wtorek, 19 kwietnia 2011

Allez 'Anna! cz. 2

W tygodniu przed maratonem popełniłam wiele grzechów głównych: do Annecy jechałam makabrycznie niewyspana (cały tydzień był pracowity i intensywny, a w nocy z czwartku na piątek spałam około 5 godzin, czyli w zasadzie nic), trochę za mało naładowana cennymi węglowodanami i z zerowym stanem konta treningowego. Plan był taki: lądujemy rano w Genewie, robimy wycieczkę do Vieille Ville (ichnia Starówka) oraz do fontanny na jeziorze, spotykamy się z kolegą i jego żoną, jedziemy do Annecy, odpoczywamy, robimy roztruchtanie, kolacja i spać.

No dobrze, wylądowaliśmy, obeszliśmy Starówkę, wymarzliśmy w lodowatym wietrze, z powodu którego fontanna nie była czynna, spotkaliśmy się z L. i F., dojechaliśmy do Annecy, a na miejscu - klops. Mężowa szyja została tak skutecznie zawiana, że biedak nie mógł się ruszać z bólu. Szybka konsultacja telefoniczna z Cudotwórcą - plaster rozgrzewający (truchtam do pobliskiej apteki i tłumaczę swoim dawno-zapomnianym-francuskim, że potrzebuję "une bande chauffante") i znaleźć osteopatę. Dzięki Bogu za wi-fi i google! W ciągu kilku minut lokalizuję 10 gabinetów w niewielkiej odległości od naszego lokum. Pod trzecim numerem zgłasza się pan, który twierdzi, że mówi "a little English", no więc przełączam się znów na swój kaleczny francuski i umawiam męża na następny ranek. Zjadamy kolację i idziemy spać w minorowych nastrojach.

Rano drepcemy do osteopaty, który okazuje się być zesłanym przez niebiosa aniołem-stróżem, specjalizującym się w biegaczach. Podczas kiedy miły Bertrand przez bitą godzinę wyczynia różne sztuki nad szyją męża, ja czytam sobie jego artykuły o osteopatii w służbie biegaczom i pomagam w angielsko-francuskiej konwersacji toczącej się pomiędzy obydwoma panami. Na deser mąż zostaje oklejony czarnymi plastrami i dowiaduje się, że "c'est mandatoire", żeby pobiegł  następnego dnia w maratonie, byle tylko osłonił sobie szyję buffem albo szalikiem.

Humory natychmiast zmieniają nam się na różowe i idziemy po pakiety startowe (nie czuję jak rymuję). Expo raczej ubogie, po pakiety trzeba chwilę postać, ale kto by się tym przejmował. W międzyczasie dzwoni Anoushka, więc po kilkunastu minutach witamy czteroosobową delegację szwajcarską na ziemi francuskiej i idziemy razem na obiad. Podczas obiadu czuję nagły atak tremy oraz narastającą senność (możliwe, że się zwyczajnie przejadłam), więc, podczas gdy delegacja szwajcarska rusza na zwiedzanie Annecy, my z mężem padamy na długą drzemkę. Wieczorem siedzimy w kuchni naszego apartamenciku, wcinamy przepyszne ciasto upieczone przez Anoushkę, pijemy herbatę, niektórzy kawę. Połowa delegacji szwajcarskiej wyjeżdża, życząc nam powodzenia, połowa idzie na kolację, a biegacze - spać.

Rano budzik dzwoni o 6. Prysznic, ubieram się, śniadanie. Jak zwykle mam ściśnięty żołądek i, choć wiem, że po 10 km będę głodna, ledwo wmuszam w siebie 3 wafle kukurydziane z dżemem truskawkowym i wypijam cienką herbatę. Pogadujemy z Anoushką i P.S., opowiadamy im nasze Najstraszniejsze Historie Maratońskie. Szykujemy się do wyjścia i w końcu idziemy naszą śliczną uliczką w stronę Isle des Cygnes (Wyspy Łabędzi), na której znajdują się miasteczko maratońskie i start. Z każdej strony nadciągają biegacze. Trochę truchtamy, Anoushka i Petit' Suisse robią nam pamiątkowe zdjęcia. W końcu zostawiamy rzeczy w depozycie i idziemy na start. Jest, delikatnie mówiąc, rześko, ale bezchmurne niebo i wychodzące zza gór słońce wróżą upał w nadchodzących godzinach.

