wtorek, 8 kwietnia 2014

Elastyczność

Uwaga początkowa: poczyniłam odkrycie, więc będzie zabawnie.

Otóż doszłam do wniosku, że biegacz musi być elastyczny. Nie tylko na macie do rozciągania, ani w tłumie, w którym musi się zmieścić między cudzym butem, łokciem i kolanem, ale i, ekhm, mentalnie vel duchowo. 

Skąd ta głębia przemyśleń? Może z ponad 7 lat permanentnego odmóżdżania bieganiem (to wniosek płynący z felietonu, opublikowanego niedawno na łamach jednego z najpoczytniejszych dzienników)? Może z porażenia słonecznego, którego chyba doznałam kręcąc przed południem kółka na upalnej Agrykoli? 

Noale ad rem. 

O tym, że Rotterdamowi zrobiliśmy "arrivederci" nigdy go nie widząc - wiecie. O tym, że mam nie biec maratonu w kwietniu też, prawda? No to teraz będzie jeszcze fajniej. 

Nie biegnę maratonu w maju, a w niedzielę, na benzynowej dziesiątce, raczej nie pokuszę się o schodzenie poniżej 45 minut. 

Troszkę mnie to pasmo nastraszyło. Trochę zabrało pary z płuc, ognia z łydek i ogólnego szwungu. Trzeba je jeszcze dopieścić, pokazać, że je bardzo kocham i bardzo o nie dbam. Na razie w miarę współpracuje - daje biegać, daje trenować i w ogóle zachowuje się comme il faut. Noale od czasu do czasu wysyła jakiś sygnał ostrzegawczy. Więc lekki strach jest, że zacznie stroić fochy na serio. Dlatego w ogóle zrezygnowałam z myśli o wiosennym maratonie. 

Będę sobie na razie trenować na tyle, na ile się da, startować w krótszych biegach - do jesieni się zagoi. Na jesień mam coraz większe ambicje i coraz ostrzejszy apetyt. Na razie zadowolę się jakąkolwiek życiówką na 10 km - na zachętę, jak Mareczkowi w "Misiu" - choć przeraża mnie wizja biegu w kilkunastotysięcznym tłumie po trasie z długim podbiegiem. 

I najciekawsze jest to, że w sumie ani mnie to ziębi ani grzeje. Nie żal mi maratonu, nie żal mi, że muszę trochę ostrożniej podchodzić do trenowania / startowania. Przecież mogę biegać i to jest w sumie najfajniejsze. 

Nowienc chodzi mi chyba o to, że nie warto się napinać, bo nawet najmisterniejszy plan pod życiowy bieg może runąć albo zachwiać się w posadach. Oczywiście można wtedy ronić łzy i się wściekać, ale mnie się już nie chce. Przed pierwszym górskim maratonem złamałam nogę, maraton w Sztokholmie poddałam z powodu początków hipotermii, w Górach Stołowych głównie się rozciągałam - i co? I żyję. 

Z ciekawostek domowych - mąż startuje w niedzielę w petro-maratonie i po raz pierwszy stosuje dietę przedmaratońską, tzn., do jutrzejszego wieczora jedzie na baku bezwęglowodanowym. Cóż to się trzeba nakombinować, żeby nie jeść węglowodanów, kiedy i tak nie je się twarożków, jogurtów, drobiu, itp.! Stosujecie takie diety? Jak sobie na nich radzicie? Ciekawa jestem. 

A ja tymczasem gorliwie się porozciągam, bo w niedzielę jednak bym chciała dowieść siebie i pasmo do mety możliwie jak najszybciej. 

Trzymam kciuki za wszystkich startujących w Rotterdamie, Warszawie i Łodzi!

7 komentarzy:

Unknown pisze...

Właśnie jestem na diecie przedmaratońskiej po raz pierwszy i nie powiem jest mi trudno, ale staram się jakoś wytrzymać w końcu to tylko 3 dni. Najgorzej, że przez to chyba całkiem przestanę lubić jajka ;)

Unknown pisze...

Jak ja lubię takie podejście! Najważniejsze bieganie, nie starty kosztem zdrowia.
Dietę wypróbowałam raz, nie jadłam wówczas mięsa i ryb, więc żywienie się białkiem było wyzwaniem. Ja nie byłam z tego rozwiązania zadowolona i więcej po nie nie sięgnę.

Ava pisze...

Ja też zauważyłam że z czasem nabiera się dystansu do wyników, startów i całego tego biegania. Więc doskonale Cię rozumiem i oczywiście trzymam kciuki. Ja też trochę obcięłam węgle, ale zgodnie ze wskazówkami trenejro o ok. 30% a nie całkowicie czyli NIE JEM: chleba, ryżu, kasz, słodyczy,owoców a jem warzywa, ser, jajka, wędliny. Mi pasuje. Za to od czwartku ryż, banany i inne cukry. Planowych bułek z miodem nie przełknę

alasiesciga.blogspot.com pisze...

Elastyczność. Bardzo dobrze napisane. Bez elastyczności i dystansu moje bieganie nie miało by racji bytu.

Radek M. pisze...

Leszek stosował taką dietę. :)
Opisywał swoje przeboje z nią na blogu. :)

drproctor pisze...

Stosowałem dietę bezwęglową przed maratonem jesiennym i przez jakiś czas nie mogłem patrzeć na twarożek z pomidorami i cebulą ;-) A Trenejro nastraszył mnie (niecelowo, czyli przez pomyłkę), że przed Pragą zaczynamy dietę jeszcze w kwietniu. A tu wesele w majowy łikend...

Hankaskakanka pisze...

@Dorota, niby tylko 3 dni i aż 3 dni :)
@Emilia, mnie ta dieta z lekka przeraża i nie wiem, czy się na nią zdecyduję przed jakimś startem ;)
@Ava, jak to - bez bułeczek? ;)
@Ala, no właśnie! :)
@Radek M., widziałam - dzięki :)
@DrProctor, wesele rządzi się swoimi prawami! :D