No trudno.
Ale, jakoś tak przypadkiem i akurat, się składa, że w tym roku mam szansę trochę w górach pohulać. Bez numeru startowego, bez punktów kontrolnych i bez jakiejkolwiek napinki, czyli w sumie pełnia radości.
Pierwsza hulanka, króciutka i malutka, miała miejsce w ubiegły łikend, kiedy to ruszyliśmy z rodziną na przekładany trzykrotnie (z powodu zapaleń i gryp) mini-wywczas w Pieninach. Jeśli chodzi o polskie góry, to Tatry są oszałamiające, ale podpięte pod okropne Zakopane, w rozmaitych Beskidach jest cudnie, Karkonosze i Izery uwielbiam, serce zostawiłam w Pasterce, ale i tak najbardziej lubię Pieniny. Żadne to wielkie góry, żadne ogromne wyzwania, o których można opowiadać, czując jeszcze opary adrenaliny z karkołomnego zbiegu bądź ogień w udach z wyjątkowo wymagającego podbiegu (w moich realiach - podejścia). Nie szkodzi - jest pięknie, różnorodnie i można trochę pochodzić z małym dzieckiem, nie potykając się o nogi ani klapki innych turystów. Poza tym zawsze sobie przypominam nasz pierwszy wyjazd tam - z malutkim, trzymiesięcznym Ironmanem, którego ładowaliśmy w nosidło ergonomiczne (taka chusta, tylko bez motania) i wędrowaliśmy godzinami, zatrzymując się tylko wtedy, gdy Ironman zgłaszał gotowość do posiłku. Co w sumie zdarzało się rzadko, bo głównie spał.
Tym razem postanowiliśmy odtworzyć część wspomnień sprzed prawie 3 lat - zaplanowałam nam wycieczkę do schroniska pod Durbaszką. Wtedy doszliśmy do niego z Palenicy, zeszliśmy zeń do wsi Jaworki, uciekając przed nadciągającą burzą i przeczekaliśmy grzmoty w lokalnej karczmie. Teraz wybrałam wersję krótką - od parkingu obsługującego tłum do wąwozu Homole do schroniska, a potem mała pętelka górą i wychodzimy wąwozem. W wąwozie będzie z górki, więc Ironman da radę, a drogę schronisko - Jaworki zapamiętałam jako bardzo łatwą i malowniczą.
Może i dla nas łatwą, ale małe nóżki skapitulowały za półmetkiem. Nie doszliśmy do schroniska, choć Ironman był bardzo podekscytowany wizją otrzymania kartki z pieczątką oraz wypicia herbatki. Zbyt strome, jak na metrowego skrzata, podejścia, trochę błota, kamieni. Zawróciliśmy. Młody zawodnik, z tej radości, pokonał prawie całą drogę powrotną biegiem. Nawet na stromych fragmentach! W karczmie w Jaworkach przytrułam się surówką drugiej świeżości, więc następnego dnia nie byłam w stanie zwlec się na trening. Mąż pobiegł do Czerwonego Klasztoru, my dojechaliśmy tam, jak na turystów przystało, samochodem, pooglądaliśmy z daleka Tatry, z bliska - Trzy Korony, napaśliśmy się haluszkami i pierogami z bryndzą i wróciliśmy na polską stronę.
Za to w poniedziałek rano pobiegłam wreszcie ja - ulubioną trasą, na słowacką stronę, mijając malownicze przełomy Dunajca, Orlicę, Sokolnicę, aż do zakrętu, z którego znów widać Trzy Korony (w zasadzie dwie) i z powrotem. Miłe 15 km w ciszy, przerywanej tylko szumem wody, sam na sam z myślami, z krajobrazem - taki spokojny cross medytacyjny. Spotkałam 5 czy 6 osób, wróciłam szczęśliwa.
4 komentarze:
Góry uzależniają, i to jak...! Dopiero co przecież wróciłem, a już kombinuję, kiedy tu by znowu pojechać i z drżeniem rąk czytam każde słowa o wyjeździe innych..:)
Uzależniają - i to jak!! Uprzedzam lojalnie, że za parę dni będzie tu dużo gór ;)
Och, jak ja bym chciała zrobić takie 15 km w górach w ciszy słuchając tylko wiatru, szumu wody i .. bez napinki :) Wyobrażam sobie że musiało być cudownie, nawet jeśli ciut ciężko
Coś w tym jest, jak wpadniesz to po same uszy :) Ja wytrzymałam całe 25 dni, żeby znowu przegonić rodzinkę delikatnie po Podhalu :)
Prześlij komentarz