środa, 15 maja 2013

Sponiewieranie na tartanie

Przez 2 lata dzielnie opierałam się startom w Warsaw Track Cup. Dwa lata temu, bo był malutki Ironman, a rok temu, kiedy nawet mąż dał się wciągnąć w tartanową orbitę, miałam dobrą wymówkę - treningi do Sztokholmu, a potem złamaną nogę (na coś się jednak przydała). Bo prawda jest taka, że z każdym rokiem treningowym, coraz większą awersją darzę bieganie po bieżni i treningi szybkościowe. Gdyby nie środowe clubbingi, pewnie nie robiłabym ich wcale. No, może czasem jakieś 100, czy 200-metrówki, bo w moich tempach są to takie miłe "przetarcia". Ale 1000, 1500 czy 3000 m dookoła stadionu, w piękny wiosenny wieczór, który można spędzić znacznie przyjemniej? Nienienienienie.

W tym roku odpadły wszelkie argumenty obiektywne, a poza tym, wiedziona pierwiastkiem niezdrowej ciekawości, postanowiłam spróbować.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, jak mawia ludowe przysłowie i ma rację.

Nigdy nie ścigałam się na stadionie - nie wiem tylu cennych rzeczy: np. tego, jak się ustawić albo, że biegnąc na 2 czy 3 torze tracę ileśtammetrów w stosunku do linii wytyczonej po torze wewnętrznym, a zatem gubię cenne sekundy. Nie lubię się przepychać, więc po starcie grzecznie przepuszczałam wszystkich z mocniejszymi łokciami, uważając, żeby nikt mnie nie zdeptał. Męża jakiś miły człowiek podciął na ostatnim wirażu (akurat mężowi to nie zaszkodziło, bo poprawił swój zeszłoroczny wynik na 1000 m i przybiegł z czasem 3:08). Zdrowa, sportowa rywalizacja.

A poza tym, nie ma co czarować - po pierwszych 200 m wiedziałam, że jest kiepsko, nawet fatalnie, i że za nic w świecie nie przybiegnę na czas, na który miałam biec według Agnieszki, ani nawet na czas, który jako program "minimum" prognozował mój mąż, ani nawet na czas, o którym sama nieśmiało myślałam (stanowczo gorszy od pierwszego i drugiego). Nie mogłam się rozpędzić, każde przebiegnięcie obok kibicujących znajomych zamiast mnie podbudować na duchu, dodatkowo dołowało. Przebierałam ciężkimi i sztywnymi nogami jak w letargu, marzyłam tylko o tym, żeby już nie biec, wrócić do domu i zapomnieć, że kiedykolwiek porwałam się na start na 1000 m. Na finiszu czekał mąż, który próbował mnie podholować - nic z tego. Nie wiem, czy przyspieszyłam choć o sekundę. 10 m przed metą wyprzedził mnie jakiś facet. Wszystko jedno. Rzut oka na Garmina za linią mety - porażka po całości: 4:03. Rozczarowanie i złość.

Dlaczego tak wyszło? Pffff....

Może nie powinnam biec w takich zawodach po dwóch dniach mocnych treningów (niedziela, o której pisałam w poprzednim odcinku plus poniedziałkowy crossfit, na którym na pewno się nie oszczędzałam). Może nie jest dobrym pomysłem bieganie na 1000 m w trakcie przygotowań do maratonu górskiego. Może nie wypracowałam jeszcze szybkości, może jej po prostu nie mam. Może powinnam wepchnąć się na pierwszy tor, zamiast przez większość dystansu  trzymać się zewnętrznego i dokładać te cenne metry i sekundy. Może za szybko się zakwaszam i taka moja uroda - nie nadaję się na sprinterkę (tak, zdaję sobie sprawę, że sprint to nie bieg na 1000 m).

Wiem jedno: nie podobało mi się - to nie "moje" bieganie. Nic nie ujmując organizatorom, bo nie na nich zwalam winę za swój marny wynik. Jeśli ktoś lubi ścigać się na stadionie lub chciałby tego kiedyś spróbować, to jest naprawdę bardzo fajna i dobrze zorganizowana impreza.

6 komentarzy:

Leszek Deska pisze...

Na pewno wszystkie te argumenty są prawdziwe, byłoby znacznie lepiej gdyby to wszystko podpasowało. Sam ten tor by dużo dał i byłoby poniżej 4 minut.
To jest inne bieganie, mi też się nie podobało ale jak spróbowałem wczoraj to zmieniłem zdanie. Zupełnie inaczej się biega - moim zdaniem trudniej jest dobrze pobiec kilometr niż dychę czy półmaraton. Dobrze tzn. Tak jak wynika z tabelek (albo opinii trenera :) ). Mi się to podoba - walka ze sobą jest trudna ale co tam, skoro walczę ja kontra ja to wiadomo że wygram ;)

Hankaskakanka pisze...

@Leszek jestem pacyfistką, więc element walki mnie nie kręci ;)

Ava pisze...

Kochana, po takich dwóch dniach treningowych to i tak nieźle ci poszło! Sama pisałas i mówiłaś że miałas mega trudny trening w niedz. a CF jak wiadomo też pierze człowieka. Więc stąd poszło ci pewnie gorzej niż gdybyś była wypoczęta. Organizm domagał się "resta" a nie galopu po bieżni :) Takie moje zdanie. Ale ogólnie zaciekawiła mnie ta impreza - może się skuszę na druga edycję jesli będzie to mozliwe :)

Hankaskakanka pisze...

@Ava, pierze, pierze ;) Następna edycja jest w pierwszy wtorek czerwca - wtedy na pewno nie pobiegnę, bo, patrząc na kalendarz treningowy, znowu będzie to droga przez mękę ;) Ale może spróbuję polubić się z bieżnią na jesieni :D W każdym razie - naprawdę, jeśli masz ochotę spróbować się na krótszych dystansach, WTC to jest dobra okazja.

drproctor pisze...

Na szczęście nigdzie nie jest napisane, że biegacz musi kochać każdy rodzaj biegania :-)

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, święte słowa :) Pamiętam mieszane opinie po tym, jak Justyna Kowalczyk, osiągając fantastyczny czas na 10 km (36 min) w Orlenowym biegu, stwierdziła, że nie podoba jej się bieganie po asfalcie. Biorąc pod uwagę to, że trenuje wśród przyrody, w górach, w ciszy, oddychając czystym powietrzem, mając dla siebie tyle przestrzeni, wcale jej się nie dziwię :) PS Nie śmiem się porównywać do Justyny Kowalczyk, tylko podaję przykład ;)