środa, 13 czerwca 2012

W stronę gór

Wczoraj ruszyłam w swoją kilkutygodniową podróż w stronę Pierwszego Hankowego Maratonu Górskiego. Mam plan, nie mam kataru, chcę biegać, chcę się sponiewierać, tęsknię strasznie za górami!

A więc - wczoraj rano zasznurowałam nowe buty (o nich będzie kiedy indziej!), absolutnie nieprzeznaczone do biegów w terenie, za to zdecydowanie zniechęcające do łupania piętami o asfalt. Miałam sobie podreptać gdzieś po mieście, ale, pogryzając ryżowe wafle z miodem, sprawdziłam maile i zobaczyłam, że w skrzynce czeka plan. Plan nie zgadzał się z moim pomysłem na zwyczajne dreptanie, gdyż przewidywał 100-metrowe podbiegi. Trzeba było pofatygować się na Agrykolę.

5 km wokół Kanału Piaseczyńskiego, po Łazienkach i okolicach. Miało być wolno, a czwarty kilometr po 4:40 min/km, bo buty same niosły. Czułam, że jest trochę szybciej, no ale oceniałam swoje tempo na 5:10-5:15. Aha. Zadowolona z pierwszego biegania od Sztokholmu i z tego, że nie moknę, zameldowałam się u podnóża Monte Agricola. 100-metrów podbiegu - aaaaaaaa!!! Boli lewe kolano. Raczej coś pod prawym kolanem. Boli bardzo, bardzo, bardzo. Na zbiegu nic nie boli, więc jedziemy z kolejnym podbiegiem. Auć, auć, auć. Po piątym podbiegu zakończyłam zabawę. Chyba nie warto zaczynać treningu do maratonu górskiego od załatwienia kolana? Chyba nie.

Jestem potwornie pospinana, więc chodzą po mnie najróżniejsze bóle i zatruwają życie. 

W domu trochę schłodziłam kolano i przez cały dzień sprawdzałam - boli, czy nie. Nie bolało już w ogóle. Nawet w trakcie pokazywania Ironmanowi jak skaczą żabki.

Rano obudziłam się z zakwasami w stopach, ale kolano nie bolało. Na clubbing założyłam zacne Asicsy, zwłaszcza, że tak cudnie się uprały w szwedzkiej deszczówce i wyglądały jak nowe. Po clubbingu były już znowu uświnione, gdyż ponieważ dziś głównie poniewieraliśmy się po mokrym, nadwiślańskim piachu. Było wszystko: skipy, wieloskoki, sprinty boso (dopóki nie znaleźliśmy odłamków szkła) - co tylko chcecie. I ćwiczenia na priopriocepcję. Wyszło tego wszystkiego 10 km.

Jutro pieczarkarnia i stół Cudotwórcy, bo sama sobie ze swoimi dolegliwościami już nie poradzę. Na wieczór przewiduję powolne dogorywanie.

Czego Wam absolutnie nie życzę.

Dobranoc.

9 komentarzy:

Unknown pisze...

A ten maraton to już niedługo, prawda? Ale to będzie fajny bieg!

Hankaskakanka pisze...

Emilko, za 7,5 tygodnia :)

A kolano było lewe, nie prawe.

tete pisze...

dogorywanie? he,he nie tak łatwo świętą zostać;)Straszenie Ci Haniu współczuję ciągle trapią Cię jakieś dolegliwości? może za bardzo katujesz się w tej pieczarkarni? Dużo zdrówka i pozdrowionka:)

Gohs pisze...

Zakwasy w stopach, ała... Nie wiedziałam, że można się takich nabawić :P

Hankaskakanka pisze...

@Tete, bez przesady - nie tak ciągle ;) Pokrzywiona jestem i tyle :) A bez siłowni byłoby jeszcze gorzej. Pozdraeiam!
@Gohs, zawsze coś nowego ;)

Krasus pisze...

Jakiego masz cudotwórcę? Ja chodzę na Wiśniową ze swoim ITBS, wydaje mi się, że goście są spoko, bo czuję poprawę.

Hankaskakanka pisze...

@Krasus, chodzę od ponad 2 lat, co jakiś czas, do tego samego osteopaty. Jako pierwszy stwierdził, że nie mam ani lordozy, ani skoliozy, ani jednej nogi dłuższej od drugiej i tym mnie ujął ;) (poprzednie diagnozy przynosiłam a to od ortopedy, a to od rehabilitanta ;)).

Ava pisze...

No tak, teraz to pewnie Monte Agrykola i inne pagóry będą częściej grane skoro masz Karkonoski w planach. Zapraszam do Falenicy - byłam dziś i jest cudnie :) A jak kolano?? Oby nic poważnego

Hankaskakanka pisze...

Kolano zablokowane, bo lewa noga calutka spięta. I to już od jakiegoś czasu, co widać na zdjęciach z ostatnich biegów (stopa okropnie odstawiona na bok). Wszystko do naprawienia manualnie i rozciąganiem, a poza tym opieprz za niedostateczne wzmacnianie pupska (przy moim pokręceniu jest to niezbędne). Na razie będzie grana Monte Agrykola, schody pod Zamkiem Ujazdowskim i u mnie w domu ;) No i bieżnia na siłowni, bo długich podbiegów nawet w Falenicy nie znajdę :(