poniedziałek, 11 października 2010

Pięć dziesiątek i mądrości ludowe

W sobotę wyruszyliśmy z Warszawy we czwórkę wesołym samochodem. Skład: dwoje zawodników i dwie osoby kibicujące plus wyśmienite humory, a za oknem słoneczna pogoda i jesienny pejzaż.

Do hali Areny, w której zorganizowano expo i wydawano pakiety startowe, dotarliśmy przed 7 wieczorem. Poszliśmy do stoiska Jacka Gardenera, żeby przywitać się, kupić żele. Agnieszka odebrała pakiet startowy i spędziłyśmy jeszcze dłuższą chwilę pod ogromną mapą, ustalając gdzie mam czekać na nią z odżywkami, a od którego punktu zacznę holowanie. W międzyczasie zarezerwowałam stolik w pizzerii Da Luigi, którą od roku wspominałam z dużą dozą rozrzewnienia.

W Da Luigi okazało się, że "nasz" stół jeszcze się nie zwolnił i zostaliśmy usadzeni przy maleńkim stoliczku w drodze do toalety. Kiedy kelnerka zaczęła sprzątać ten zarezerwowany, okazało się, że nasza rezerwacja już na niego nie obowiązuje, bo została zrobiona nowa. No trudno. Przytuliliśmy się do ściany i sąsiednich krzesełek i jakoś zjedliśmy zamówione pizze i makarony. Jedzenie nadal dobre, ale atmosfera już nie tak miła jak rok temu.

Po kolacji nastąpiło małe trzęsienie ziemi: przy odbiorze pakietu startowego nikt nie poinformował Agnieszki o tym, że ma odebrać chip z innego okienka, a temat jakoś wypłynął, gdy siedzieliśmy nad pustymi talerzami. Nieomal na sygnale wróciliśmy do Areny na parę minut przed 10 wieczorem. Chip odebrany, jedziemy do hotelu. Nastawiam budzik, Agnieszka rozpisuje na karteczce plan wydawania odżywek. Umawiamy się na skrzyżowaniu Królowej Jadwigi i Drogi Dębińskiej, bo tam mam szansę czekać między 7 a 8 km, na 15 km, między 27 i 28 km i później na 35 km, od którego zamienię się w krzyżówkę zająca i psychologa sportowego. Idziemy spać.

Noc taka sobie, bo budziłyśmy się na zmianę - a to za zimno, a to za gorąco. No ale kilka godzin snu zaliczone. Jemy śniadanie, szykujemy się (ja m.in. nadmuchuję czerwony balonik, którym będę machać, żeby Agnieszka widziała mnie z daleka) i jedziemy do hotelu "Park", w którym zatrzymał się kolega S. z żoną. Hotel cudownie położony, bo prawie przy starcie. Zostawiamy bagaże i Agnieszka idzie oddać worek do depozytu. Po drodze dzwoni, że to daleko i boi się, że nie zdąży. Proszę ją, żeby wróciła i szykowała się do startu, a ja jej te rzeczy albo oddam do depozytu albo zostawię w hotelu, a te najpotrzebniejsze (ciepła bluza, sucha koszulka, coś do picia i do jedzenia) będę miała w plecaku. Lecę wzdłuż jeziora ze swoim czerwonym balonikiem w ręku, gdy z naprzeciwka wyrasta fotograf i krzyczy "Niech pani odsłoni numer!", więc wyjaśniam mu w przelocie, że tylko kibicuję i nie mam numeru. No i tak tracę szansę na medialne zaistnienie. Odbieram worek od Agnieszki, razem wracamy w stronę ul. Baraniaka. Po drodze spotykamy klubowego kolegę J., którego żona debiutuje na królewskim dystansie. J. i tak będzie odnosił jej rzeczy do depozytu, zatem zabierze też wór Agnieszki. Anioł!

Zawodnicy powoli przechodzą na start. Odbieram od Agnieszki polarową bluzę i zakładam ją na siebie, bo w cieniutkiej kurtce i koszulce z krótkimi rękawami już porządnie zmarzłam. Wybieram sobie miejsce do robienia zdjęć, ustawiam aparat i czekam na start.

10.10.10 o 10:10 pada wystrzał. Przed sobą widzę nadciągającą falę biegaczy. Ogarnia mnie nagle wielki żal, że nie jestem jedną z nich. Ha... Takiego uczucia nie spodziewałam się akurat w tym miejscu. No ale nie po to taszczę ze sobą aparat z lufą, żeby roztkliwiać się nad sobą. Fotografuję kolorowy tłum, roześmianych ludzi, którzy machają do mnie i którym życzę w duchu, żeby im się biegło jak najlepiej i żeby zrealizowali swoje biegowe marzenia.

