Po maratonach warszawskim i poznańskim, policzyłam pi razy oko udział biegaczek w obydwu imprezach. W Warszawie - im-po-nu-ją-ce 9% z małym ogonkiem. W Poznaniu - około 8%. Nie chodzi mi o porównywanie obydwu miast oraz robienie "zygu-zygu, a w Warszawie biegło więcej kobiet!". Nie. Bo czym tu się szczycić? Że największe maratony w Polsce nie są w stanie przyciągnąć nawet takiej liczby biegaczek, żeby ich udział dał wynik dwucyfrowy?
Dlaczego to tak wygląda? Jeden z powodów nasunął się sam w ostatnią niedzielę.
Wiadomo, że niedziela dniem leśnym, więc znów pojechaliśmy z mężem do wiadomego lasu. Zrobiliśmy spacerowe 5.5 km (tempo około 5:50 - 6 min / km), a potem żwawsze 10 x 100 m ze 100-metrowymi przerwami. Mąż po raz kolejny podjął się pełnienia funkcji pacemakera. Poprowadził stumetrówki w tempie poniżej 4 min / km. Po zakończeniu clue programu, przetruchtaliśmy jeszcze kilkaset metrów dla schłodzenia i przystanęliśmy na rozciąganie niedaleko ław i stołów, znajdujących się przy wejściu do lasu od ul. Moczydłowskiej. Po paru minutach przysiadła się rodzina - mama, tata i troje dzieci. Najmłodsze jeszcze w wózku i dwie dziewczynki. Jedna może 3-letnia, druga chyba 5-letnia. Dziewczynki były ubrane raczej odświętnie - spódnice, kolorowe rajstopki, eleganckie buty, płaszczyki, czapeczki z kwiatkami, itp. Nie usiedziały długo z dorosłymi i zaczęły się nawzajem ganiać. Po paru minutach śmiechów i gonitw zostały przywołane do porządku przez mamę: "Nie biegajcie tak, bo się przewrócicie!". Dziewczynki usiadły z dorosłymi, po czym całe towarzystwo ruszyło dostojnym krokiem w stronę samochodu.
No właśnie.
Z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że byłam dziś na siłowni i zdołałam zgubić kartę wstępu. Na szczęście ktoś ją znalazł i oddał paniom w recepcji. Poza tym wszystko w normie: przysiady ze sztangą, wykroki w bok z lżejszą sztangą, męczarnie na maszynie do ćwiczenia siedzenia, grzbiet na ławeczce rzymskiej, pompki na bosu i różne takie. Dobrze, że w domu czekała wspaniała pomidorowa, a teraz można zająć się odpoczynkiem biernym, zwłaszcza że jutro trening klubowy. Będę uważać, żeby się nie przewrócić :)
wtorek, 26 października 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
13 komentarzy:
Gdybym był w podstawówce napisałbym "dziewczyny nie biegają bo są głupie" ;-)
Co do maratonu - po prostu ten dystans dla kobiety jest dużo cięższy niż dla faceta, kwestia budowy ciała. Ciekawe ile kobiet biegło w Biegnij Warszawo i ile pobiegnie w Biegu Niepodległości.
W Stanach udział kobiet i mężczyzn w maratonach to od lat mniej -więcej 50/50. Maraton jest tylko kwestią wytrenowania i nie widzę w nim niczego, czego przeciętnie sprawna kobieta nie byłaby w stanie dokonać :) Może poza wynikiem poniżej 2:03:59 :)))
Chyba dość mocno mamy wpojoną tę konieczność nie ubrudzenia się, nie przewrócenia się i nie zbicia kolana. Sama jak kilka miesięcy temu kupowałam pierwsze porządne biegowe buty od razu rzuciło mi się w oczy, że wszystkie są... brzydkie. Dopiero kiedy przebiegłam w nich naprawdę sporo kilometrów wybiłam sobie z głowy zwracanie uwagi na kolor, krój itd. A z czasem nawet zaczęłam odczuwać perwersyjną przyjemność płynącą z biegania po błocie i kałużach, więc może i dla tych dziewczynek w rajstopkach jest nadzieja :-)
Ależ buty biegowe są piękne! Brzydkie są tylko te, które projektanci usiłują upodobnić do nie-biegowych ;)
Ja kocham sportowe ciuchy i inne mogłyby dla mnie istnieć :)
Mateusz, wbrew pozorom kobiety lepiej od mężczyzn znoszą długie dystanse (ultra), biegają wolniej, ale organizm chyba mają lepiej przystosowany.
