czwartek, 1 lipca 2010

Nieoczekiwany początek lipca

To, że skończył się czerwiec i minęło pierwsze półrocze, dotarło do mnie dziś wieczorem. Jakoś przy okazji robienia spaghetti z cukinią.

Niektórzy właśnie bawią się na koncercie Pearl Jam (chlip chlip), a ja rozpoczęłam przygotowania do Maratonu Warszawskiego - mam plan na najbliższe dwa tygodnie. Początek będzie delikatny - pierwszy zakres, pierwszy zakres, pierwszy zakres, lekko tylko okraszony szybszymi stumetrówkami. Po przygotowaniach do piątki ursynowskiej i piątki "branżowej", marzą mi się właśnie kilkunastokilometrowe spokojne wybiegania. Wracam z nich zadowolona, uśmiechnięta i życzliwie nastawiona do świata. No i, oczywiście, przeraźliwie głodna.

Trzeba będzie przed weekendem uzupełnić zapas makaronu.

Zanim jednak było mi dane zjeść wieczorną miskę spaghetti, przez godzinę wylewałam siódme poty na siłowni. W ruch poszła skakanka, ciężarki, piłka bosu, obciążniki zakładane na nogi. Drogi do domu zasadniczo nie pamiętam, życie wróciło we mnie po kolacji.

Wogóle dziś miałam dziwny dzień, jeśli chodzi o, ogólnie mówiąc, energię życiową; wszystko przez to, że nie zjadłam śniadania, co zdarza mi się szalenie rzadko i wprawia mój organizm w kompletne osłupienie. No ale jak już się idzie na badania, m.in. na morfologię, trzeba zacisnąć zęby i jakoś wytrzymać do wyjścia z laboratorium, za którego drzwiami wyciąga się z torby banana i pożera go trzema kłapnięciami. W pracy zjadłam kanapkę, zrobioną przez męża i wypiłam kawę. Niemniej jednak, przez cały dzień czułam się jakoś dziwnie i nie wiem, jak można tak funkcjonować na co dzień... Tak - to znaczy bez śniadania. Ot, zagadka.

2 komentarze:

LidKa pisze...

Bardzo masz dobry plan, chociaż na samą myśl kilkunastokilometrowej przebieżki, włosy mi stają dęba;)
A to, że wracasz zrelaksowana i zadowolona jest najważniejsze. Tak trzymaj :*

Hankaskakanka pisze...

Lidko, ale to takie wolniutkie kilkanaście kilometrów :)