Nawet nie słyszę strzału, tylko ruszam z tłumem. Na linii startu włączam Gacka, w którym ustawiłam sobie jedynie stoper, żeby skupić się na gonieniu męża zamiast lecieć z nosem przy ekranie. Z wyspy wbiegamy do nowej części miasta, robimy pętelkę, wracamy na wyspę i docieramy do drogi rowerowej, którą będziemy biegli wzdłuż brzegu jeziora aż do Doussard, na południowym jego krańcu. Powoli dociera do mnie, że to właśnie TEN dzień, że biegnę wreszcie w maratonie, do którego przygotowywałam się przez 18 tygodni, ale to wcale nie poprawia mojego samopoczucia. Jest mi jakoś smutno i nie czuję w sobie tej samej lekkości i energii, dzięki której przekicałam rączo trasę Półmaratonu Warszawskiego. Na osłodę mam przepiękne widoki - błękitne jezioro, za nim góry, w oddali ośnieżone szczyty, bliżej - sielskie wioseczki z uroczymi domkami lub eleganckimi willami z początku XX wieku, kolorowe łąki, kwitnące sady, zadowolone z siebie krowy, którym wyraźnie jest wszystko jedno, czy zrobię życiówkę czy nie.

W kolejnych miejscowościach i osadach czekają liczni kibice, którzy dodają nam otuchy. Dzwonią dzwonkami, klaszczą, "Allez 'Anna!!", "Courage!", "Bravo!". W punktach odżywiania stoły trzeszczą pod suszonymi owocami (śliwki, rodzynki, morele), kostkami cukru, ciastem, apetycznymi pomarańczami i napojami (woda oraz jakiś lokalny izotonik, którego nazwy nie zapamiętałam). Kilka razy przygrywają nam orkiestry. Jedna, gdzieś po 30 km, będzie grała "C'est si bon". Akurat.

Ponadto, organizatorzy Marathon du Lac d'Annecy zadbali o ochronę środowiska i wzdłuż trasy ustawili składane kosze na śmieci. Trzeba przyznać, że większość biegaczy stara się do nich trafiać. Szkoda, że z równą częstotliwością nie poustawiali toi-toiek - ta sama historia, co Trieście, tzn. na trasie nie było ani jednej toalety. Panowie skakali w krzaczki lub po prostu odwracali się od trasy, a panie... Nie wiem, co robiły. Może były bardzo dyskretne albo sikały po nogach.

Na 10 km stwierdziłam, że boli mnie prawa pachwina, przywodziciel i brzuch. Ach, kto by się przejmował - jeszcze tylko 32 km. Zapominam przez chwilę o swoich dolegliwościach, kiedy jakieś 30 m przed nami widzę panią, która potyka się o własne nogi i upada tak nieszczęśliwie, że rozbija sobie głowę. Jeszcze widzę ją ze strużką krwi na skroni. Na szczęście w pobliżu jest tylu kibiców, że rzucają się na pomoc i znoszą ją z trasy. Lecimy dalej i trochę zaczynam się niepokoić dotychczas przebytą ilością pagóreczków. Takie niewinne maleństwa - trochę pod górę, trochę z góry. Na razie nic strasznego, ale to dopiero początek. Z powrotem niewinne maleństwa zamienią się w pożeraczy nóg.