Po tym jak odprowadziłam wzrokiem ostatniego zawodnika, szybko rozdziewam się z ciepłej bluzy, wiążąc ją sobie w pasie. Do plecaka chowam swój słodki ciężar, czyli aparat, licząc na to, że żadna buteleczka z odżywką nie puści i go nie zaleje, po czym sprawdzam na mapie, jak najszybciej dolecieć do umówionego z Agnieszką punktu.

3 km pokonuję w spokojnym tempie (nie zdyszałam się ani nie spociłam) i ustawiam się przy barierkach z innymi kibicami. Strzelam trochę zdjęć, gdy nagle pojawia się Groźny Pan w Kamizelce i każe nam zejść z trasy. No ale trasa jest za barierką. Tak, ale za naszymi plecami zaraz pobiegnie elita. Aha, ale elita dopiero pobiegła i ma jeszcze 7 km. Nie szkodzi. Ugodowo przeskakuję na drugą stronę jezdni i wypatruję balonów na 3:30, wiedząc, że Agnieszka będzie biegła kawałeczek za nimi. Widzę w końcu jej różową koszulkę, więc energicznie macham balonikiem. Agnieszka łapie buteleczkę z izotonikiem, biegnie lekko, uśmiecha się. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, przechodzę na ul. Św. Jadwigi i ustawiam się obok chłopaka w sombrero, który macha flagą polską i flagą UE. Znów robię zdjęcia. Przebiega Bob, któremu gorliwie kibicuję. Przebiega? Przemyka jak rakieta! Dalej robię zdjęcia i czekam na Agnieszkę. Jest! Ciągle dzielnie trzyma się tuż za grupą na 3:30. Podaję jej flaszkę, odbieram rękawiczki i pustą butelkę po poprzednich odżywkach. Agnieszka, ciągle rozpromieniona, kica jak sarenka.

Robię jeszcze trochę zdjęć, gdy nagle widzę S., który wyciąga do mnie rękę po odżywkę. AAAAAAAAAA!!! Zapomniałam, że mi ją dał! Grzebię gorączkowo w plecaku i w końcu podaję mu jego izostar. Wtopa. Gryziona poczuciem winy przechodzę znów na Drogę Dębińską, żeby czekać na Agnieszkę z flaszką do podania między 27 a 28 km. Zaczyna wiać ohydnie zimny wiatr i nawet słońce nie pomaga, bo ogrzewa mi tylko nogi w czarnych legginsach, a głowa marznie. Naciągam kaptur od kurtki, opatulam się w agnieszkowy polar i chowam za swoim wielkim aparaciskiem. Znowu widzę Boba-rakietę. Rozpoznaję reżysera Jana Klatę, kłapiąc przy okazji szczęką o buty, bo nie wiedziałam, że biega w maratonach na czasy około 3 godzin. Razem z kilkoma innymi osobami dopinguję głośno chłopakowi w koszulce "Warszawiaky". Jest mi naprawdę miło, że Poznaniacy krzyczą "Brawo Warszawiaky!" "Brawo Warszawa!". Przebiegają baloniki na 3:30, a za nimi Agnieszka. Łapie butelkę z odżywką i prosi, żebym kupiła gdzieś wodę, bo jest jej bardzo mało na trasie.

Chowam aparat i lecę na stację benzynową, która, szczęśliwie, jest po drugiej stronie ulicy. Później okazało się, że punkty nawadniania były tylko co 5 km, czyli nie było wody co 2.5 km, jak to często na maratonach bywa. W dodatku i woda i izotonik były wlewane tylko do 1/4 - 1/5 kubeczka. Szkoda, że tak mocno je racjonowano.

Ustawiam się na 35 km, pstryk, pstryk, pstryk - kolejne setki zdjęć. Rozmawiam trochę z panią, która przyszła kibicować debiutującemu mężowi. Podbiega do nas chłopak i prosi o trochę wody. Lecimy do niego ze stojącym obok panem. Proponuję żel, ale chłopak mówi, że tylko chce mu się pić. Dziękuje i biegnie dalej.

