niedziela, 29 sierpnia 2010

Liczby i marzenia

Jest taki film dokumentalny, wyreżyserowany przez Annę Bucchetti (tytuł oryginalny: "Dreaming by numbers"). Opowiada o wielkiej neapolitańskiej świętości - loterii, pokazuje Neapolitańczyków z różnych środowisk, z różnymi historiami, obstawiających od lat numery w lotto. Jedni - według własnych systemów, inni - według przekładu symboli z księgi "La smorfia". Wszystkich łączy to samo: wiara w magiczne znaczenie cyfr i wielkie marzenie o wygranej, pociągającej za sobą szczęśliwą odmianę losu.

W pewnym sensie, plany treningowe to też liczby i marzenia. Dystans, tempo, powtórzenia, ilość treningów. I zwieńczające cały ten trud marzenie o pierwszym starcie, o życiówce, o miejscu na podium, albo o polepszeniu kondycji czy zrzuceniu kilogramów.

Ja też mam swoje biegowe marzenia. Np. zakwalifikować się do maratonu w Bostonie albo pobiec w Midnight Sun Marathon. Na razie chciałabym bezkontuzyjnie i bezkolizyjnie doczekać do Maratonu Warszawskiego. Może nawet znów nieśmiało marzę sobie o wyniku... W międzyczasie zajmuję się liczbami, tzn. znów biegam planowo.

Dziś była tradycyjna niedziela kabacka. Wyspałam się (i to jak!), zjedliśmy dobre śniadanie, przysiadłam do obiecanej już dawno Olkowi obróbki zdjęć z obozu. Tak się zasiedziałam, że do lasu dotarliśmy z mężem znów około południa. Jednakże, inaczej niż w zeszłym tygodniu, przywitał nas mocny, zimny wiatr i sceneria typu "za chwilę będzie jesień". Pierwsze dwa kilometry przetruchtaliśmy bardzo spokojnie, między 6:15 a 6:20 min/km. Kiedy Gacek pokazał 2 km, przyspieszyliśmy, bo kiedyś trzeba było odrobić planowe czterokilometrówki, których mieliśmy przebiec 3, a pomiędzy nimi - trzyminutowe przerwy. Dziś biegło mi się bardzo dobrze, choć czułam leciutkie ciągnięcie w czworogłowych. Bo muszę wyznać ze wstydem, że wczoraj, po sztafetach, nie rozciągnęłam się. W ogóle.

Cały trening zamknęliśmy w ponad 16 km. Czterokilometrówki, poza ostatnią, wychodziły ładnie, w tempie narastającym. Zresztą i ostatnia nie byłaby najgorsza (5:30, 5:10, 5:06), gdyby nie ostatni kilometr (5:16). Byłam już zmęczona i głodna.

Wolne schłodzenie miało mocny finisz. Zwiewaliśmy przed deszczem. Poza tym zerwał się jeszcze mocniejszy i jeszcze zimniejszy wiatr, więc wolny trucht w mokrej koszulce i z mokrą głową był średnią przyjemnością.

W domu zrobiłam naprawdę porządne rozciąganie i zdobywanie sprawności krótkiej stopy, a nagrodą za wszystko była pierwsza od wielu tygodni domowa pizza. Do której mąż zrobił sam sos pomidorowy. Zdjęć nie ma. Zjedliśmy wszystko w 5 minut.

PS. W ostatnim numerze Podróży jedną z polecanych imprez na wrzesień jest Maraton Warszawski. Obok wystawy Gaugina w Tate Modern, Festiwalu Wina w Budapeszcie i Festiwalu La Merce w Barcelonie.
PS2. Nie mogę się doczekać!

4 komentarze:

Ava pisze...

Gdy tak sobie czytam twoj opis treningu, dociera do mnie jak nieprofesjonalnie i chaotycznie biegam ja. W sumie też bym chciała jakoś to usystematyzować, ale myslę że samemu to jakoś słabo wychodzi. Zbieram na pierwszego sparingpartnera czyli garmina ale w sumie to chyba nie ma jak żywy biegacz u boku :-)

Hankaskakanka pisze...

Avo, systematyczne treningi według planu zaczynałam w samotności, bo mąż był po kontuzji, a poza tym twierdził, że bieganie jest nudne :) Dopiero po paru ładnych miesiącach zaczął mi towarzyszyć, a potem już tak jakoś zostało. Później zawiązała się grupa biegowa i wspólne treningi raz w tygodniu, a czasem nawet częściej w podgrupach. Ciągle zdarzają mi się jednak treningi solo i one też mają wiele uroku. Od dawna nie biegam z muzyką w uszach. Raz - ze względu na bezpieczeństwo (gdybym nie usłyszała pisku opon, wylądowałabym zimą na masce samochodu, który pojawił się jak spod ziemi i zgarnąłby mnie z przejścia dla pieszych), dwa - w biegu lubię słuchać tego, co dzieje się dookoła i samej siebie, a muzykę zostawiam na stanie w korku.
Gdybyśmy mieszkały bliżej, mogłybyśmy się umawiać na bieganie wieczorami albo raniutko :(

quinoamatorka pisze...

Haniu, to już trzymam kciuki za Maraton Warszawski! I żeby nic nie zakłóciło przygotowań :)

Hankaskakanka pisze...

Quino, bardzo dziękuję :) Kciuki przydają się w szczególności na intencję zatok, biorąc pod uwagę przygody z zeszłego roku ;)