sobota, 21 sierpnia 2010

Leń zapobiegawczy i orzechowe kalorie

Wizyta u osteopaty, z przyczyn ode mnie niezależnych, została odwołana i przełożona na następny czwartek. A biodro dalej dokucza. Postanowiłam dać mu więcej odpoczynku, tzn. trochę się rozciągam, zawiesiłam bieganie do niedzieli. Nie wiem, czy to coś pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi. Pamiętając biodrowe problemy sprzed kilku miesięcy, wiem tyle, że regularne nabijanie kilometrów nie jest w takich okolicznościach przyrody dobrym pomysłem.

Kilometrów może nie nabijam, ale kalorie - o tak! Zainspirowana kilkoma przepisami z blogu Quinoamatorki, np. tym na spaghetti nerkowese, kupiłam dwie paczki orzechów nerkowca i zaczęłam dodawać je do makaronów. W czwartek podjęłam koleżanki spaghetti z żółtą i zieloną cukinią, do którego wrzuciłam pokruszone i uprażone orzechy. Wczoraj, kiedy wróciłam śmiertelnie głodna z pracy, na szybko skleciłam spaghetti aglio, olio e peperoncino, utłukłam w moździerzu garść orzechów, lekko je uprażyłam i dodałam do makaronu. Obydwie wersje godne polecenia, szczególnie, że orzechy nerkowca bogate są w takie dobra jak białko, żelazo i cynk. Podobno przypisuje się im właściwości uspokajające i antybakteryjne.

Po jednym z obozowych wykładów na temat diety biegacza, zaczęłam pić codziennie pół litra izotoniku i tym razem nie chodzi o piwo. Rano rozrabiam magiczny proszek z wodą i zabieram bidon z piciem do pracy. Łykam też regularnie magnez z witaminą B6. Wydawało mi się, że do dobrego funkcjonowania wystarczy mi sama woda, a picie izotoniku rezerwowałam tylko na okazje po intensywnych treningach lub zawodach, a tu okazało się, że to nie jest tak. W okresie przygotowań do maratonu, przy zwiększonym kilometrażu, warto wspomagać organizm izotonikami na co dzień. No dobrze - pomogę.

Faza na ogórki kiszone trwa, lecz powoli słabnie. To dobrze, bo zostało już tylko 1.5 słoika do podziału z mężem, wracającym z kraju obcego ideologicznie kiszeniakom.

Następny post będzie o bieganiu. Przynajmniej taką mam nadzieję.

5 komentarzy:

Midi pisze...

Na wszelkie jedzeniowe opisy będę się teraz ślinić podwójnie, bo tu jest jednak dość ograniczony wybór i część warzywno-owocowych smakowitości ma kosmiczne ceny. Co w sumie świadczy tylko o tym, że wąż w mojej kieszeni jeszcze nie zapomniał polskich standardów...

Zielenina pisze...

i na mózg są świetne! :) Z prażeniem to bardzo dobry pomysł, bo morduje ewentualne pleśnie, których orzechy lubią mieć dużo. A my mamy jeszcze całą skrzynkę włoskich do przerobienia, ktoś chętny do łupania? ;-)

Hankaskakanka pisze...

Midi, pamiętam, że brat-stypendysta miał pomysł na przysyłanie mu w paczkach polskich jabłek, na których mógłby zbić fortunę, bo w sklepie kosztowały 3 x tyle, co świecące w ciemności holenderskie :) Może zacznij zapraszać gości z Polski i za nocleg pobieraj opłaty w jabłkach, śliwkach, twarogu, rzodkiewkach i ogórkach kiszonych? :)

Zieleninko, trochę mam do Ciebie daleko ;)

bluuu pisze...

Te wszystkie blogi i jedzeniu to samo ZUO jest i omijam je szerokim łukiem:))) Natomiast tak sobie Ciebie czytam i naszła mnie refleksja, że gdybyś prowadziła ten blog w USA, to byłabyś z mety (he he) zawalona próbkami czy produktami do przetestowania od producentów używek dla sportowców, jogurtów, suplementów diety, sportowej bielizny, obuwia, batonów proteinowych i czego tam jeszcze prawdziwy runner potrzebuje. Testujesz te produkty, wystawiasz opinię, robisz reklamę - i obie strony zadowolone, i bloguś syty i cały:)

Hankaskakanka pisze...

Bluuu, myślę, że takie testy, robione przez osoby biegające, mogą być pożyteczne i wiarygodne. Sama z zainteresowaniem czytam recenzje z testów butów, które zamieszczają koleżanki i koledzy bloggerzy :)