Przebiegamy przez wykuty w skale tunel, a za nią czeka jeden wielki huk dopingowy. To miejsce, do którego przypłynął statek z kibicami z Annecy. Od razu dostaję skrzydeł, zwłaszcza, że dostrzegam Anoushkę i P.S., którzy też kibicują z zapałem. Boże, jak się cieszę na ich widok!! Lecimy dalej, przybijając piątki, machając do ludzi, tankujemy żel na 15 km i jakoś tak robi się nagle 17 km, na którym widzimy pierwszego wracającego zawodnika. Przed nim i za nim jedzie eskorta policji na motocyklach. Wszyscy krzyczymy do niego "Allez!!!". Długonogi Kenijczyk pobije rekord trasy. 18 km, 19 km. W okolicach stacji odżywiania na 20 km czuję, że słabnę. Staję, zjadam parę kawałków pomarańczy, wypijam ten dziwny lokalny izotonik i nie chce mi się dalej biec. Na szczęście mąż nie daje mi roztkliwiać się nad sobą i zagrzewa do biegu. Ruszamy i mijamy półmetek z czasem 1:56 z groszami (netto). Nnnnnoooo.... mam drugi kryzys. Bo jestem beznadziejna. Bo nie zejdę poniżej 3:50. Bo cała zima treningów na nic. No i wszystko w ogóle do d...

Kryzys mija, podejmuję żelazne postanowienie o walkę o jak najlepszą życiówkę i biegnę. Biegnę, biegnę, biegnę. Mąż co parę minut upomina mnie "zwolnij". 24 km, 25 km, 26 km. Kolejne osoby przystają, a ja wymijam i wymijam. I biegnę. Aż do 30 km, kiedy zaczyna się właściwa walka. Boli mnie już w zasadzie wszystko - łydki, czworogłowe, pachwina, przywodziciel, barki, brzuch. Robi się naprawdę gorąco, a słońce cały czas niemiłosiernie praży. Czasem coś zawieje od jeziora i choć na chwilę pozwoli odetchnąć, ale to i tak mało. Tęsknie spoglądam na mięciutką trawę schodzącą do jeziora, na drewniane pomosty w czystej jak szkło wodzie (jezioro Annecy jest jednym z najczystszych jezior w Europie). Marzę o tym, żeby sobie trochę w tej trawie poleżeć, a potem zdjąć buty i zejść na któryś pomost, pomoczyć nogi.

35 km. Mam ochotę zejść z trasy. Chce mi się płakać, ale ciągle biegnę, choć zdarza mi się parę razy przejść 10-15 metrów. Próbuję obliczyć, na jaki wynik mam szansę i nagle stwierdzam, że nie zejdę poniżej 4 godzin. Nie wiem, czy to była prawda, czy miałam chwilowy udar słoneczny. Około 38 km mąż odwraca się do mnie i mówi "Kochanie, biegnij sama ile sił w nogach." Nie wiem, co się dzieje, ale macham do niego i przyspieszam. Gacek pokazuje tylko czas, więc nie mam pojęcia z jaką szybkością biegnę. Mijam pana, który biegnie wydając z siebie nieartykułowane piski i jęki. 39 km. Rozmawiam ze swoimi nogami, obiecując im wszelkie rozkosze tego świata, jeśli tylko zdołają mnie dotransportować do mety. 40 km. To już miasto, chyba trochę znów przyspieszam. Biegnę znów w stronę Wyspy Łabędzi, wbiegam na nią po jakimś cholernym mostku, do którego jest kilkanaście metrów pod górkę, a mnie wydaje się, że zdobyłam właśnie Mount Blanc. Niesamowity doping ze strony kibiców i tych biegaczy, którzy już skończyli. Jakieś panie piszczą "Allez 'Anna!!! You're the best!!!", jakiś szczęśliwy biegacz z medalem na szyi woła, że jeszcze tylko 500 metrów. Słyszę wreszcie swojskie "Hania! Hania! Brawo!!!!" - Anoushka i P.S., więc odwracam się do nich i podobno uśmiecham, w co nie mogłam uwierzyć, dopóki nie zobaczyłam swojego zdjęcia z wyszczerzeniem a la wioskowy głupek. Wydaje mi się, że zakręt w stronę mety jest tuż tuż, ale nie. Jeszcze pętla wokół wyspy, więc biegnę co sił, wyprzedza mnie dwóch panów, bierzemy zakręt i... dupa blada - wąsko, a z przodu wloką się ludzie. Zwalniam. Jeszcze jeden zakręt i jest szerzej, więc ruszam z kopyta i mijam upragniony znaczek 42 km. Jeszcze 195 m, włączam szósty bieg, turbodoładowanie, nie widzę już nic oprócz girland z trójkolorowych baloników. Jeszcze kilka kroków iiiiiiiiiiiii JUŻ. Po wszystkim. 3:56:08 netto.

