niedziela, 31 lipca 2011

Z krainy Deszczowców

Pada, pada, pada. Nic nowego. Czuję się, jakby to był styczeń, a nie lipiec, bo słońca równie mało.

Za to troszkę ruszyło z treningami, w porównaniu z poprzednim tygodniem. O wtorku już było, a w środę pojechaliśmy rodzinnie na ostatni clubbing. Znów padało, ale nawet nie jakoś strasznie, bo Ironmana wyjęliśmy z pojazdu suchutkiego, a sami i tak bylibyśmy mokrzy, niezależnie od deszczu.

Zaczęliśmy od rozgrzewki wokół Kanału Piaseczyńskiego i po Łazienkach. Biegłam z wózkiem - nadspodziewanie lekko dla nóg, za to ociupinkę trudniej dla obręczy barkowej. Trójkołowiec pięknie bierze zakręty i sprawia wrażenie naprawdę stabilnego. Ironman trochę pospał, a potem bardzo ładnie śpiewał i coś opowiadał. Zwłaszcza na podbiegach pod Agrykolę. W sumie nie wiem, ile było tych podbiegów. Jeśli nie robiłam ich z wózkiem (bo przejmował go mąż lub któryś z biegowych wujków), musiałam odpracowywać to, co reszta - a to skipy pod górkę, a to wieloskoki pod górkę, a to bieganie tyłem pod górkę. Co ciekawe, po zbyt szybkich 5-minutówkach z wtorku, czułam się bardzo energiczna, elastyczna i w ogóle dziwnie rącza. 

Clubbing zakończyliśmy dwiema rundkami wokół stadionu i rozciąganiem. Oraz wręczeniem pożegnalnego prezentu. Na szczęście, już w najbliższą środę nasi mili trenerzy zapraszają na Agrykolę uczestników sierpniowych Wczasów Odchudzających. Dostaliśmy mailowo program turnusu. Podzieliliśmy z mężem wycieczki górskie - mąż zwiedzi trasę Karpacz - Szklarska Poręba (opisywaną tutaj), a ja coś nowego, tj. trasę Świeradów - Szklarska Poręba. Resztę treningów biegowych postaramy się opędzić z wózkiem, a na inne zajęcia będziemy zabierali Ironmana w charakterze widza lub, w przypadku rozciągania w basenie, jako aktywnego uczestnika. Najwyżej któreś z nas dołoży sobie 7-kilogramowy ciężar albo będzie miało wymówkę, żeby nie robić przysiadów na jednej nodze. 

Skoro o ciężarach mowa, w czwartek byłam na siłowni. Po środzie miałam straszliwie spięty mięsień pośladkowy, który zemścił się na całej prawej nodze. Tak więc trening został poświęcony na katowanie barków, klatki, pleców i brzucha. Auć, auć, auć i auć. Na deser było bolesne, za to bardzo pożyteczne rozciąganie, po którym pupa mniej boli. Natura nie lubi próżni, więc wyrównała stan zakwasami. Auć, auć, auć i auć. 

W piątek zrobiłam przerwę od sportu.

W sobotę miałam biegać, ale napakowaliśmy sobie tyle spraw, że nie dało rady. Zresztą znowu padało.

Dziś rano wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę do lasu. Cóż można powiedzieć - wilgotno, parno, pusto. Zrobiliśmy 12.5 km po 6 min z groszami / km. Ironman trochę spał, trochę zwiedzał, a my wymienialiśmy się sterowaniem wózka co 3 km. Jeśli jeszcze trochę z nim pobiegam, będę miała zimą taki kaloryfer na brzuchu, że będzie go widać nawet przez kurtkę puchową. Cały gorset mięśniowy pracuje mocno razem z obręczą barkową. Z dodatkowych atrakcji leśnych - komary!! Myślałam, że nad Bugiem było ich dużo. Nic z tych rzeczy - Las Kabacki bije rekordy zakomarzenia. Wystarczyło parę przystanków (sznurowanie butów, poprawianie Ironmana w wózku) i mam chyba 10 bąbli na pamiątkę.

A po południu przeszła straszliwa ulewa i dwie burze. Normalka.

7 komentarzy:

Adam pisze...

"A po południu przeszła straszliwa ulewa i dwie burze. Normalka." brzmi jak idealne podsumowanie mijającego lipca ;)
swoją drogą mam nadzieję, że komary nie są jakoś bardzo agresywne, bo chciałbym jutro pobiegać po lesie, a nie chodnikach. w zeszłym roku gryzły tylko jak się zatrzymałem. w tym dorwały mnie w biegu. a przecież biegam szybciej. zmutowały, czy co.

tete pisze...

no cóż nastała nam pora deszczowa ;)życzę Ci Haniu super pogody na wczasach:)i jak już tak potrenujesz z wózkiem to czasem nie zamień biegania na zawody strongwomen ;) pozdrowionka :)

Hankaskakanka pisze...

@Zinow, tylko się nie zatrzymuj, bo wtedy pojawia się ich cały batalion i tną bez ostrzeżenia :(
@Tete, dziękuję!! Pogoda się przyda. Wszystko jedno jaka, byle bez deszczu.

Unknown pisze...

Co do komarów, w zeszłym roku natrafiłam nad Wisłą na chmarę takich, które "biegły" równo ze mną - jak przyspieszałam, chmara natychmiast przyspieszała, jak zwalniałam, też zwalniała, a jak się zatrzymałam w nadziei, że poleci dalej, chmara również się zatrzymała i poczekała, aż wznowię bieg.

Ech, przynajmniej w ciągu ostatnich kilku dni jest trochę fajnej pogody.

Anonimowy pisze...

Chyba życzenie się spełniło i mamy drugi dzień bez deszczu. Hurra. Komary jeszcze tego nie zauważyły i tną niemiłosiernie nie tylko na Kanabatach, ale i w okolicy Agrykoli, a w Kampinosie po prostu nie ma możliwości wyjść bez bąbli

Adam pisze...

A jednak da się biegać po lesie. Krótki, 10-15 sekundowy postój nie skutkował pogryzieniem, więc nie jest źle. Bardziej mnie martwi, że komary pojawiły się ostatnio w biurowcu, w którym pracuję, a to już przesada

Emilia, w zeszłym roku podążała tak za mną chmura much. wrażenie niesamowite.

Hankaskakanka pisze...

@Emilia, miałaś towarzystwo :)
@Ultrasetka, na Agrykoli i w Łazienkach dodatkowo dokuczają potworne ilości meszek. No cóż - lato tropikalne, więc bestie szaleją.
@Zinow, to miałeś szczęście, bo na nas rzucały się dosłownie w chwili, w której się zatrzymywaliśmy. Zazdrościłam Ironmanowi, że siedzi sobie pod siatką i ma w nosie ataki owadów ;)