Wreszcie widzę baloniki na 3:30. Zdejmuję polar, zawiązuję go w pasie, chowam aparat, wyciągam odżywkę dla Agnieszki. Jest! Wybiegam do niej na trasę i daję jej odżywkę. Pytam, jak się czuje, mówię jej, że świetnie wygląda. Czy mam biec 5:00 min / km? Nie, wolniej 5:20-5:30. Dobrze. Wbiegamy pod wiadukt. Przy punktach nawadniania Agnieszka chce się napić i przejść, więc idziemy niespiesznie. Za punktami ruszamy. Biegniemy równiutko 5:30 min/km. Mija mnie jakiś biegacz, który, patrząc na mój rynsztunek (długie spodnie, kurtka, polar przewiązany w pasie, plecak i butelka wody w ręku) woła coś w stylu "podziwiam" czy "gratuluję", więc mu wyjaśniam, że tylko zającuję na ostatnich kilometrach, żeby nie wyjść na gierojkę, co to cały maraton przeleciała nieomal w umundurowaniu bojowym.

Od czasu do czasu oglądam się za siebie i sprawdzam, co z Agnieszką, bo zaczynam się niepokoić jej wyglądem. Ma półprzymknięte oczy i chyba blednie. Nie chcę jej stresować, więc nic nie mówię - po prostu będę miała na nią oko. W okolicach 38 - 39 km Agnieszka zatrzymuje się i łapie za brzuch. Boli. Trochę stoimy, po czym ruszamy marszem. Daję Agnieszce wodę, korzysta z niej też inny biegacz. Na 40 km widzę, że Agnieszka się zatacza i zamyka oczy. To już mało wesołe objawy. Siada na krawężniku, okrywam ją bluzą, bo wiatr raczej mrozi niż orzeźwia, daję ostatnią odżywkę, polewam ręce wodą, daję chusteczki odświeżające. Wygląda na to, że na swoim ósmym maratonie, Agnieszka po raz pierwszy wpadła na ścianę. Cały czas coś do niej mówię (do Agnieszki, nie do ściany!), żeby sprawdzić, czy kontaktuje. Podchodzi do nas ktoś z punktu pierwszej pomocy i pyta, czy nic nie trzeba. Poleca, żeby Agnieszka już nie biegła, tylko szła, jeśli lepiej się poczuje. W końcu wstajemy i idziemy. Na szczęście po drodze jest punkt nawadniania, więc Agnieszka wlewa w siebie kolejne izotoniki, polewa się wodą. Najgorsze chyba minęło, bo zaczyna coś odpowiadać na moją paplaninę o pierdołach.

Idziemy sobie spacerkiem, słońce świeci, kolejni biegacze słabną albo zbierają siły na finisz. Mijamy linię startu i dochodzimy do zakrętu w stronę jez. Malta i mety. Agnieszka twierdzi, że da radę potruchtać, ale nie za szybko. 5:50-6:00 min/km? Ok. No to biegniemy w takim tempie, na szczęście jest z górki, Agnieszka wygląda już lepiej. Na 100 m przed metą zbiegam z trasy, żeby nie przekraczać linii mety bez numeru startowego. A Agnieszka kończy ze świetnym wynikiem 3:47 i zdobywa koronę maratonów polskich.To jest najprawdziwsza w świecie twardzielka! Życiówka wiosną + dwa maratony jesienią = szacun! Jestem tak dumna, jakbym to ja sama osiągnęła i koronę i miała takie wyniki jak Agnieszka :)

Odbieram wór z depozytu, bo w nim mamy same skarby, np. suche ubrania i jedzenie. Siedzimy później długo, długo na słoneczku, na brzegu jeziora. Wcinamy batoniki, ciastka, jabłka, opowiadamy swoje wrażenia z trasy - i te zawodnicze i te kibicowskie. W końcu powolutku ruszamy w stronę hotelu, w którym jest już drugi twardziel - S. (dwa tygodnie temu biegł w Warszawie swój pierwszy maraton) i jego żona. Wykąpani, przebrani, zabieramy się w drogę powrotną, zjadając po drodze duży i dobry obiad.

Moje wrażenia z Poznania po roku? Sprawiedliwie muszę przyznać, że organizacja wydała mi się w tym roku sprawniejsza. Na plus: brak kolejek do depozytów (w zeszłym roku czekałam pół godziny, a pogoda była podła), większa ilość jedzenia i picia na trasie, większe expo. Na duży minus: brak wody co 2.5 km, wydzielanie napojów, wybiórcze informowanie o konieczności odebrania chipa z innego stoiska. Wracając do racjonowania napojów: nawet na mecie (tak jak w zeszłym roku) dostawało się naparstki z izotonikiem, a wodę w butelkach trzeba było sobie wziąć samemu.

