Wtorek 16.08
Nie było rozruchu ze względu na wycieczkę biegową. Ustaliliśmy już wcześniej, że na tę wycieczkę (Karpacz - Śnieżka - Odrodzenie - obydwa Szyszaki - Śnieżne Kotły - Łabski Szczyt - Szklarska Poręba) wybierze się mąż, a ja zostanę z Ironmanem. Po nieomal identycznej trasie przeczołgałam się (po dwóch dniach zatrucia pokarmowego) rok wcześniej.
Dwa wesołe busy wyjechały po 9 rano i na gospodarstwie zostały tylko matki dzieciom. Agnieszka (vel Autorka Planu vel Szefowa) zapakowała swojego 5-tygodniowego zawodnika do gondoli, Ironman powędrował do wózka biegowego, a anielskiego usposobienia teściowie Agnieszki zaoferowali się, że powiozą obydwu gentlemanów na spacer po Drodze pod Reglami, żebyśmy mogły spokojnie pobiegać. Ironman, z wdzięczności, usnął nieomal za progiem pensjonatu i spał do końca naszego małego treningu. Zrobiłyśmy 9 km w spokojnym tempie. Agnieszka, bo - patrz wyżej, a ja - bo miałam w nogach ołów po dwuminutówkach z wózkiem, lataniu przez płotki oraz ćwiczeniach siłowych. Przyspieszyłyśmy tylko, kiedy wyprzedziła nas Agnieszka Gortel i zachciało mi się ją gonić. Hy hy hy. Że tak powiem. Spotkałyśmy się w punkcie 0 przy rozciąganiu i porozmawiałyśmy o bieganiu z dziećmi i w ogóle. Co za miła i urocza kobieta! Spotkałyśmy też całą grupę biegaczy z Lasu Kabackiego.
Rozciągania było jeszcze więcej, bo, zgodnie z programem obozu, mogłam skorzystać z indywidualnej sesji z Agnieszką. A później miałam trochę indywidualnych zajęć siłowych, tzn. Ironman do nosidła i wio! Na miasto, po prowiant.
Kiedy wracałam z obiadokolacji, zobaczyłam wbiegającego na podwórko męża. Był na pierwszej w życiu biegowej wycieczce w górach i wrócił z niej, jakże by inaczej, pierwszy. Duma mnie rozpierała.
Wieczorem zaliczyliśmy jeszcze miłe rozciąganie w basenie, pływanie i grzanie się w saunie. Ironman też miał swój pierwszy raz - zabraliśmy go do basenu, czym na początku nie był zachwycony, ale po paru minutach nabrał animuszu i pluskał się z wielkim entuzjazmem.
Nic więcej nie pamiętam.
Środa 17.08
Poranny rozruch, śniadanie. Tego dnia mieliśmy trening OWB2 w grupach. Mąż został przydzielony do najmocniejszej, a ja do średnio-zaawansowanej, więc poszłam wolniutko na Drogę pod Reglami z Ironmanem, przekazałam zziajanemu małżonkowi wózek i dowiedziałam się, że mamy biec 4 km w tempie maratonu, 2 km mocniej i 1 km jeszcze mocniej. Z przerwami, odpowiednio, 5 i 3 minuty.
Znając zdradliwość Drogi pod Reglami, czterokilometrówkę zrobiłam bardzo spokojnie. Na mecie okazało się, że biegłam równo po 5:30 min/km (11 min na półmetku i 22 min na końcu). Napiłam się izotoniku, postałam w cieniu i, na sygnał Jacka, ruszyłam z 2-kilometrówką. Nawet nie patrzyłam za bardzo na ekran Garmina - po prostu biegłam mocniej. Tym razem wyszło 5:11 min/km. Zmęczyłam się trochę więcej niż po 4-kilometówce, ale nie leciałam z nóg. Zmęczenie poczułam na ostatnim odcinku, jednak nie odpuszczałam. Wyszło 5:07 min/km. Wróciłam lekkim truchtem do pensjonatu.
Moja zapobiegliwość została nagrodzona. Nieskromnie się pochwalę, że wieczorem zastałam następującą cenzurkę z treningu: "Rewelka!! Najlepiej z grupy."
Po południu czekały nas zajęcia ze stabilizacji, siła, technika i rozciąganie. Czy uwierzycie mi, jeśli napiszę, że nic z nich nie pamiętam?