Pani dezaktywuje mój chip, rozglądam się za czymś do picia. Bufet znajduje się w namiocie, do którego stoi potworna kolejka. Proszę dwóch kolesi, żeby podali mi tylko kubek wody, a jeden z nich uśmiecha się do mnie złośliwie i odsuwa tę wodę, a drugi patrzy na niego jak na idiotę i daje mi jeden z kubków. Dziękuję temu drugiemu, a temu pierwszemu oświadczam, że jest "un con", co wprawia go chyba w bezbrzeżne zdumienie. To jedno z 3 brzydkich słów, jakie znam po francusku i proszę jak trafiłam.

No dobra, znajduję sobie kawałek trawy, siadam ze zdobyczną wodą i czekam na męża. Ale jakoś mi niewyraźnie, więc wstaję. Kiedy wstaję, robi mi się jeszcze bardziej niewyraźnie, więc siadam. Obok mnie siedzi dwóch facetów, a jeden zapuszcza żurawia na Gacka. W końcu pyta, na ile przybiegłam. Pokazuję mu ekran "3:56:16" i pytam, na ile on przybiegł. 3:58. Gratulujemy sobie i znów się podnoszę, bo mi jakoś dziwnie. Zwłaszcza, kiedy widzę jak co 4-5 osoba przybiegająca na metę, jest odnoszona lub odwożona do pobliskiego ambulatorium. Idę po coś do jedzenia, ale po drodze robi mi się niedobrze i czuję zawroty głowy. Obracam się na pięcie, podążam za kolejną ofiarą na noszach. Pani w ambulatorium ze smutkiem stwierdza, że nie ma miejsca, ale w tym  momencie uginają się pode mną nogi, w uszach słyszę tylko szum, a przed oczami mam kolorowe motylki. Miła i śliczna sanitariuszka bierze mnie pod rękę, wyczarowuje łóżko, sadza na nim i każe trzymać głowę między kolanami. Przynosi plastikową torebkę "na wszelki wypadek", układa mnie na boku. Po chwili jest lepiej. Wypijam wodę, sok pomarańczowy, tłumaczę rozmowę pomiędzy leżącym obok Amerykaninem z Ohio a sanitariuszką i wychodzę. Z bufetu zabieram dużo pomarańczy i wodę, omijając inne smakołyki (kiełbasy, sery, ciastka, bułki, izotoniki, woda, jabłka). Dostaję coś w rodzaju ortalionowego kuferka z wałówką, znajduję wolny kawałek trawnika, zdejmuję buty i rzucam się na owoce. Znajduje mnie mąż - przybiegł 3 minuty po mnie, przez 4 km zmagając się po raz pierwszy w życiu ze okropnymi skurczami. Przychodzą Anoushka i P.S. Przebieram się w czyste rzeczy, zakładam medal i idziemy we czwórkę na duży obiad.

Jestem dumna, jestem dzielna, jestem szczęśliwa. W poniedziałek wszystko będzie mnie boleć, ale to nic. Najważniejsza jest ta ostatnia prosta przed metą i moment jej przekroczenia. Dla nich warto miesiącami trenować, walczyć z samą sobą na trasie, pokonywać wszystkie kryzysy, a przez następne dni jęczeć przy wstawaniu z krzesła.

