Po tym, jak wymroziłam sobie 4 litery podczas niedzielnego truchtania po Lesie Kabackim, czułam się raczej słabo, aż w końcu poległam we wtorek. Na szczęście obyło się bez antybiotyków i szybko doszłam do siebie, ale treningi biegowe odpłynęły w siną dal.
W czwartek, po dwóch dniach wylegiwania się w domu, zaryzykowałam wizytę na siłowni. 1 km na bieżni okazał się być zaskakująco wyczerpujący, choć ustawiłam sobie marne 5:30 min / km (!). Do ćwiczeń siłowych miałam więcej energii niż do biegania, więc porobiłam przysiady ze sztangą, trochę powzmacniałam bicepsy i obręcz barkową, grzbiet i, tradycyjnie, pupę i brzuch.
W piątek wróciłam do pracy, w której czekała na mnie lawina spraw spiętrzonych podczas (aż) dwudniowej nieobecności, pojechałam na lekcję ulubionego języka, wróciłam półżywa do domu.
W sobotę rano wstałam z mocnym postanowieniem: "Jadę do lasu na trening." Ile można chorować? Zgodnie z planem (nieco zrewidowanym po kilkudniowej przerwie w realizacji), miałam zrobić 6 trzyminutówek, w tempie o 4-5 sekund wolniejszym niż docelowe, z dwuminutowymi przerwami w truchcie. Plus rozgrzewka i schłodzenie.
W lesie było znów pięknie, choć nocne przymrozki i mocne wiatry postrącały większość liści z drzew.
Biegałam w butach trailowych (Saucony Xodus, które tak pięknie sprawdziły się podczas wczasów odchudzających w Szklarskiej Porębie), bo w Canarinhos tydzień temu było mi bardzo zimno w stopy. Buty trailowe może nie są najlepszymi do ćwiczenia prędkości, ale przynajmniej nie zmarzłam i wróciłam z idealnie czystymi podeszwami, bo nic nie szoruje ich tak skutecznie jak opadłe liście (nawet suche) albo śnieg. Pod warunkiem, że jest to czysty śnieg, a nie chodnikowa breja z solą i piachem.
Wracając do treningu, rozgrzewkowo zrobiliśmy 1.3 km. 3-minutówkom nadawał tempo mąż, ja pilnowałam tylko czasu. Pierwszą pobiegliśmy za szybko - około 4:35 min/km. Drugą i trzecią już idealnie w tempie 4:57-4:58 min/km. Czwartą znów za szybko (4:40 min/km). Piątą i szóstą tak jak drugą i trzecią. Zrobiliśmy jeszcze schłodzenie i w sumie wyszło 7 km bardzo fajnego treningu. Myślałam, że po kilku dniach przerwy w bieganiu i, poza jedną wizytą na siłowni, ogólnego bezruchu, będę flakiem energetycznym i mięśniowym Pinocchiem, a biegłam lekko, z dużą przyjemnością. Trening skończyliśmy rozciąganiem (hurrrraaa! Wreszcie nie trzeba opędzać się przed komarami!), przy którym znów czekała mnie niespodzianka - poza lekkim spięciem w lewym biodrze (tradycja) - nic! Kobieta-guma. Dodam również, że po czwartkowej siłowni w ogóle nie miałam zakwasów.
Jaki miły powrót do treningów!
Wróciłam do domu w różowym humorze i z przyjemnością spałaszowałam kolejny wynalazek, tzn. makaron z mąki ryżowej z dodatkiem wodorostów, z cukinią, tofu i prażonymi nerkowcami. Dobre.
A jeśli chodzi o gości, mamy jednego. Małego i miłego, choć strasznie płochliwego.
Irenka lubi jeść siano, nie pogardzi też kawałkiem marchewki. Niechętnie pije wodę, czasem skubnie trochę ziaren. Potrafi zainteresować się artykułem o węglowodanach w Correre, biega tylko wtedy, kiedy nikt jej nie widzi (słychać wtedy energiczne szuranie w klatce). Przyjechała do nas w czwartek, a dziś wróci do swojego domu, chyba że jej prawowity opiekun nie będzie jeszcze na siłach po przebiegnięciu 70 km w ultramaratońskim debiucie (Kaliska Setka).
A ja ruszam na swoje wolne wybieganie. Dziś skromne 8 km ze 10x100m na koniec. Szkoda tylko, że nie ma słońca.
niedziela, 24 października 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
9 komentarzy:
Aaaa, Irenka mnie zabiła :D Gdzie ona ma oczka? :)
Łomatko, a taką Irenkę to pewnie trzeba czesać czasem?... :))
Irena prezentuje się bardzo sympatycznie. Ciekawe czy też najchętniej je kable (po wypuszczeniu z klatki). Ja miałam kiedyś Pączka, ale niestety wykończyła go sałata :(
A co do treningu to mam pytanie, czy jak masz pulsometr z GPS to nadal możesz się pomylić w prędkości biegu? Napisałaś że biegliście za szybko w stosunku do planu. Może to głupie pytanie ale sie nie znam.
No wlasnie, gdzie Irenka ma ... poczatek i koniec?
Brawo, brawo, brawo. Oklaski za szybkie wyjscie z chorobska.
Zieleninko, jak się dobrze przypatrzeć, w czarnych łatach, między uszami a nosem. Ale trzeba się bardzo dobrze przypatrywać :)
Midi, mam wrażenie, że Irenka należy do kobiet ceniących sobie życie zgodne z naturą :)
Avo, tak. Jeśli są drzewa, chmury albo jakiś inny x-factor, gps potrafi zgłupieć. Te dwa odcinki biegliśmy za szybko, bo - na pierwszym mężowi GPS długo nie pokazywał pożądanego tempa i przyspieszaliśmy, przyspieszaliśmy, przyspieszaliśmy, aż okazało się, że jest 4:10 / min i wtedy zaczęliśmy zwalniać :) A ten czwarty polecieliśmy szybciej, bo wyprzedzaliśmy grupki spacerowiczów, chcąc jednocześnie uskoczyć przed najeżdżającymi z naprzeciwka rowerzystami ;)
Aniuha, początek Irenki rozpoznaję po uszkach :))
wow kolejny ultras :)w głębi duszy trochę Im zazdroszczę tej imprezy w Blizanowie. Byłem dwa razy i ciągnie mnie tam jak wilka do lasu :) nasz "setkowicz" już wrócił :)pozdrowionka:) fajne te fotki ;)
Tete, nasz kolega też już wrócił i odebrał Irenkę (chlip, chlip - jakoś pusto bez niej). Opowiadał tak fajne rzeczy, że zamarzyło mi się pobiec w przyszłym roku ;) Może na pierwszy ogień skromnie, tzn. 55 albo (w wersji max) 70...
Fajny futrzak i dobry trening. Podobny mam zaplanowany w przyszłym tygodniu, ale jakoś nie pałam do niego sympatią. Nie przepadam za szybkim bieganiem na krótkich przerwach. Z jednej strony jest skuteczne, z drugiej diablo męczące. Coś za coś ;)
Czasem lubię się tak zmęczyć :) Dla mnie najtrudniejsze jest pilnowanie tempa, bo jednak cała zabawa polega na tym, żeby nie polecieć "w trupa" (bardzo mi się podoba określenie Avy!) i nie zakwasić się na amen. Dzisiaj czułam te 3-minutówki podczas treningu (syndrom betonowych nóg), ale na końcowych setkach się rozkręciłam.
Prześlij komentarz