Mam wrażenie, że wieczorem (a może to był czwartkowy wieczór?) zostałam zaproszona na omówienie niedzielnego filmu. I tu spotkała mnie jedna z najmilszych niespodzianek biegowych wszechczasów - zobaczyłam film z sobą sprzed roku, film z tego roku, po czym usłyszałam, że zrobiłam kolosalny postęp w technice i że w zasadzie nawet nie ma do czego się przyczepić. Przypomnę, że w zeszłym roku machałam nogami na boki, odstawiałam stopy, kreśliłam rękami tajemnicze kręgi i prawie nie odrywałam się od ziemi, za to cudownie wykrzywiałam nogi w kostkach. Opłacił się rok pracy nad siłą i stabilizacją, czary-mary Cudotwórcy, pilnowanie samej siebie w trakcie biegu, ćwiczenie techniki, rozciąganie i upór w sprawie niekorzystania z butów dla supinatorów czy specjalistycznych wkładek. Zdradzę więcej: w sobotę mieliśmy badanie przy pomocy Foot Scanu Asicsa. Takie samo badanie odbyłam pół roku wcześniej. I co? Moje powykrzywiane Achillesy prostują się!
Czwartek 18.08
Kolejny poranny rozruch, śniadanie, a po nim zapakowaliśmy się do samochodu w składzie: troje dorosłych, dwoje dzieci i dwa wózki. Pojechaliśmy do Jakuszyc. Reszta obozowiczów miała tego dnia wycieczkę rowerową po Górach Izerskich, ale Agnieszka, mąż i ja, zdecydowaliśmy się na wycieczkę biegową z Ironmanem w wózku, z obowiązkowym punktem programu w postaci naleśników z Chatki Górzystów. Pobiegliśmy trasą rowerową nr 3 (przez Rozdroże pod Cichą Równiną), a następnie, już blisko Chatki, bardzo głupio skręciliśmy w trasę nr 9, która okazała się korytem wyschniętego potoku. Z kamieniami, urwiskami i wszelkimi innymi atrakcjami niezwykle urozmaicającymi przepchnięcie trójkołowca z brzęczącym pasażerem na pokładzie. Dotarliśmy jednak cało do Chatki Górzystów, w której większość wycieczki już rozprawiała się z naleśnikami z jagodami. Tym razem nie żałowałam sobie, poszłam na całość i zamówiłam dużą porcję, przez co w drodze do schroniska Orle miałam zakusy ornitologiczne bardziej związane z pawiem niż orłem. No ale naleśnik wart był grzechu. Pomogłam jeszcze mężowi w opędzlowaniu miski jagód z bitą śmietaną. Któż martwiłby się kazeiną w takich okolicznościach przyrody? Mąż nigdy nie był w Górach Izerskich, więc cieszyłam się, że mogę mu pokazać miejsca, które mnie zachwyciły w ubiegłym roku - Halę Izerską, Dolinę Izery, przedziwny budynek schroniska Orle, lasy pachnące jagodami.
Pogoda trafiła nam się nadzwyczajna - słońce, błękitne niebo, trochę rześkiego powiewu. Nogi same niosły, bo nie miały wyjścia.
Przez Orle dobiegliśmy do asfaltowej drogi do Jakuszyc i zakończyliśmy wycieczkę moczeniem nóg w lodowatym strumyku. Ekstaza.
19 km, z czego około połowy przebiegłam z wózkiem.
Wieczorem znów czekało nas jeszcze rozkoszne rozciąganie w basenie, a Ironman mógł po raz drugi potaplać się razem z nami. Jejku, po prostu 7,5 kilograma czystej radości.
Po basenie naszykowałam sobie rzeczy na piątkową wycieczkę biegową, do której podchodziłam z rosnącą obawą po zapoznaniu się z prognozą pogody. Miało lać. Miały przechodzić burze. Miał wiać silny wiatr. Yyyy....
c.d.n.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Haniu, już wielokrotnie pisałam, że świetnie się Ciebie czyta :) choś nie ukrywam, że już sama lektura Waszego teningu powoduje u mnie zawrót głowy ;)
A w góry Izerski muszę zawieźć Ptit Suissea, bo też nie był :)
Fajne wakacje, a najfajniejsze naleśniki!
A poprawy techniki tylko gratulować!
@Anoushka, Góry Izerskie to pewnie w standardach helweckich równina lub płaskowyż, ale warto je zobaczyć :) No i pewnie pojedziecie krócej niż my.
@Emilia, wakacje fantastyczne! I dziękuję :)
Ech, Haniu taka pozytywna energia popłynęla z tego tekstu, że od razu mi się jakoś lepiej zrobiło na duszy. Super się czyta Ciebie to fakt. No i widać że orka na siłowni i w ogóle praca nad sobą naprawdę daje efekty, tylko trzeba być konsekwentnym - gratki!
@Ava, bardzo mi miło to czytać, zwłaszcza że po powrocie trochę energii wyparowało. Ale jeszcze się znajdzie :)
Prześlij komentarz