A propos siły wyższej, my również musieliśmy zrezygnować z dość ważnego dla nas wyjazdu. Zapewne wiecie, że zapisaliśmy się na maraton w Rotterdamie? Zanim to zrobiliśmy, kupiliśmy bilety lotnicze i zarezerwowałam wybrane starannie mieszkanie. Miało pomieścić wygodnie 4 osoby, mieć kuchnię (kolacji przed maratonem i śniadania w dzień X wolimy nie ryzykować "na mieście) i w miarę dogodny dojazd na start. Udało się. Pozostawało tylko trenować.
Aż tu nagle, na 20 dni przed maratonem, dostałam e-mail od właściciela wynajętego mieszkania. Że ma nadzieję, że u nas wszystko dobrze, ale jeden z gości spowodował pożar w "naszym" mieszkaniu i usuwanie szkód trochę potrwa, zatem mieszkanie jest "unavailable". Pozdrowienia. A pan ma jeszcze jedno mieszkanie - może tam dałoby się zatrzymać? Nie, jest zajęte do czerwca, więc może zmienicie daty przyjazdu? Pozdrowienia.
Ojapierdzielę.
Przez dwa dni, z pomocą wielu dobrych dusz (wszystkim z całego serca dziękuję) szukałam nam lokalu zastępczego. Nie ma. No dobra, skoro nie mieszkanie, może B&B z dostępem do kuchni. Nie ma. No dobra, może B&B bez dostępu do kuchni. Nie ma. No dobra, może hotel. Tu wybór okazał się nieco większy - mogliśmy wybierać w drogich hotelach, położonych niezmiernie atrakcyjnie przy węzłach drogowych lub lotnisku albo w paru hotelach w samym Rotterdamie, które kosztowały oczy z głowy i w sumie nie wiadomo dlaczego.
Podjęliśmy decyzję: Bedankt, Rotterdam! Nic na siłę.
Tego samego dnia jest maraton w Warszawie.
Czy nie żałuję? Pewnie, że żałuję. Miała być przygoda wyjazdowa, przepadną nam bilety lotnicze i wpisowe, nie zobaczymy się z byłą opiekunką Ironmana, za którą wszyscy bardzo tęsknimy i która miała do nas do Rotterdamu przyjechać. Zaplanowaliśmy wspólne zwiedzanie Amsterdamu w poniedziałek, Ironman cieszył się na zabawy z S. No i tak głupio wszystko wyszło z powodu siły wyższej.
Noale - bywa. Są gorsze nieszczęścia. Kiedy już się rezygnowało z wymarzonego biegu z powodu złamania, kiedy schodziło się z trasy z powodu ekstremalnych warunków atmosferycznych, kolejna nagła zmiana planów już nie robi takiego wrażenia.
A co robi wrażenie?
Ironman na nartach. Nasz dzielny trzylatek poszedł w tym roku do szkółki narciarskiej na Corso Baby, dla dzieci do 4 roku życia. Pierwszego dnia byliśmy wszyscy, łącznie z kursantem, przerażeni - 10 czy 11 dzieci, dwoje instruktorów, którzy podejście do tych maluchów mieli cokolwieczek słabe. Co chwilę któryś z krasnali ryczał, a kiedy kończył - zaczynał ryczeć następny, i tak dalej, i tak dalej. Ironman jednak oświadczył nam, że chce przyjść na lekcję następnego dnia. Przyszliśmy - troje dzieci (dwie dziewczynki i nasz Alberto Tomba), nowy instruktor, w którego dzieci były wpatrzone jak w obraz i w ogóle inne życie. Po 6 dniach kursu, zabraliśmy Ironmana na prawdziwą trasę. Niebieską, z wyciągiem talerzykowym, noale to wielki postęp w stosunku do prawie płaskiej łączki z dywanikiem wwożącym maluchy pod górkę. Ironman zgodził się zjechać z asekuracją taty, a następnego dnia, z dłuższej niebieskiej trasy, zjeżdżał sam. Z uśmiechem od prawego do lewego nausznika kasku. Fajnie było patrzeć na niego i na jego kursowe koleżanki, jak z przerażonych faktem przypięcia dwóch desek do butów, nieporadnych bąków, robią się z nich pewni siebie malutcy narciarze.