A teraz moment oskarowy: jeszcze raz chciałabym podziękować Anoushce i P.S. za wsparcie, fantastyczny doping i piękne zdjęcia. Agnieszce - za plan, wsparcie i całokształt :) Mężowi - za to, że jest najlepszym na świecie zającem i za to, że znalazł w sobie tyle cierpliwości, żeby znosić parę ładnych godzin mojego jędolenia na trasie.

I jeszcze pierwsza część zdjęć:







12 komentarzy:

tete pisze...

wielkie brawa 'Anna';) relacja rewelka :)pozdrawiam serdecznie

drproctor pisze...

"Jestem dumna, jestem dzielna, jestem szczęśliwa. W poniedziałek wszystko będzie mnie boleć, ale to nic. Najważniejsza jest ta ostatnia prosta przed metą i moment jej przekroczenia. Dla nich warto miesiącami trenować, walczyć z samą sobą na trasie, pokonywać wszystkie kryzysy, a przez następne dni jęczeć przy wstawaniu z krzesła."

Zapisuję to do moich ulubionych cytatów - od dziś jesteś jednym z moich "klasyków":)
Wielkie gratulacje!

Adam pisze...

Mam wrażenie, że czytając tą opowieść poczułem magię maratonu. Gratuluję i wyniku i opisu.

Ava pisze...

Hanka - jeszcze raz brawo! Po raz pierwszy przy czytaniu bloga miałam w oczach łzy. Piękna, wzruszająca relacja i piękna walka! Dzięki :)

Ajkub pisze...

Świetna relacja! Gratuluję jeszcze raz :)

Anonimowy pisze...

Świetna relacja. Czyta się jak powieść sensacyjną, jednym tchem.
Gratuluję wyniku.

Midi pisze...

Haniu, jakbyś kiedyś chciała wydać wspomnienia maratonowe z ilustracjami, to ja chętnie kupię :)
Ponawiam gratulacje!

quinoamatorka pisze...

Haniu, nie wiem, czego bardziej Ci gratulować - wyników w maratonie, czy pisarskiego stylu :) Musisz dużo biegać w ciekawych stronach świata, żebyś miała jak najwięcej do opisywania na blogu. Jestem pewna, że prędzej czy później powstanie z tego książka :) Jeszcze raz Ci gratuluję i jak zawsze - podziwiam! :-*

Unknown pisze...

Haniu pieknie napisane. jestes dzielna bardzo :*

Aniaha pisze...

I dobrze mu Haniu, temu conarowi, powiedzialas!!!
Na serio warto?

Alez bylas dzielna
Brawa raz jeszcze

Hankaskakanka pisze...

Jak miło czytać takie komentarze, jak Wasze :) Kochani jesteście!!

Jeśli chodzi o magię maratonu: kiedy się w nim biegnie, to jest czysta fizjologia i psychologia. Ale na mecie... Inna bajka :)

Zazdroszczę wszystkim tym, którzy nie mieli jeszcze swojego pierwszego razu. Ja swojego nie zapomnę nigdy! Jeśli tylko macie w sobie gotowość do startu na królewskim dystansie, bardzo Was do tego zachęcam :)

Kolejna porcja zdjęć i różne nowiny już w przygotowaniu, ale, ponieważ ten tydzień jest pod różnymi względami absolutnie wyjątkowy, trudno mi przewidzieć kiedy znajdę spokojną chwilę ;-)

PS. Oj, musiałabym jeszcze trochę tych maratonów przebiec, żeby uskładać materiał do książki ;) Teraz byłaby tylko broszurka :))

dadziap pisze...

Nie będę oryginalna, ale czytając Twoją opowieść miałam wielka gulę w gardle i łzy na wierzchu.Przywołałaś moje własne wspomnienia....jeszcze raz gratuluje!!!! i wyniku i lekkości pióra :)
Jeśli to Cie pocieszy, to ja przebiegłam już 4 maratony i za każdym razem mam podobne odczucia-podniecenie, strach, zniechęcenie, ból, łzy na mecie, duma .... za każdym razem jest ten pierwszy raz