niedziela, 14 kwietnia 2013

Poznań i inne historie

Powoli wracam znów w tryby planowego biegania, ale nie jest to łatwe, bo ciągle gdzieś jeździmy. Zaraz po powrocie z nart ruszyliśmy na weekend do stolicy Wielkopolski, żeby mąż mógł wystartować w tamtejszym półmaratonie.

No i było tak fajnie, że rozważam, czy by w przyszłym roku nie zdradzić Warszawy i nie nastawić się na start w Poznaniu.

Bo tak:

1. Wiele jestem w stanie wybaczyć warszawskim startom, imprezy organizowane przez Fundację Maratonu Warszawskiego oceniałam zawsze wysoko. Ale nie jestem w stanie zrozumieć, jaki splot nieprzychylnych okoliczności sprawił, że meta półmaratonu wypadła w ciemnej d..., czyli na klepisku między Stadionem Narodowym, stacją Stadion (bardzo ładną, w przeciwieństwie do samego Stadionu), Zieleniecką i krzakami. Jeśli nawet przymkniemy oko na kwestie estetyki krajobrazu, przyznam, że nie spodziewałam się finiszu po kałużach, dziurach i rozdyźdanym śniegu oraz ostrego zakrętu na 150-200 m przed metą. Czytałam w komentarzach peany na temat "prawdziwej, europejskiej imprezy" - przykro mi. Nawet na kameralnych biegach "gdzieś w Europie" dba się o oprawę finiszu, ustawiając metę w atrakcyjnym miejscu.

Jak było w Poznaniu? Jak zawsze - meta nad Jeziorem Malta, co w pogodny dzień, jakim mieliśmy szczęście cieszyć się 7 kwietnia, sprawia, że finiszuje się w naprawdę pięknych okolicznościach przyrody.

2. Fajnie, że w Warszawie pobiegło ponad 10 tysięcy osób. Naprawdę się z tego cieszę, jednocześnie hołubiąc w sobie upodobanie do mniej tłocznych biegów, czyli takich, w których liczba zawodników nie sięga jeszcze wartości dwucyfrowych. Poznaniu, nie ze złośliwości, a z egoizmu, wolałabym, żebyś w przyszłym roku nie doścignął, a tym bardziej nie prześcignął, frekwencją Warszawy.

3. Walor krajoznawczy - czasem fajnie pobiegać po nowych miejscach.

4. Od ponad 3 lat mam porachunki biegowe do załatwienia z Poznaniem.

Mąż twierdzi, że trasa poznańska jest trudniejsza od warszawskiej - więcej podbiegów na mosty, wiadukty. No ale, czy zawsze musi być płasko, żeby było fajnie?

Zobaczymy, jak to będzie wiosną 2014.

A tymczasem mam plan, który próbuję pogodzić z wszystkimi sprawami do ogarnięcia. Do kompletu atrakcji doszedł... przeciążony bark. Tego jeszcze nie grali! W dniu półmaratonu w Poznaniu okazało się, że nie mam pełnego zakresu ruchu w lewym barku. Nojakto?? Ja? Przecież na jodze w "krowim pysku" łapię się rękami nieomal za łokcie, a tu nagle problem, z, przepraszam za szczerość, samodzielnym zapięciem stanika. W poniedziałek było jeszcze gorzej - doszły bóle w nadgarstku. Skąd to? Ahahaha: z nieustająco przeciążonej lewej łydki - nie mogę się z nią uporać od jesieni, a w zasadzie od złamania, choć rozciągam się regularnie. Efekt domina.

Za to plan pod MGS mam naprawdę fajny - dzisiaj robiłam pierwszy z "nowych" elementów. Po rozgrzewce, kręciłam wokół Kanału Piaseczyńskiego kółka, które miały być w tempie 4:48 min/km, a były w 4:46 min/km, więc, jak na mnie, bardzo poprawnie i w tempie. Po 35 minutach tej orki (było ciężko, bo ciążyło wczorajsze nieprzyzwoite obżarstwo na poślubnym obiedzie, na którym trzeba było woli z żelazobetonu, żeby nie ulec różnym pokusom) ruszyłam w stronę schodów pod Zamkiem Ujazdowskim i obleciałam je w górę i w dół po 3 razy (miało być 4, ale coś mi się pozajączkowało), po czym, w ramach schłodzenia, pobiegłam do Parku Ujazdowskiego, z którego zgarnęłam męża z Ironmanem. Jak wbiega się po schodach po 35 minutach intensywnego biegu? Nnnooo, niezbyt lekko.

W czwartek zdążyłam jeszcze wybiec na planowe 12 km, które miało być w tempie 5:40-5:45, a było w 5:32 tylko dlatego, że często patrzyłam na Garmina i hamowałam jak mogłam. To był pierwszy wiosenny dzień, ze słońcem, krokusami rozkwitającymi na Polach Mokotowskich, dziećmi gotującymi się w puchowych kombinezonach i wełnianych czapach (sama też o mało się nie upiekłam, bo ubrałam się na zapowiadany deszcz i niższą temperaturę) - nogi po prostu niosły w lekkich butach, choć miały one czasem problem ze złapaniem przyczepności w alejkach, z których jeszcze nie zszedł śnieg.

Skromny sportowo tydzień, ale w nadchodzących wreszcie trochę podomujemy, więc o regularność treningową będzie trochę łatwiej niż w ciągu ostatniego miesiąca. To znaczy, taką mam nadzieję, bo nigdy nie wiadomo, co może się przydarzyć.

Np. jutro pierwszy crossfit pod chmurką, czyli po cichutku życzę sobie, żebym sobie czegoś znowu nie złamała, na ten przykład.

Miłego tygodnia!

4 komentarze:

Ania pisze...

Kobieto, jak ja Cię lubię! Ciebie to się tak czyta, że nawet tego nie potrafię w słowa ubrać, a o dawce biegowej motywacji nie muszę chyba wspominać.

Maria pisze...

Jeżeli chodzi o półmaraton poznański, to są podbiegi, zwłaszcza jeden upierdliwy ok. 20 km. Ale jest też dużo fragmentów trasy z górki :) nie mam co prawda porównania z warszawskim ale wyniosłam same pozytywne wrażenia z tegorocznego poznańskiego i szczerze polecam :)

Leszek Deska pisze...

Do mnie najbardziej przemawia ten walor krajoznawczy, może też kiedyś się skuszę na poznańską połówkę...
Zdrowia życzę (sam kaszląc i pociągając nosem) :)
Ale jak złamanie się zrosło to ten bark na spokojnie wykurujesz! :) Gratulacje dla męża wyniku z połówki!

Hankaskakanka pisze...

@Gapa, :)
@Maria, przebiegłam 5 warszawskich, więc może w przyszłym roku skuszę się na poznańską odmianę ;) Kto wie. Z perspektywy kibica, bardzo mi się podobało! Zresztą mężowi też :)
@Leszek, z barkiem to "tylko" jakieś naciągnięcia i przeciążenia. W bieganiu bardzo nie przeszkadza, a nawet na crossficie dawałam radę ;) Przekażę mężowi gratulacje -dziękuję!