Co jeszcze? Mały, biały pudelek robiący długie wybieganie ze swoim panem. Jak to było? Na drugim czy trzecim treningu biegowym, miałam do zrobienia kilka kilometrów spokojnego biegu i serię podbiegów. Najpierw biegał mąż, a ja bawiłam się z Ironmanem na placu zabaw. Minął nas biegnący pan z kategorii M60, ubrany w szorty i koszulkę z jakiegoś ultramaratonu górskiego, któremu towarzyszył mały, biały pudelek. Mąż wrócił z treningu, wyszłam na swoje bieganie. Kiedy już zbliżałam się do naszej miejscowości i podbiegu, który wybrałam w celach treningowych (masakra), znów minął mnie pan z pudelkiem. Duet miał do pokonania jeszcze ładny kawałek drogi do następnej miejscowości, a pudelek zasuwał równo z ultramaratończykiem. Albo był to pudelek GMO albo pan miał ich kilka, w różnych punktach trasy, i tylko wymieniał zmęczone na zregenerowane. Albo nie wiem co.
Aha, na sam koniec zachowałam najlepszą niespodziankę - otóż, jeśli nadal będzie jak jest, nie wystartuję w Półmaratonie Warszawskim ani w kwietniowym maratonie. Troszeczkę się rozpierdzieliłam na nartach, a Maestro jest bardzo rygorystyczny jeśli chodzi o starty z kontuzjami, nawet niewielkimi, tzn. stanowczo zabrania - mieliśmy na ten temat dłuższą pogadankę. No i trzeba przyznać, że jestem ogólnie w stanie lekkiego podłamania. Zatem powtarzam sobie wytrwale, że nic się nie dzieje bez przyczyny i że może tak jest lepiej.
Akurat.
Co jeszcze? Mały, biały pudelek robiący długie wybieganie ze swoim panem. Jak to było? Na drugim czy trzecim treningu biegowym, miałam do zrobienia kilka kilometrów spokojnego biegu i serię podbiegów. Najpierw biegał mąż, a ja bawiłam się z Ironmanem na placu zabaw. Minął nas biegnący pan z kategorii M60, ubrany w szorty i koszulkę z jakiegoś ultramaratonu górskiego, któremu towarzyszył mały, biały pudelek. Mąż wrócił z treningu, wyszłam na swoje bieganie. Kiedy już zbliżałam się do naszej miejscowości i podbiegu, który wybrałam w celach treningowych (masakra), znów minął mnie pan z pudelkiem. Duet miał do pokonania jeszcze ładny kawałek drogi do następnej miejscowości, a pudelek zasuwał równo z ultramaratończykiem. Albo był to pudelek GMO albo pan miał ich kilka, w różnych punktach trasy, i tylko wymieniał zmęczone na zregenerowane. Albo nie wiem co.
Aha, na sam koniec zachowałam najlepszą niespodziankę - otóż, jeśli nadal będzie jak jest, nie wystartuję w Półmaratonie Warszawskim ani w kwietniowym maratonie. Troszeczkę się rozpierdzieliłam na nartach, a Maestro jest bardzo rygorystyczny jeśli chodzi o starty z kontuzjami, nawet niewielkimi, tzn. stanowczo zabrania - mieliśmy na ten temat dłuższą pogadankę. No i trzeba przyznać, że jestem ogólnie w stanie lekkiego podłamania. Zatem powtarzam sobie wytrwale, że nic się nie dzieje bez przyczyny i że może tak jest lepiej.
Akurat.
3 komentarze:
Podobno dzieci szybciej łapią jazdę na nartach bo mają bliżej do ziemi ;-) Podobnie jak ten pudel, co nawiał ze szkoły dla X-Men'ów...
Między Rotterdamem a Warszawą jest jeszcze Łódź, ale tam w tym roku jest totalnie nieatrakcyjna (moim skromnym zdaniem) trasa, więc może i lepiej, że zostajecie na własnym podwórku. I pewnie skończy się na tym, że pobiegniecie w stolicy dwukrotnie w tym roku, co?
Powiem ci, że może coś być na rzeczy z tymi sklonowanymi pudlami :) A tak na serio to gratulacje dla Ironmana za początki kariery narciarskiej. U nas entuzjam w pierwszym roku nauki wygasł po 2 dniach i trzeba było czekać do nastepnego sezonu, żeby polubił
@DrProctor, jeszcze nie wiemy, gdzie biegniemy w tym roku - ja na pewno nie biegnę nic w kwietniu, mąż krzywi się na Orlen. Może pobiegniemy obydwoje w maju w Krakowie. Zobaczymy.
@Ava, tutaj entuzjazm był falujący ;) Ale jednak codziennie chodził do tej szkółki z własnej i nieprzymuszonej woli ;)
Prześlij komentarz