórcę biodro robi PYK i zaczyna boleć. Po krótkiej konsultacji z Olkiem, zostaję przy wózku z Ironmanem i z podziwem obserwuję jak mąż profesjonalnie przefruwa nad płotkami. Trening kończymy w rzęsistym deszczu i przetaczamy się na trening siłowy do Agnieszki. Już niewiele z niego pamiętam. Na pewno robiliśmy pompki, trzymając ręce na piłkach lekarskich. I wypady oraz wykroki z piłkami lekarskimi. I chodziliśmy w kuckach.
Prysznic, chwila odpoczynku, kolacja. Po kolacji mamy godzinę rozciągania (biodro znów naprawione), ale przed nią jedziemy jeszcze szybciutko do centrum po jakiekolwiek zakupy. Wiele sklepów jest zamkniętych; te, które są otwarte, wyglądają na mocno ogołocone, więc łupy mamy skromne: czekolada z orzechami, piwo (Walońskie i Izerskie), woda mineralna, banany. Niestety rezygnujemy z uczestnictwa w wieczornym spotkaniu z Marcinem Chabowskim, bo Ironman zrobił się trochę marudny i biedny. Spędzamy zatem wieczór z naszym małym zawodnikiem i w końcu sami padamy jak nieżywi, przy akompaniamencie stukającego w okna dachowe deszczu.
c.d.n.
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz