sobota, 30 października 2010

Uroki jesieni

Ale tydzień! Po raz pierwszy od powrotu z wakacji w piątek wróciłam do domu zmęczona tygodniem roboczym. Duża w tym "zasługa" dwóch mocno niekompletnych nocy. W środku tygodnia zasiedziałam się u przyjaciółki do godziny, delikatnie mówiąc, nieprzyzwoitej, następnego dnia (prawem serii) - u rodziców. W pracy zasuw.

Uffff..... 3 dni wolnego.

O wtorkowej siłowni pisałam, zatem czas na sprawozdanie z Agrykoli w ciemnościach. Wydaje mi się, że w zeszłym roku włączano jakieś latarnie (?). W środę biegaliśmy w, ekhm, strefie mroku, co nie ułatwiało spoglądania na ekran Gacka, którego trzeba było pilnować, żeby zrobić uczciwie zadane 2-minutówki i kilometrówki. Coś to pilnowanie nie wyszło - wszystkie 2-minutówki przeleciane znacznie za wolno. Pierwsza kilometrówka - dramat. Dopiero druga i trzecia wyszły w prawidłowym tempie, kiedy przestałam zdawać się na ekran z cyferkami, tylko posłuchałam swoich nóg. Ogólnie - trening raczej chałowy. W dodatku zmarzłam.

W czwartek poszłam na siłownię. Tym razem mięśnie o niej pamiętały przez cały piątek, co mnie nie dziwi, bo trudno zapomnieć wykroki z ciężarkami, robione zaraz po przysiadach na odwróconym bosu i szybkim wchodzeniu / schodzeniu z bosu (jak na step, tylko mniej stabilnie, więc trudniej). Wszystko z ciężarkami. I jeszcze ławeczka rzymska. I brzuchy. I już nawet nie pamiętam co, ale obręcz barkowa podpowiadała mi, że musiało być to coś ciekawego.

Dzisiaj obudziliśmy się prawie w porze obiadowej, bo przed 10 - nie pamiętam, kiedy spałam do tak późna. Śniadanie, zakupy (m.in. wór koks pomarańczowych i sporo ogórków kiszonych - powinnam przeżyć do następnej soboty) i wreszcie las. Na drzewach zostały resztki liści, pod nogami przyjemnie szeleściło, słońce przygrzewało - jestem zachwycona tegorocznym wydaniem jesieni. Biegałam z mężowym Garminem, gdyż dziś musiałam pilnować tętna, co nie jest możliwe z moim pulsometrem (zgadza się - jeszcze nie trafił do serwisu). 1.3 km rozgrzewki (od Moczydłowskiej do pierwszego zakrętu w prawo), a po niej 3 km w drugim zakresie. Przebiegłam je w tempie około 5:10 min / km. 3 minuty schłodzenia przypadły na alejkę wzdłuż Polany Powsińskiej, która wyglądała jak złoty korytarz.



Po relaksujących 3 minutach trzeba było ruszyć z kopyta, żeby wygalopować 2 km w drugim zakresie. Tym razem minimalnie szybciej. I znów 3 minuty przerwy - akurat, żeby zawiązać sznurowadło, wysmarkać nos i na spokojnie rozejrzeć się po lesie. Ostatnim elementem treningu był 1 km na tak zwanego maksa, czyli na tyle, na ile pozwoliły nogi, którym przypomniały się czwartkowe wykroki. Wyszło 4:13 min / km, po których przeszłam w powolny trucht. Łącznie przebiegliśmy 9 km i na zakończenie zrobiliśmy prawie 20 minut rozciągania, podczas gdy słońce mile ogrzewało nam plecy i pupy.

Jeszcze jeden piękny aspekt jesieni (oprócz koks pomarańczowych i złotego lasu), to niezwykłej piękności długi zmierzch.

5 komentarzy:

Midi pisze...

1) Przeczytało mi się "wyroki z ciężarkami" :)
2) Eee, to Wy tam jeszcze liście macie... Fajnie.

zinow pisze...

Podobny trening robiłem w sobotę, nawet trasa zbliżona ;)
Swoją drogą, muszę kiedyś spróbować po biegu w tzw, drugim zakresie, biegu na maksa, albo chociaż w trzecim. To musi być... pouczające :)

Midi, wykrok z ciężarkiem, to trochę jak kara, przynajmniej dla mnie, więc wyrok to całkiem udana interpretacja.

Hankaskakanka pisze...

Midi, jak napisał Zinow - wykrok, czy wyrok - jedna niedola :) Tak, mamy jeszcze trochę liści, a dzisiaj dało się biegać bez czapki, w rozchełstanej bluzie i z podwiniętymi rękawami! Taki tropik mamy.
Zinow, bardzo pouczające. To nawet nie był maks obiektywny, tylko tyle, na ile było mnie w danej chwili stać. Dzisiaj robiłam stumetrówki - emmm... jeszcze bardziej pouczające po wczorajszym ;)

tete pisze...

Faktycznie zrobiła się urokliwa jesień cieplutko, szeleszczące pod nogami liście w barwach żółci, brązu i czerwieni :) Dające po oczach promyki słońca sprawiają, że mógłbym biec bez końca :) hii... nawet człowiek nie czuje jak mu się rymuje :) pozdrowaśki

Hankaskakanka pisze...

Tete, no tak - więcej poetycznie się zrobiło ;)