niedziela, 18 lipca 2010

Fiku-miku w piekarniku

Pół roku temu opowiadałam o radzeniu sobie z treningami podczas zimy z prawdziwego zdarzenia, kiedy w lesie było np. tak a w mieście tak i temperatury wahały się między -10 a -20. Nie mogę uwierzyć, że biegałam kiedykolwiek w długich spodniach, pod które zakładałam narciarskie kalesony i że przed porannym bieganiem piłam, na rozgrzewkę, gorącą herbatę z miodem, a wyjście z domu bez rękawiczek groziło, że będzie tak bardziej bim-bom i odmrożone paluszki.

I w głowie się nie mieści, że kiedykolwiek mogłam narzekać na zimno i na brak słońca. Od paru tygodni jest, jak dla mnie stanowczo za gorąco i słońce mogłoby choć przez kilka dni odpocząć za chmurami. Najlepiej deszczowymi.

Upał upałem, a biegacz gdzieś i jakoś plan treningowy realizować musi. Może nie musi, ale bardzo chce, bo bez biegania żyje mu się jakoś krzywo. No i co robi taki biegacz, a raczej biegaczka, a raczej Hankaskakanka? Przede wszystkim kładzie się spać i wstaje z kurami. Przynajmniej jak na swoje możliwości i organiczną niechęć do wczesnego wstawania. I wygląda to tak:

Poniedziałek - pisałam już, że niedzielny trening przesunął "się" na następny dzień i że przebiegłam 14 km po Barcelonie, w temperaturze od 26C do 30C. Myślałam, że pierwszy zakres w takim gorącu to kres moich możliwości. Ech... Co ja wiedziałam?

We wtorek nie byłam na siłowni, ponieważ już w szerszym gronie świętowałam przejście kolejnego szczebelka do wyższej kategorii wiekowej. W środę... Nie pamiętam dlaczego nie biegałam w środę, ale może dlatego, że byłam skonana po pracy, a temperatura na zewnątrz odstraszała od wieczornego biegania.

Czwartek - pobudka o 5:20. Wybiegliśmy z domu jakieś 25 minut później i potruchtaliśmy w stronę Parku Saskiego. Na przejściu dla pieszych zaczepił nas biegacz z Australii (sądząc po akcencie), który zwrócił uwagę na to, że on i mój mąż mają takie same buty. Panowie pogadali sobie chwilę, po czym rozbiegliśmy się w różne strony. Przebiegliśmy przez park w stronę Placu Teatralnego, Ogrodu Krasińskich, i przez Plac Krasińskich, Miodową, Krakowskie Przedmieście aż znów zawróciliśmy do Saskiego, gdzie trochę pokrążyliśmy i wróciliśmy do domu. Jakieś 8.5 km, pierwszy zakres, niemożebny gorąc. A, zapomniałabym: w Przekąskach-Zakąskach jeszcze trwała malutka impreza - ubrana w mini blondynka pląsała z papierosem w zębach. To dopiero trzeba mieć kondycję!

Piątek - jeszcze gorszy upał, zaduch albo wiatr robiący wrażenie wypuszczonego z piekarnika z termoobiegiem. Odwiedziłam dwóch lekarzy ze swoimi różnymi badaniami. Dowiedziałam się, że jeszcze pożyję, co na jakiś czas może uspokoi wewnętrznego hipochondryka. Wieczorem chciałam pójść na siłownię, ale wróciłam do domu po 7 i pomaszerowałam prosto pod zimny prysznic. Padłam po 9.

Sobota - pobudka o 7:30. Wybiegłam z domu o 8. Pierwsze wrażenie? Więcej takie "mamma mia!!", bo gorąc prawie zwalał z nóg. Po 200 metrach truchtu osiągnęłam tętno, jakie zazwyczaj mam między 4 a 5 km nieco żwawszego biegu. Klucząc w poszukiwaniu cienia, dowlokłam się do Parku Saskiego i zaczęłam swoje 5 km w drugim zakresie. Po pierwszym kilometrze pomyślałam sobie, że w Barcelonie było bardzo rześko i przyjemnie i wcale się nie zmęczyłam. Kiedy po raz drugi dobiegłam do fontanny, zobaczyłam chłopaka i dziewczynę, którzy biegali w fontannie i ochlapywali się nawzajem wodą. Ale im zazdrościłam! Zwłaszcza, że, kiedy już wyszli byli mniej więcej tak samo mokrzy jak ja, jednak musiało im być nieco chłodniej.


Lecz i mnie się poszczęściło - niech Pan Bóg ma w opiece MPWiK, które wystawiło polewaczkę na Placu Piłsudskiego, na krawędzi trawnika obok remontowanego Grobu Nieznanego Żołnierza. Zobaczyłam jak przebiega przez nią jakiś inny truchtający wariat, więc natychmiast zboczyłam z trasy i przeskoczyłam przez kurtynę zimnej wody. Rozkosz... Dalszego ciągu mordęgi w narastającym upale oszczędzę. Biegłam raczej w trzecim niż drugim zakresie, wróciłam dosłownie zlana potem, w mokrzuteńkich ciuchach, a zanim się porozciągałam, wydudliłam litr zimnej wody. Najcięższe 6.5 km w
moim życiu. Po zabieganym i gorącym dniu (36 stopni w cieniu...) padłam znów przed 10 wieczorem i zasnęłam jak zabita.

