"Tato nie wraca ranki i wieczory. We łzach go czekam i trwodze."
Dalej nie pamiętam, ale takie miałam wieszczowe skojarzenie przy okazji opisywania treningu porannego i wieczornego. Nie wystarczyły poranne hulanki w Ogrodzie Saskim, trzeba było jeszcze pod wieczór dokręcić śrubę na siłowni. A było tak:
O 5:30 zadzwonił budzik. Oczywiście zapomniałam, że go nastawiłam na tę godzinę w celach biegowych i, po chwili wpatrywania się w zegarek (5:30 i nie chce być inaczej), nie do końca przytomnie zaczęłam gorączkowo szukać w głowie powodu tak wczesnej pobudki. Pociąg? Samolot? Badania? Oszalałam? W końcu dotarło do mnie - trening! A może... może pada deszcz i pośpię jeszcze godzinę? Nie padał.
Kiedy już wybiegliśmy z domu, stwierdziłam, że trzeba będzie wstawać jeszcze wcześniej, bo o 6 jest już za duszno i za gorąco. Naprawdę, powietrze stało, słońce prażyło - ciężko się biegło, ale jakoś wymęczyliśmy około 7 km w pierwszym zakresie. Nagrodą była fantastyczna jajecznica ze szczypiorkiem :)
W pracy już około 11 nadawałam się do poobiedniej drzemki. Udało mi się jednak dotrwać do końca dnia, bez rozkwaszenia nosa o klawiaturę. Miałam ze sobą torbę z rzeczami na siłownię, wahałam się czy iść czy nie, ale w końcu poszłam. Dla odmiany potruchtałam (niecałe 2 km) na bieżni, poćwiczyłam 10 min na wiosłach, potem zrobiłam trochę ćwiczeń na przyrządach (przywodziciele, odwodziciele, łydki, plecy, brzuch), rozciągnęłam się i, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, wróciłam do domu.
Urugwaj walczy z Holandią, czym zdążyłam się zainteresować pod koniec pierwszej połowy, gdy Urugwajczycy wbili gola Holendrom, ale nie dla mnie piłkarskie wzruszenia - spaaaać.
wtorek, 6 lipca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz