poniedziałek, 29 kwietnia 2013

10 tygodni do MGS

Zapomniałam napisać w poprzednim poście, że w Accreo Ekiden biegłam w Nike Free. To jednak są buty, które same niosą, nawet jeśli nogi stawiają bierny lub nawet czynny opór. Jest jednak i ciemna strona biegania w nich - od poniedziałku zmagam się z bólami stóp i piszczeli - rozciągam i czekam na poprawę, zwłaszcza że zamierzam sobie w tych butach jeszcze pobiegać na krótkich zawodach. Na treningi zakładam nadal wysłużone Asicsy, ale mam już upatrzony nowy obuw na sezon letni. Mąż mnie zainspirował swoim zakupem, a jeszcze, kiedy spotkałam na Agrykoli Jacka G., po prostu rozpływał się w superlatywach na temat TYCH butów. Pokusy, pokusy, pokusy.

Co tam z przygotowaniami? Nie najgorzej.

Poniedziałek (22.04) - crossfit. Jeszcze godzinę przed wyjściem nie wiedziałam, czy dotrę, czy nie dotrę, bo czułam się bardzo słabo po niedzielnych przygodach biegowo-zatruciowych. Ale taką miałam ochotę, że poszłam. Ponieważ 2/3 członków naszej 3-osobowej drużyny była lekko niedysponowana (ja - bo jak wyżej, a Rafał zrobił super życiówkę w orlenowym maratonie), nazwaliśmy się "Słabowitki" i... znowu wygraliśmy. Opona nie była ani trochę lżejsza niż w poprzedni poniedziałek, w trakcie burpees modliłam się, żeby tylko nie zaryć nosem o ziemię, 8-kilogramowy kettle wydawał mi się nie do udźwignięcia lewą ręką - naprawdę, mówię Wam, było fantastycznie. I prawie nie miałam zakwasów.

Środa (24.04) - clubbing. Po rozgrzewce mieliśmy znów ćwiczenia z techniki i pliometrii, a później biegaliśmy 400-metrówki. Trafiłam do trójki, która miała zrobić tych 400-metrówek 10, z przerwami po 400 m. Tempo 1:35-1:37. Większość zrobiłam po 1:37-1:38, a ostatnią po 1:41. Strasznie mi było ciężko. Może dlatego, że ostatnio 400-metrówki robiłam rok temu i nieco wolniej? Poza tym, utwierdzam się w przekonaniu, że to, co najbardziej ucierpiało na moich złamaniach, to szybkość. Wytrzymałość i siłę można było podtrzymywać na rowerze, na siłowni. Szybkość bez biegania? Chyba raczej nie do osiągnięcia. No nic - jest nad czym pracować.

Czwartek (25.04) - nieortodoksyjne, bo czwartkowe, a nie weekendowe, wybieganie. 18 km w tempie 5:45-5:50. Myślałam, że będzie mi je łatwo utrzymać, ale wyszło około 5:34-5:35. Nie mogę powiedzieć ile dokładnie, bo głupi Garmin nie zachował mojego treningu w pamięci. Bieganie po mieście to nieustające źródło rozrywki. Chciałam pobiec w stronę Mostu Siekierkowskiego, gdzieś tam po drodze zawracając, ale, kiedy dobiegłam (bardzo naokoło) do Placu Unii Lubelskiej, pomyślałam, że trzeba szukać łazienki, skoro przed wyjściem zatankowałam sporo wody "na zapas". Przez Łazienki dobiegłam do stadionu na Agrykoli, skorzystałam z eleganckiego przybytku i po wyjściu zostałam wessana przez wir życia towarzyskiego. Najpierw spotkałam Jacka G., z którym porozmawiałam o butach biegowych. Potem Agnieszkę i naszą koleżankę. Agnieszka, która jest już w zaawansowanej ciąży, zapytała, czy mogłabym z koleżanką zrobić jedno kółko w 1:50, żeby poczuła tempo (dla ciężarnych biegnie 400-metrówek raczej nie jest wskazane, a tak w ogóle polecam post <klik> na temat biegania w ciąży). Pewnie, że mogę, bo jestem uczynna. Tylko szkoda, że sama nie umiem wyczuć tempa i zrobiłyśmy okrążenie w 1:40. A mnie się wydawało, że biegniemy naprawdę wolno.