Niedziela - pobudka o 6:00. Huraaaa! Nie ma słońca. Coś tam przegryźliśmy, spakowaliśmy wodę i bidon z izostarem do torby na mrożonki, do której włożyliśmy jeszcze 2 wkłady chłodzące, zabraliśmy koszulki na zmianę, ja, dodatkowo, klapki i, kiedy właśnie mieliśmy wychodzić, lunęło. Chłodniej, bez słońca, pada - wylecieliśmy z domu jak z procy. Kiedy dojechaliśmy do Lasu Kabackiego było trochę po 7 i cudownie chłodno (22 stopnie!), ale bez kropli deszczu, który skończył się chyba w okolicach Biblioteki Narodowej w Alei Niepodległości. Gdzieś w oddali słychać było przetaczające się grzmoty, wiał wiatr. Zabraliśmy bidon z izotonikiem, który paręset metrów dalej wrzuciliśmy w te same krzaki co zawsze i potruchtaliśmy przed siebie. Szczęście z ochłodzenia trwało trochę ponad 5 km - kiedy zaczęliśmy biec przez pola za Polaną Powsińską, wyszło słońce. Zanim wbiegliśmy z powrotem do lasu, czułam się już mniej-więcej jak po drugim kilometrze swojego sobotniego drugo-trzeciego zakresu. Około 10 km zachciało mi się pić i miałam wrażenie, że moja bateryjka ma już mały zapas mocy (za małe śniadanie - pół banana i dwa herbatniki z otrębami), więc zwolniłam bardzo mocno. Po 12 km dotarliśmy do krzaka z bidonem i, odganiając się od komarów (o tej porze?!) przemaszerowaliśmy kawałek popijając z takim smakiem, jakby to był, nie przymierzając, Ciechan miodowy. Jeszcze 2.5 km w jedną stronę, zawrotka, po 500 metrach zachciało mi się przyspieszyć do 5:30 min / km i zrobiłam to. Nogi same mnie niosły a Garmin pokazywał a to 5:05, a to 5:15, a to 5:00, a to 5:25 i tak do siedemnastego kilometra. Ciekawe, że tętno nie przekraczało 147 uderzeń, czyli tylu, ile miałam w sobotę po 200 metrach truchtu. Ekhm. Rozciągnęliśmy się już na Moczydłowskiej, trochę sobie pospacerowałam, nie mogąc nacieszyć się względnym chłodem w cieniu.


Zrobiłam zdjęcie torów pod lasem. Pomyślałam, że za jakieś 3 miesiące to samo miejsce będzie już wyglądać zupełnie inaczej, a na półkę z rzeczami biegowymi wrócą legginsy, koszulki z długimi rękawami, itp, podczas gdy szorty i koszulki na ramiączkach zasną snem zimowym w szufladzie.



Kiedy wróciliśmy do domu, zrobiłam natychmiast hit ostatnich gorących dni - wrzuciłam do blendera jagody, maliny, jednego banana i garść płatków owsianych. Wszystko zmiksowałam z kefirem. Ale to dobre... Reszta dnia upływa dosyć leniwie w cichej, opustoszałej i nieco schłodzonej Warszawie.


PS. Właśnie LEJE!

5 komentarzy:

Unknown pisze...

Fakt, że biegasz w mrozy, upały. Deszcze, zawieruch i po imprezie sylwestrowej przestaje mnie już dziwić. Przyzwyczajenie robi swoje... :) Ale, że biegasz z tym CIĘŻKIM aparatem, nieustannie wzbudza mój podziw :D

Hankaskakanka pisze...

Anoushko, nie Cię rozczarować, ale wszystkie zdjęcia w tym poście (oprócz jesiennego) są robione aparatem w komórce :) Jesienne zrobił Staś, kiedy ja kicałam po lesie, próbując wytrenować coś przed maratonem w Poznaniu, a Staś leczył kontuzję po Maratonie Warszawskim i szukał sobie innych rozrywek w lesie ;)

Hankaskakanka pisze...

Miało być: nie chcę Cię rozczarować. Coś zjadłam.

tete pisze...

Bardzo fajna, ciekawa i gorąca ;)relacja. Na dobrodzieńskiej dyszce służby medyczne nie nadążały z udzielaniem pomocy. Kurtyny wodne przygotowane przez strażaków były tego dnia dobrodziejstwem :) pozdrowionka Tomek

Hankaskakanka pisze...

Tomku, nie wyobrażam sobie zawodów w tym upale! Podziwiam :)