poniedziałek, 31 marca 2014

Positive split

O negative split, czyli taktyce na zawodach, zgodnie z którą pierwszą połowę biegnie się wolniej niż drugą, napisano już bardzo wiele. A ja napiszę o taktyce positive split, dzięki której zrobiłam kawał porządnego treningu, życiówkę lub jej zastępczynię na 10 km i fantastycznie spędziłam czas na ulicach Warszawy.

W mijającym tygodniu borykałam się z, jakby nie patrzeć, kontuzją. Wygląda na to, że na nartach naciągnęłam sobie okropnie coś w pachwinie albo mięśniach prawego półdupka (nie wiadomo, czy pierwsze było jajko czy kura), a prawy półdupek zaczął ciągnąć co? No co? Pasmo biodrowo-piszczelowe, czyli zmorę i postrach biegaczy. Szczęście w nieszczęściu, że boli część udowa, a nie ten kawałek przy kolanie (magistrów, doktorów i doktorów habilitowanych rehabilitacji / fizjoterapii / medycyny przepraszam za ignorancję anatomiczną i brak fachowej terminologii), bo wtedy raczej musiałabym pójść do kolegi Pana Doktora od Stóp i odstawić buty biegowe na parę ładnych miesięcy. Rozluźnianie i poluzowanie treningów przyniosło taki skutek, że po piątkowym treningu - spokojnym, godzinnym biegu - nie bolało. Zaczęło boleć wieczorem. W sobotę też byłam na treningu i nic, ale wieczorem ciągnęło i dokuczało. Wiedziałam, że muszę się liczyć z koniecznością zejścia z trasy, gdyby zaczęło boleć w trakcie biegu - taki był nakaz trenerski.

Innym nakazem trenerskim było przebiegnięcie półmaratonu w systemie positive split - pierwsze 10 km w zadanym tempie drugozakresowym, potem człapię do mety, a w międzyczasie wywczas. No super, tylko tempo groziło zrobieniem życiówki na 10 km, więc się trochę zestresowałam. Co prawda moja życiówka na 10 km porosła już kurzem, mchem i paprociami (Bieg Niepodległości 2011), bo nienawidzę biegania "dyszek", no ale skoro można się czymś podenerwować, to dlaczego nie?

W każdym razie, w słoneczny, niedzielny poranek stanęłam na starcie obok zająca z tabliczką 1:40, żeby nie biec z nosem przy Polarze. Zagrał "Sen o Warszawie", ruszyliśmy. Jak to się stało, że nagle oddzieliło mnie od zająca kilkadziesiąt osób? Tego nie wiem. Trzeba sobie radzić, zatem, uważając, żeby znów nie dostać czyimś łokciem albo smartfonem, ani nie zawadzić o niczyją nogę, biegłam ulicami wiosennej Warszawy, myśląc, jak fatalnie mi się biegnie i jak nie lubię pierwszych kilometrów treningu ani zawodów. Aleje Jerozolimskie, Marszałkowska, Królewska, przy której stała koleżanka, Krakowskie Przedmieście, na którym chwilę porozmawiałam z zapoznanym na starcie biegaczem i posłuchałam, jak zwykle rewelacyjnej, orkiestry Policji, stojącej pod Pałacem Prezydenckim. Lecimy dalej, stuka 5 km (23:45) i wreszcie zaczyna mi się lepiej biec. Dobiega do mnie Marcin i pyta, czy będę dalej trzymać to tempo, a jeśli tak, to on będzie biegł ze mną. Trochę mnie ponosi na 7 km (4:32 min/km), ale tak mi lekko i fajnie... Żałuję, że to jeszcze tylko 3 km tej radochy raźnego biegu w piękny, warszawski dzień - nawet długa prosta na Wisłostradzie wydaje mi się szalenie atrakcyjna. Coraz bliżej do tunelu i wreszcie jest, a w nim - o, radości! - chór śpiewający a capella! Wybiegam z tunelu, przebiegam przez matę pomiarową, dobiegam do bufetów - koniec zabawy. Klikam w Polara, żeby zachować dotychczasowy dystans jako jeden "lap" i zgarniam dwa kubki wody. Przystaję za ciężarówką, której zderzaka chcę użyć jako podpórki do rozciągania dwójek. Wypijam eksperymentalny żel (błąd, błąd!!!), wodę i zaczynam rozciąganie. Mam zrobić 6-7 minut przerwy, a potem powolutku przemieszczać się do mety. Natychmiast, jak spod ziemi, zjawia się Rosjanin (na koszulce miał napisane Rossija) z aparatem i woła do mnie "Nu, dawaj! Biegnij ze mnoj!" i kiwa zachęcająco ręką. Wytłumaczyłam chłopakowi, że na koleżankę czekam i podziękowałam za troskę. Mijały minuty, wypatrzyłyśmy się z Avą i wymieniłyśmy uściski oraz serdeczności. Mijały kolejne minuty, a przyjaciółki jak nie ma, tak nie ma. Po ponad 14 minutach oczekiwania, gdy już w sumie postanowiłam, że biegnę dalej sama, bo robi mi się trochę chłodno, przebiegający pan woła do mnie - "Czekasz na A.? Ona już pobiegła tam z przodu". Nie zauważyłyśmy się - ruszyłam z kopyta i dogoniłam kicającą sarenkę.