Mogłabym na tej Agrykoli jeszcze trochę siedzieć, bo znajomych twarzy było mnóstwo, ale ściemniało się, a do przebiegnięcia jeszcze ponad 10 km. Pobiegłam Powiślem, wbiegłam pod Bednarską, policzyłam sobie, ile jeszcze mi zostało i zorientowałam mapę w głowie. Na 3 km przed domem zdałam sobie jednak sprawę, że mam do przebiegnięcia jeszcze ponad 4 km, bo gdzieś zgubiłam w obliczeniach 1 kilometr, a poza tym skręciłam parę przecznic za wcześnie. Nie chciało mi się już nigdzie odbijać i postanowiłam dokręcić tyle, ile będzie trzeba wokół swojego kwartału. Tego, którego obiegnięcie było dla mnie kilka lat temu szczytem marzeń sportowych, a teraz śmignęłam dookoła, mając już ponad 16 km w nogach. Na ostatnim kilometrze zostałam zaczepiona przez 3 młodzieńców - jeden zawołał "a pani taka szczupła i jeszcze biega?", a drugi "ale niunia, ale sztunia", więc z wrażenia przyspieszyłam do 4:40 i zwolniłam dopiero, kiedy rzucił się w moją stronę pies (na szczęście był na smyczy i w kagańcu, ale o mało nie dostałam zawału, gdy nagle szurnął w moją stronę, niezbyt przyjaźnie szczekając). No i takie to były przygody.

W piątek zaplanowałam odpoczynek, który nieplanowanie przedłużył się na sobotę, bo było mnóstwo spraw do ogarnięcia.

Niedziela (28.04) - Ironman poszedł z moim tatą na szaleństwa na placu zabaw, a my z mężem ruszyliśmy z treningiem, który leżał odhaczony do zrobienia od poprzedniego tygodnia. Bardzo się go bałam, bo już na papierze wyglądał średnio przyjaźnie: 2 x (20 minut po 4:42 min/km + 20 minut po 5:50 min/km) + 5 razy schody na 4-5 piętro. 4:42 min/km to szybciej, niż byłam w stanie przebierać odnóżami na Ekidenie. Mąż, tradycyjnie, przejął na siebie rolę zająca, więc pierwsze 20 minut zrobiliśmy co do sekundy w tempie 4:42 - takie wychodziło z każdego kilometra. Myślałam, że umrę i dostałam kolki. Na wolne 20 minut pobiegliśmy do Łazienek, w których zmarzłam, bo wiał wiatr, a ja po tych szybszych 20 minutach nadawałam się do wyżymania. Druga 20-minutówka okazała się biegiem w tempie narastającym: 4:47, 4:43, 4:41 i 4:37 ze sprintem na finiszu. Przysięgam, na ostatnich 500 metrach widziałam świat w stopklatkach i miałam wrażenie, że za chwilę odpadną mi ręce (nóg nie czułam) i, nie wiedzieć czemu, głowa. 20 minut wolno (znowu zmarzłam) i poszłam na samotne zdobywanie schodów pod Zamkiem Ujazdowskim. Ubzdurałam sobie, że mam na nie wbiec 6 razy, a nie 5 i tak też zrobiłam, ostatni zbieg pokonując na zdrewniałych ze zmęczenia nogach. Dotruchtałam kilkaset metrów do samochodu i pojechaliśmy po Ironmana, który, w międzyczasie, zafundował dziadkowi podbiegi i zbiegi z górki obok placu zabaw.

Żeby tradycji stało się zadość, został mi jeden trening z zeszłego tygodnia do zrobienia, ale, w porównaniu z niedzielnym monstrum, to sama łagodność i niewinność.

Miłego tygodnia!

*Errata: piszczele i stopy już w porządku. Post zaczęłam pisać 3-4 dni temu, kiedy jeszcze trochę kuśtykałam :)

7 komentarzy:

Krasus pisze...

Rzeczywiście konkret ten trening!;) Miałaś pulsometr? Jaki HR max wykręciłaś?:)

Hankaskakanka pisze...

@Krasus, nie, nie miałam. Chyba wrócę do biegania z pulsometrem, bo odwykłam ;) Przeczuwam, że takich treningów będzie jeszcze więcej :)

Adam pisze...

Ten trening 2x20 minut + schody szczerze mnie zachwyca. Czuję, że po pierwszej części ogromnym wysiłkiem jest bieg po płaskim, a tu jeszcze tyle pięter do wdrapania ;)

Dota Szymborska pisze...

super się czytało....ale też muszę iść na trening choć dziś zdecydownie nie tak ambitny jak Twój:)

Hankaskakanka pisze...

@Adam, to był chyba najtrudniejszy trening, jaki kiedykolwiek wykonałam ;) Po schodach wbiegałam już siłą woli. Nie przyjmowałam ani przed treningiem ani w trakcie żadnych wspomagaczy (żele, izotonik), w trakcie treningu nic nie piłam, więc wyobrażałam sobie duże ilości dobrego jedzenia i dzbanki wody z cytryną ;) W planie na ten tydzień mam kolejne monstrum...
@Dota, :)

Ava pisze...

Uch, faktycznie trening mega! Na starcie MGS powinnaś stanąć solidnie przygotowana :)

Hankaskakanka pisze...

@Ava, dzięki, ale ja mam w sobie cały czas obawę, że coś do tego czasu złamię albo jeszcze inaczej się skontuzjuję ;)