Na razie może wystarczy dyletanckich zwierzeń futbolowych. Wróćmy do Barcelony.
Sobotnie popołudnie na Rambla
Wianuszek wokół fontanny na Placa Reial. Panowie z lewej mają na plecach flagi Katalonii.
Port Vell
Wejście do portu
La Pedrera
Parc Guell
Jeszcze raz Parc Guell
Widok na Barcelonę ze wzgórza Tibidabo
Po pierwszej połowie jest 0:0
Iniesta właśnie został bohaterem narodowym
Mury miasta
Widoki z poniedziałkowej ścieżki biegowej
Nie pamiętam kiedy przeszłam tyle kilometrów w porównywalnym upale (codziennie powyżej 30 stopni), ale było warto. Przeliczyłam się tylko ze swoimi możliwościami i nie doceniłam wielkości miasta, dlatego bardzo będę chciała do niego wrócić, o ile tylko spotka mnie taka możliwość. Nie byłam na wzgórzu Montjuic, nie widziałam zabudowań olimpijskich ani pawilonu Miesa van der Rohe, obok Sagrada Familia przemknęłam tylko autobusem, itepe itede.
Za to pomagałam Hiszpanom w kibicowaniu ich drużynie i przebiegłam 14 km wzdłuż plaży, umierając z gorąca. Z widokami jak na powyższym zdjęciu. W przebieżce towarzyszył mi mąż i nowy członek naszej biegowej rodziny - Gacek.
Gacek jest fantastyczny. Mierzy czas, odległość, ma GPS, pulsometr, a kiedy podłączę go do komputera, na animowanej mapie pokazuje moją trasę, różnicę wzniesień i tempo. Oficjalnie nazywa się Garmin 310TX, ale to prawie jak R2D2 i w jakoś w ogóle nie bardzo jak na towarzysza mojego biegania.
O którym, zresztą, napiszę w oddzielnej spowiedzi.


2 komentarze:
ech, zazdraszczam. Miałam jeden dzień na zwiedzanie Barcelony i też latałam jak z pieprzem :) Ale 14 km po plaży nie przeleciałam ;-)
Na mapie wydawała się taka malutka ... ;)
Prześlij komentarz