Jeśli chodzi o pogodę, zaangażowanie kibiców, muzykę na trasie, punkty medyczne (stałam obok dwóch) - zdecydowana, solidna szóstka z plusem.

I teraz rzecz najśmieszniejsza: postanowiłam pobiec w Maratonie Poznańskim za rok lub za dwa lata. Wczoraj chyba wygoniłam zeszłoroczne demony, z którymi mam nadzieję już więcej się nie spotkać na żadnym biegu. Na wszelki wypadek zabiorę ze sobą amulet - osobistego asystenta do podawania odżywek. Nigdy nie mów nigdy, ale strzeżonego pan Bóg strzeże.

Chwila po starcie

Czołówka na 1 km

Fala

 Maryna Damantsevich (I miejsce wśród kobiet) i jej asysta

Arleta Meloch (II miejsce wśród kobiet)

Czołówka między 34 a 35 km (Isaack Waweru Macharia I miejsce, Haile Tesfaye II miejsce)

 Momenty były

Tankowanie

Zabiegany pan Prezydent

Pan redaktor i jego drużyna

PS. Reszta zdjęć tu. Na razie pierwszy tysiąc, a pozostałe jutro. 

9 komentarzy:

Aniaha pisze...

Czyta sie jak kryminal. Az sie spocilam z podniecenia ;)
Dziekuje slicznie. I gratulacje dla Agnieszki.

To jak? Mowisz, ze biegniesz za rok, czy za dwa?

Midi pisze...

No fakt, strasznie dramatyczna relacja. Świetne zdjęcia. W rezultacie znów zazdroszczę, że mnie tam nie było, przynajmniej za barierkami. Chociaż w takim przypadku bym zazdrościła, że nie biegnę :)

Hankaskakanka pisze...

Aniu, raczej za dwa lata, bo w przyszłym roku chciałabym pobiec we Wrocławiu albo w Lozannie. To jednak tak odległy czas, że wszystko jeszcze może się zmienić :)
Midi, dramatyczna? E... Może trochę, ale i widok zderzenia ze ścianą jest mało sielankowy. Na szczęście był happy end :)

Mateusz z runblog.pl pisze...

Fantastyczna relacja! :-)

Ewelina Majdak pisze...

A czemu teraz nie biegłaś? (pewnie przeoczyłam jakiegoś posta wybacz:))
Jej jak tak czytam to bym chciała umieć biegać, Niestety nie umiem i pewnie bym umarła na zawał serca :/

Hankaskakanka pisze...

@Mateusz, dziękuję! A Tobie gratuluję przezwyciężenia ściany i wyniku. Chciałam złożyć gratulacje na Twoim blogu, ale jakoś nie wychodziło mi wpisywanie komentarza ;)
@Polka, bo 2 tygodnie temu biegłam w maratonie warszawskim i: a) złapałam kontuzję, b) jeszcze nie upadłam na głowę :) Pewnie, że byś umiała biegać na długich dystansach, tylko musiałabyś potrenować. Zwłaszcza, jeśli nawet taka lebiega jak ja daje sobie jakoś radę ;) Pisałam już, że zawsze miałam 3 z wuefu, które na koniec roku było naciągane na 5, żeby nie psuć średniej? :))) Kiedyś napiszę o skakaniu przez kozła i innych koszmarach z podstawówki.

Ewelina Majdak pisze...

Ale ja się ostatnio zapuściłam i czuję się jak wieprz :((( I nie mam siły iść na siłownię już więcej nie napiszę bo się popłacze chyba :) Zresztą mi Żaba mówiła jak Ty się zawzięłaś z tym bieganiem ja nie wiem czy tak umiem :) Szybko mnie bezdech łapie ;)

Unknown pisze...

Świetne zdjęcia!

Korona maratonów polskich to brzmi dumnie :-) Z jednej strony rewelacyjne jest przebieganie maratonów w różnych miastach, ale z drugiej, chyba człowiek czuje się bezpieczniej przebiegając trzydziesty piąty kilometr po ulicach, które dobrze zna... W innym mieście chyba trudniej?

Hankaskakanka pisze...

Poldku, wieprzki biegają bardzo szybko, więc się nie wykręcaj :) A Żaba może trochę przesadzać, bo u niej biegałam po imprezie sylwestrowej ;)
Emilio, coś w tym jest. Pierwszy maraton przebiegłam w Warszawie, bo czułam się w ten sposób... bezpieczniej. Ale potem fajnie jest zwiedzać inne miasta w biegu :)