Miałam znów długą przerwę w blogowaniu, choć dobrze, że nie od treningów.
Od początku:
W ubiegły wtorek zaczęłam drugie życie treningowe. Na dobry początek wybrałam poranek w pieczarkarni. Bardzo przyjemny poranek, ze względu na wakacyjną pustkę. Wreszcie udało mi się zrobić ćwiczenia w zadanej kolejności, bo wszystkie urządzenia, nawet to do wyciskania klatki, były wolne. Szkoda tylko, że przyszłam tak strasznie niewyspana, że o mało nie spadłam z orbitreku podczas rozgrzewki. Ironman miał towarzyski nastrój o 4:30, a wieczorem długo nie mogłam zasnąć, bo bolał mnie prawy pośladek. Tak, nie śmiejcie się. To pewnie od tygodnia niebiegania, niećwiczenia i noszenia Panicza Pulpeta.
Na siłowni odrobiłam stały zestaw: 10 min orbitreku, 1 km w 6 min na bieżni (chciałam sprawdzić, czy nie zapomniałam, jak się biega), przysiady ze sztangą (raptem 20 kg), maszyna na plecy, maszyna na klatkę, przywodziciele, odwodziciele, tzn. deska, podciąganie, barki, grzbiet na rzymskiej ławeczce i skręty tułowia ze sztangą podczas stania na bosu. I, oczywiście, porządne rozciąganie. Przez resztę dnia uzupełniałam pracowicie bilans kaloryczny, bo szkoda byłoby tak od razu stracić ciężko wypracowane kilogramy.
A propos bilansu kalorycznego, czas na nieodpłatną reklamę: gdyby ktoś miał ochotę na naprawdę dobry makaron albo chciałby spróbować sycylijskich specjałów typu arancini (kulki z ryżu, mielonego mięsa i zielonego groszku, panierowane i smażone) albo cannoli (tradycyjny deser sycylijski - rurki ze smażonego w głębokim tłuszczu ciasta, nadziewane ricottą z kandyzowaną skórką pomarańczową), bardzo serdecznie polecam miejsce na ul. Ogrodowej (blisko skrzyżowania z ul. Żelazną), nazywające się Casa Sicilia. Wystrój typowy dla włoskich knajp, czyli bardzo brzydko i bardzo kiczowato, ale jedzenie naprawdę dobre. Na tyle dobre, że złamałam wszelkie zasady dotyczące niejedzenia pszenicy i nie żałuję. Idealne miejsce na prywatne pasta party. W podanym przeze mnie linku jest menu z cenami. Jeśli się ładnie uśmiechnąć do kucharza, może przygotować coś spoza karty, np. spaghetti alla puttanesca.
No to się rozpisałam. Ale o jedzeniu mogę długo.
W środę wybierałam się na Agrykolę. Clubbing został odwołany ze względu na deszcz. Niestety, zabrakło mi motywacji do samotnego taplania się w kałużach. Nie ma tego złego - w zamian była dobra kolacja. A potem lektura z dreszczykiem, tzn. książka o baby led weaning. Już same zdjęcia wymazanych jedzeniem dzieciaków mrożą krew w żyłach.
W czwartek wstałam rano i, po długim, długim grzebaniu się przed wyjściem, domaszerowałam do pieczarkarni. Miałam do zrobienia 200 i 800-metrówki, na dworze była mgła i mżawka - strasznie nie chciało mi się kicać po parku. Potem żałowałam: powietrze z rury i oglądanie po raz enty niemieckiego teleshopu ze środkami przeciwtrądzikowymi oraz cudownej cudowności pudrami robiącymi z przywiędłych pań w wieku średnim 20-letnie lale, a z 20-letnich myszek 40-letnie wampy. Za to nie siąpił na mnie upierdliwy deszczyk. Trening był jednym z tych, które oglądam w planie i czuję narastającą niechęć do czegokolwiek. Rozgrzewka. 200 m w 51 sek, 200 m truchtu, 200 m w 51 sek, 400 metrów truchtu, 800 m wysokiego drugiego zakresu, 400 metrów truchtu. I tak 4 kolejki. Plus schłodzenie. Wszystkie 200-metrówki biegałam około 44-45 sekund, czyli znacznie za szybko. 800-metrówki w tempie 4:48-4:52. Już po wszystkim bardzo dokładnie się porozciągałam, bo prawy pośladek nie był zachwycony. Rozciąganie pomogło. Wróciłam do domu na ostatnich nogach i rzuciłam się na śniadanie, które jadłam przez 40 minut. Nie dlatego, że było takie obfite, tylko Ironman się nudził, kiedy nie zwracałam na niego uwagi w sposób czynny. Symultaniczne śpiewanie piosenek i przeżuwanie kanapki jeszcze mi nie wychodzi.
