środa, 27 lipca 2011

Po grudzie

I znów złapałam treningową czkawkę, czyli po zakończeniu ubiegłego tygodnia miałam 2 treningi w plecy. W dodatku, ponieważ nie opłaciłam startowego za Bieg Powstania Warszawskiego (początek wiersza się szykuje), wyleciałam z listy. Pretensje mam tylko do siebie - trzeba było zrobić przelew natychmiast po zapisaniu się.

No i tak to.

Historia tygodnia wygląda tak: o poniedziałku i wtorku nie ma co opowiadać. Zwykłe lądowanie po powrocie z podróży, czyli pranie, pranie, pranie (nie schnie, bo klimat mamy monsunowy, czyli wilgotność powietrza jak w łaźni tureckiej), rożne inne domowe sprawy, i tak dalej, i tak dalej.

Środa - pełna mobilizacja do treningu na Agrykoli. Przebrani w ciuchy biegowe, wózek biegowy wyrychtowany do zabrania, Ironman ma naobiecywane rozrywki, nakarmiony, przewinięty, oklejony plastrami przeciwkomarowymi, patrzę przez okno, a tam:


Za chwilę zaczęło grzmieć i błyskać, a potem już widać było tylko ścianę wody. No ale trening jest, dziecku obiecaliśmy przejażdżkę - jedziemy. Było bardzo przyjemnie, bo Ironman dostał od biegowych cioć i wujków fajny prezent, tyle że nie pobiegaliśmy. Deszcz trochę zelżał, potem się wzmógł, synek zasnął i w końcu wróciliśmy do domu.

Woda z Mostu Łazienkowskiego lała się tak:


W czwartek wstałam o 6 z groszami i wybrałam się na Agrykolę sama. Plan nakazywał: rozgrzewka i 10 x 400 m w 1:48 min,  z 400-metrowymi przerwami w truchcie plus schłodzenie. Pierwsza połowa treningu była bardzo nieprzyjemna - nie mogłam się przyzwyczaić do ciężkiego, wilgotnego powietrza, nogi też jakieś drewniane. Dopiero w drugiej połowie, choć zaczęło wychodzić słońce, a jednocześnie kropił deszczyk, więc kombinacja temperatury i wilgotności zrobiła się już zupełnie nieznośna, nogi nabrały jakiej-takiej elastyczności i poczułam przypływ energii. Chyba z wrażenia zrobiłam tych 400-metrówek tylko 9. Za to wszystkie, z wyjątkiem pierwszej, za szybko (1:43-1:47).

Ale to jeszcze nie koniec czwartku, bo po południu poszłam na siłownię na, teoretycznie, lekki trening (pośladki, przywodziciele, odwodziciele, brzuch, barki, klatka). Były i wymachy nogami z obciążnikami, w najróżniejszych konfiguracjach (np. klęczymy, opieramy łokcie na odwróconym bosu i podnosimy zgiętą nogę, z przypiętym do kostki obciążnikiem, do góry), było balansowanie z ciężarkami na odwróconym bosu, przysiady na jednej nodze na odwróconym bosu, chyba z 5 rodzajów ćwiczeń na brzuch... Nawet już wszystkiego nie pamiętam. Długie rozciąganie. Wróciłam wykończona.

Potem miało być bieganie w sobotę, bieganie w niedzielę, ale różne rzeczy stanęły na przeszkodzie i nic z tego nie wyszło. M.in. dlatego, że czułam się przez kilka dni bardzo marnie, nawet raz tak jakby zrobiło mi się słabo, bolała mnie głowa - no w ogóle dętka.

We wtorek wieczorem znów wylądowałam na Agrykoli, z zamiarem odrobienia treningu: rozgrzewka, 6 x 5 minut po 4:54 min/km, 4 min przerwy, schłodzenie. Pobiegłam rozgrzewkowo do Łazienek i zrobiłam pierwszą 5-minutówkę w... 4:37. Yyyy. Nie wiem, jak to się stało. Uciekłam z Łazienek przed chmurami żarłocznych meszek i błotem. Na stadionie był tłum, więc wybrałam odosobnienie nad Kanałem Piaseczyńskim. Kolejna 5-minutówki: 4:48, 4:42, 4:43, 4:52, 4:51. Znowu za szybko. Kiedy biegłam w zadanym tempie i nie patrzyłam na zegarek, wydawało mi się, że biegnę za wolno i przyspieszałam, a potem nieomal stawałam w miejscu widząc 4:11 albo 4:23 na ekranie. W tym tygodniu mam jeszcze 10-minutówki w wolniejszym tempie - mam nadzieję, że będą okazją do poćwiczenia utrzymywania właściwej prędkości.

Dziś znów leje (co za niespodzianka!), a po południu mamy ostatni clubbing. Runner's Club nie ustaje w wysiłkach marketingowych obiecując (cytat): "naukę techniki biegu m.in poprzez skipy i płotki" oraz oszałamiając biegami interwałowym intensywnymi i ekstensywnymi.

Dobrze, że do Szklarskiej już niedaleko.

6 komentarzy:

tete pisze...

no tak gapowe się płaci ;) szkoda potuptalibyśmy razem :)Fajny ten prysznic pod Mostem Łazienkowskim;)

drproctor pisze...

Jak widzę, deszcz miesza w planach nie tylko mnie...

Hankaskakanka pisze...

@Tete, na wszelki wypadek od razu zapłaciłam za Bieg Olimpijski w ramach MW ;)
@DrP, no niestety. Ale chyba trzeba będzie się przestawić na ciągłe suszenie butów, bo prognozy nie są optymistyczne.

Aniaha pisze...

jaka tam czkawka, przeciez zadnej winy Twojej dopatrzec sie nie mozna, to wsz ten deszcze...

Anonimowy pisze...

Pogoda paskudna. O ile większość biegania udało mi się zrobić pod dachem to na trawiastą jogę już nie dotarłam. Deszcz wszytkim miesza w planach, ale prognozy na początek siepnia są optymistyczne

Hankaskakanka pisze...

@Aniaha, tak, mogę wszystko zwalić na deszcz :)
@Ultrasetka, mam nadzieję, że cały sierpień będzie optymistyczny! Coś nam się po tym ohydnym lipcu należy od pogody ;)