Pieninami lato się zaczęło i nimi się skończyło. Byliśmy zaproszeni na ślub. Wielkie, wyjazdowe weselisko. Lubimy wesela, a weszliśmy do grupy wiekowej, w której coraz rzadziej się trafiają. No to pojechaliśmy znów przez pół Polski.
Piątkowy wieczór uchwyciłam na zdjęciu z postu poniżej. To było wręcz nierzeczywiste - góry, jezioro, ciepłe powietrze. Miałam wrażenie, że niechcący zabłądziliśmy gdzieś w Słowenii lub we Włoszech.
Rano, mimo narastającego upału, polecieliśmy z mężem na Trzy Korony. Troszkę zgubiliśmy się w Czorsztynie (taka moja karma). No i na szczyt nie dobiegliśmy, bo zegarek pokazywał, że Ironman może zrobić się głodny i urządzić alarm dla powiatu nowotarskiego. Ale wycieczka i tak była cudna; wyszło w sumie około 10 km crossu. Odpoczywaliśmy oglądając śmigające na jeziorze żaglówki, windsurferów oraz trzech kitesurferów.
Potem ślub, wesele, tańce z Ironmanem i grzeczny wymarsz o 9 wieczorem, bo dziecię tarło oczy i ziewało jak hipopotam.
Niedziela rozpoczęła się deszczem i chłodem. Spakowaliśmy się, pożegnaliśmy zmęczonych nowożeńców i pojechaliśmy do Rezerwatu Białej Wody, którego nie zdążyliśmy obejrzeć w czerwcu. To niezwykle piękne miejsce, w którym nie wiadomo, czy bardziej zachwycać się przedziwnymi formacjami bazaltowych skał, przełomami Białej Wody, czy tym, co pozostało z dawnej wsi łemkowskiej. Łemkowie zostali wysiedleni z tego obszaru po 1945 roku i po kilkuset latach swojej tam bytności. Przypominają o niej przydrożne krzyże, tarasowe pastwiska, zdziczałe sady i widoczne gdzieniegdzie zarysy fundamentów domów.
Zjedliśmy obiad, a jakże, w karczmie w Jaworkach i pojechaliśmy na nocleg do Szczawnicy. Rano nie odmówiłam sobie króciutkiego, półgodzinnego treningu. Wbiegłam jakieś 1600-1700 m pod górę i, stwierdziwszy, że wszędzie zalega mgła, widoków niet, zbiegłam na dół. Przedreptałam jeszcze trochę po "promenadzie" i wróciłam do hotelu. No i to był koniec pienińskiego pożegnania wakacji.
A ja chyba muszę wrócić do jakichś usystematyzowanych treningów, bo do półmaratonu już niedaleko.
wtorek, 30 sierpnia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
Hej Haniu po takim obozie kondycyjnym w górach to połówkę polecisz jak "na skrzydłach" pozdrowionka :) oczywiście kciuki trzymam ;)
Ironman :))))))))))))))
@Tete, przydają się kciuki :) Dziękuję!
@Polka, no tak. Gdybyś widziała, z jakim zapałem wierzga i jak pływa w PRAWDZIWYM basenie ;-)
Heh, Haniu, juz to pisalam rok temu - Pieniny moja milosc od dziecinstwa.
Prześlij komentarz