W piątek była kolejka na poranne bieganie męża, wieczorem mieliśmy gości, a w sobotę ruszyliśmy na Podlasie. Siedzę tu już kolejny dzień i czuję, że nawet gdybym biegała po 30 km dziennie, nie wyzeruję bilansu kalorycznego. Jest zatem nadzieja na kolejne postępy w nabieraniu masy.
W niedzielę rano miało miejsce zdarzenie podniosłe. Po raz pierwszy od maratonu w Annecy udało nam się pobiegać razem z mężem. Pokręciliśmy się trochę nad Bugiem, o mało nie zderzyliśmy się z lecącym bocianem, przedreptaliśmy nieutwardzaną drogą prowadzącą przez okoliczną osadę, dobiegliśmy polną drogą do lokalnej arterii, tzn. szosy VII kategorii odśnieżania i w narastającym upale zakończyliśmy trening. Tempo nie poraża - 6:18, ale były i pagórki, i nieskoszona trawa na nadbużańskich łąkach i przypiekało słońce. A przede wszystkim było naprawdę fajnie tak sobie razem pobiec jak w epoce Przed Erą Człowieka z Żelaza.
Następny trening zrobiłam już solo - we wtorek przed południem, korzystając z pochmurnego nieba, przyjemnej temperatury i orzeźwiającego wiatru, znów na nadbużańskich łąkach przedreptałam 8 km, a potem zaatakowałam ścieżkę na skarpie, robiąc 10 x 100 m podbiegów z 1-minutowymi przerwami. Przez pierwsze kilometry troszkę mi ciążyły pożarte na śniadanie racuchy drożdżowe z papierówkami, które jeszcze doprawiłam jagodową konfiturą. Za jedyne towarzystwo miałam dwa bociany - prawdopodobnie sąsiadów z gniazda, które widzę z okna naszego pokoju. Kilka razy dziennie z gniazda wydobywa straszliwy hałas- to rodzice przylatują z take-awayem dla dzieciarni, ostrzegając o swoim przybyciu klekotem. Mamma mia, co potem się dzieje... Jedno z rodziców karmi, a drugie stoi wtedy na brzegu gniazda i pilnuje spokoju. Wracając do treningu - kiedy już pokonałam barierę skutków własnego obżarstwa, biegło mi się bardzo dobrze, a podbiegi to już w ogóle była bułka z masłem, choć skarpa jest na pewno bardziej stroma niż najlepiej znany mi podbieg, czyli Agrykola. W trakcie rozciągania zostałam dotkliwie pogryziona przez komary, ale to nic, bo znalazłam tajną broń na bąble - smarowanie kremem Ironmana, tzn. Nivea Baby z tlenkiem cynku.
Na tym koniec relacji z treningów oraz wpisów reklamowych. Niestety nie-sponsorowanych.
Treningowy ciąg dalszy, mam nadzieję, nastąpi. Reklamowy też, bo czas napisać relację z prób terenowych nowego pojazdu Ironmana. W związku z tym, że moje kolejne urodziny zbliżają się nieuchronnie (chlip chlip), rodzina kolektywnie obdarowała mnie luksusowym trójkołowcem. Ale o tym w następnym odcinku.
wtorek, 12 lipca 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszych urodzin :) zdrówka szczęścia pomyślności spełnienia marzeń tych osobistych i biegowych (sto lat sto lat niech żyje żyje nam...)
Ps nie bój się deszczyku ;)
pozdrawiam serdecznie :)
Bobas Lubi Wylać..! Nie bój się - ja dziś nie wyobrażam sobie by moja Mała jadła inaczej. A wózek jest super - normalnie zżeram mnie zazdrość...
I oczywiście Najlepszości Urodzinowe!
To cannoli rozpala moją wyobraźnię. Ricotta i skórka pomarańczowa to musi być dobre.
Przyłączam się do życzeń urodzinowych. Wszystkiego dobrego
Bardzo dziękuję za życzenia :)
Tete, ja się nie boję, tylko nie przepadam za porannym moknięciem ;)
DrP, na razie czekam aż Ironman będzie wystarczająco duży, żeby wylewać :) Papki postanowiłam sobie darować, bo po paru próbach zauważyłam, że jest jeszcze za wcześnie na włączanie "normalnego" jedzenia.
Ultrasetko, oj jest!!
Oooo, wszystkiego najlepszego, spełnienia niebiegowych i biegowych marzeń!
A jako osoba silnie uzależniona od włoskiej kuchni Casa Sicilia chętnie wypróbuję :-)
Emilko, dziękuję! Daj znać, kiedy już odwiedzisz CS :)
Prześlij komentarz