Bo było tak: w sobotę umówiłam się z przyjaciółką, że poczekam na nią za bufetami na 10 km i dobiegniemy razem do mety. Miała atakować 1:55, ale, gdy zaczęłyśmy wspólny bieg, a ona przez 3 km trzymała tempo poniżej 5:15 min/km, stwierdziłam, że Maestro za taki trening chyba mnie udusi. Poza tym, gdzieś w tyle głowy, miałam ciągle myśl pt. "noga". A już zupełnie poza wszystkim, czuję, że eksperymentalny żel zamienił się pawia, który dobija się o wypuszczenie na świat. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby wypróbowywać żel na zawodach, nawet treningowych. Puściłam przyjaciółkę-rakietę przodem, a sama wróciłam do dreptania. Paw trochę się uspokoił. Gdy wbiegliśmy do Łazienek, przybijałam piątki z dzieciakami, machałam do kibiców i w ogóle korzystałam z faktu, że nie muszę się nigdzie spieszyć. Na podbiegu na Agrykoli zwolniłam straszliwie, ponieważ idący tłum nie pozwalał na trzymanie mojego stałego tempa. Strasznie mnie zmęczyło to wybicie z rytmu. Na Placu na Rozdrożu czekały Kasia i Emilia z pięknym bannerem "Blog@cze" i gorącym dopingiem (dziękuję!!). Chwilę później dogonił mnie Mauser, z którym pobiegłam paręset metrów, aby znów wrócić do swojego przykazanego człapania. Rondo de Gaulle'a, skręcamy w stronę Mostu Poniatowskiego i gdzieś tam właśnie, między Rondem a Mostem, poczułam lekkie spięcie i ciągnięcie w nodze. Hm... Już blisko do mety, więc zawahałam się przez chwilę, czy zejść z trasy i dojść do depozytów, czy jeszcze truchtać. Zdecydowałam się na to drugie, stwierdzając, że, w razie czego, zawsze mogę się zatrzymać i wykonać plan nr 1, a może uda się jakoś doturlać do mety bez szkód w ludziach.