Chyba po prostu kobiety w PL tradycyjnie uprawiają różne aerobiki itp., a inne dyscypliny uważają za męskie...
Może kiedyś dojdziemy do poziomu USA, czyli fifty-fifty.
A na razie warto się przyjrzeć osiedlowym placom zabawa i boiskom. Odkąd pamiętam za piłkami biegali przeważnie chłopcy. Podobnie w szkole/ na uczelni łatwiej było zebrać drużynę męską niż kobiecą. Ot cytując klasykę "warstwy tradycji wieki kultury"
znajoma nauczycielka W-f_u mówiła mi, że w szkole wśród dziewcząt panuje plaga zwolnień z w-f_u?
oj ten sposób wychowywania jest OKROPNY!Wpajanie nierówności od maleńkości. Wkurza mnie to strasznie, wrrr
Jestem w szoku że kobiet w maratonach w PL jest mniej niż 10%! myślałam że min. 30% Ale czemu winą jest budowa kobiety? Myślę że nic w tej budowie nie przeszkadza w biegach długodystansowych? Zresztą przeczy temu te wspomniane 50/50 w USA.
Myślę że to raczej właśnie wpajane wzorce i wychowanie powstrzymuje dziewczynki je przed bieganiem, ale moi drodzy jest coraz lepiej (czyt. więcej kobitek na ściezkach biegowych.) Za parę lat ta proporcja napewno będzie inna :)
A wychowanie zależy głównie od rodziców, jak sami czynnie uprawiają sport to wszystko jedno czy mają chłopca czy dziewczynkę - wzorzec zostanie dziecku wpojony. Gorzej z tymi co za sport mają niedzielny spacer w parku (po kościele) albo np. weekendową "koszykówkę" w np. Tesco ;-)
Zinow, a czy teraz w ogóle widujesz dzieci grające w piłkę na podwórku? Bawiące się w podchody, chowanego, skaczące ze skakanką, grające w "zbijaka"? Przyznam, że dawno tego nie widziałam.
Tete, tak, też o tym słyszałam. Oraz o tym, że przeciętny uczeń podstawówki nie jest w stanie zrobić przewrotu w przód, w tył, ani świecy i że określenie "gram w piłkę z kolegami" odnosi się do... tłuczenia w playstation :(
Zieleninko, mnie też.
Avo, niestety. Z okazji dnia kobiet zacytowałam statystyki, z których wynika, że Polska jest na szarym końcu, jeśli chodzi o udział kobiet w maratonach. Wyprzedzają nas kraje, w których dominującą religią jest islam.
"Koszykówka" - dobre! :))
Hmm, dobre pytanie z tymi bawiącymi się dziećmi. Ostatnio to nie, ale jeszcze 10 lat temu, jak miałem średnie naście lat, to mimo powszechnej obecności komputerów w domach, często spotykałem się z "kumplami" na podwórku i graliśmy w nogę albo kosza.
Chyba wybiorę się na stare śmieci i zobaczę, co się zmieniło ;)
Okropne jest to "tłamszenie" aktywności dzieci od najmłodszych lat. Nasza Mała zaczęła już chodzić - a nawet biegać;) - ale gdy jeszcze raczkowała pozwalaliśmy jej to robić naprawdę w różnych miejscach (oczywiście poza takimi, gdzie mogłaby sobie np. krzywdę zrobić). Nic to, że ciuchy id razu do prania były. Jak myślicie, ile rodziców z podobnym podejściem można spotkać na co dzień?
Jeszcze a propos grania w piłkę i innych zabaw ruchowych na świeżym powietrzu - wiosną byłam po raz pierwszy (i, na razie, ostatni) na słynnym warszawskim osiedlu Miasteczko Wilanów. Składa się ono ze skupisk mniejszych osiedli, grodzonych i chronionych. W ich obrębie zostały, co prawda, wytyczone maleńkie placyki zabaw dla maluchów oraz mikro zieleńce, ale miejsca na "pogranie w piłę" czy inne zabawy na świeżym powietrzu, które pamiętam z dzieciństwa spędzonego na znacznie mniej ekskluzywnym osiedlu warszawskim, nie ma.
DrProctor, nic dodać, nic ująć :)
Miasteczko Wilanów ma 2 idealne miejsca do uprawiania sportów
- asfaltowa droga pod skarpę wiślaną, obecnie zamknięta dla samochodów - idealna do ćwiczenia podbiegów
- asfaltowa trasa od Wilanowa niemal do Powsina, koło 5 km, dobre do treningów szybkościowych :D
Prześlij komentarz