Ślimak z mostu, przyspieszam, bo noga ciągnie cały czas tak samo, czyli nie za mocno, a już bardzo bardzo chcę być na mecie i dostać coś do picia. Na kilkaset metrów przed metą stoi mąż i dopinguje "Hanka, dawaj", co doprowadza mnie do śmiechu i proszę go, żeby sobie nie robił jaj. Noga przestała dokuczać. Kilkadziesiąt metrów dalej widzę idącego kolegę - zgarniam go i zachęcam do biegu. Udaje się - przebiegamy przez linię mety razem, po drodze widząc jeszcze, jak rozpędzony na finiszu tatuś z wózkiem wjeżdża w innego biegacza. W życiu nie zabrałabym wózka na bieg, w którym startuje ponad 11 tys. osób, noale.

Polar pokazuje na mecie 1:59:39, czyli mój najsłabszy czas z półmaratonu, nie licząc Półmaratonu Św. Mikołajów w Toruniu, ale, gdy przychodzi sms z wynikiem netto, okazuje się, że mam dokładnie jedną minutę więcej - 2:00:39. Dziwne.

Za metą odbieram butelkę wody, medal, fajne wdzianko foliowe, idziemy do depozytu. Przebrani w suche ubrania, uderzamy jeszcze po przydziałową pomidorówkę (jest wersja bezmięsna - hura!) i jabłko. A potem wędrujemy na drugą stronę Wisły i jest bardzo, bardzo przyjemnie, gdyby nie fakt, że mijamy karetkę, w której trwa akcja reanimacyjna, a na Moście Świętokrzyskim zaczyna mnie boleć noga.

I co dalej?

Na razie zmniejszam objętości treningowe i pracuję nad rozluźnieniem tego, co mam ponapinane i co boli. Jeśli wszystko pójdzie w miarę szybko i dobrze, może wystartuję w maratonie w Krakowie. Jeśli nie - pozostaje ostrzyć podeszwy na jesień. Wczorajszy bieg był bardzo miły towarzysko i krajobrazowo,  zrobiłam dobry trening (minus dwa razy za długa przerwa, za którą już dostałam cięgi), albo drugi najlepszy albo najlepszy czas na 10 km - według Polara wyniósł on poniżej 47 minut (w takim razie mam życiówkę), a według sts-timing 47:25 (zastępczyni życiówki), ale pozostawił po sobie ogromny apetyt na życiówkę i na dobry maraton. Nawiasem mówiąc, kiedy 2,5 roku temu biegłam po życiówkę w Biegu Niepodległości, umierałam na trasie i bez zającowania męża nie dałabym rady. Wczoraj, gdy już pokonałam pierwsze kilometry, które zawsze są dla mnie najgorsze z całego biegu i podczas których mam ochotę zejść z trasy, biegło mi się wspaniale, lekko i mogłabym o wiele szybciej. Może czas wrócić do biegania dyszek? To też jakiś pomysł.

Jeśli chodzi o taktykę positive split - już wolę wszystkie biegi z narastającą prędkością na świecie od człapania na rozruszanych szybszym biegiem i, mimo wszystko, nieco zmęczonych nogach! Więc nie polecam jako taktyki na zawody, ale na trening - why not?

2 komentarze:

Ava pisze...

Jak widać trenerzy mają różne pomysły na połączenie zawodów z treningiem :) Gratuluję Ci życiówki na dychę i tego że jednak noga dała radę i nie musiałaś schodzić z trasy.
A co to za żel był? Ja też eksperymentowałam (SIS Go) ale mój się sprawdził znakomicie.
No i kurcze, szkoda że Cię nie będzie w Rotterdamie.

Hankaskakanka pisze...

@Ava, nie pamiętam nazwy tego żelu - wyrzuciłam tubkę. W smaku był świetny, bo mocno owocowy i lekko kwaskowaty i nie wymagał popijania wodą. W białej, dosyć dużej tubce z owocami leśnymi. No ale mojemu żołądkowi się nie spodobał, więc jestem już chyba skazana na High 5. Rotterdamu szkoda, ale wyszło jak wyszło. Jeszcze będą inne maratony. Najbardziej mi szkoda, żeby forma nie uciekła. Przed wyjazdem na narty było najlepiej w życiu.