wtorek, 19 czerwca 2012

Inny maraton

Moje przygotowania do Maratonu Karkonoskiego już się skończyły, choć nawet nie dotknęłam stopą Karkonoszy i raczej w tym roku nie dotknę. Skoro o stopie mowa, patrzę na opis radiologiczny i jeszxze nie do końca dochodzi do mnie treść: złamanie trzonu piątej kości śródstopia z przemieszczeniem.

Przecież ja nigdy nie miałam nic złamanego. No to mam.

A było tak: w poniedziałek pojechałam wesolutko na zajęcia z cross fitu, prowadzone na wolnym powietrzu przez Agnieszkę i Olka. Miejscówka na trening okazała się być znacznie lepsza od klimatyzowanej siłowni - trochę cienia, lekki przewiew - luksusy w upalny, czerwcowy dzień. Zasady treningu były proste - 4 drużyny, każda ma dwie minuty na zrobienie ćwiczeń w jednej stacji. Liczymy uczciwie powtórzenia, wpisujemy kolorową kredą do tabelki. Na stacjach robiliśmy: przysiady, podczas których trzeba było dotknąć pupą piłki lekarskiej, pompki z wyskokiem, rzucanie opon pod górkę i z górki, skakanie na skakance i wygibasy z 10-cio i 15-kilogramowymi ciężarkami. Wszystkie ćwiczenia, oprócz rzucania opon, znałam już z czwartkowych wycisków oraz z clubbingów.

Na sygnał Agnieszki ruszyliśmy. Moja drużyna zaczęła od pompek z wyskokami. Tu czekała mnie miła niespodzianka - wreszcie jestem w stanie zrobić prawie pełną, prawdziwą pompkę. Jej! Potem rzucanie opon, które szło mi trochę gorzej, ale jakoś tam dawałam radę. Potem skakanka - super, doszłam w skakaniu do wprawy nieomal takiej, jaką miałam ostatnio w zerówce. 10, 20, 30... Przy 100 powtórzeniu postanowiłam zmienić styl - z tzw. żabki na lajkonika (kto skakał w dzieciństwie, ten zna terminologię). No i nie wiem, co się stało, ale skoczyłam i wylądowałam na podwiniętą stopę.

Usłyszałam tylko chrupnięcie, poczułam straszliwy ból, chyba wydałam z siebie nieartykułowany dźwięk i padłam na chodnik. Bolało tak bardzo, że nie mogłam złapać tchu. Podbiegła do mnie Agnieszka, pomogła przesiąść się na trawnik i kazała siedzieć, dopóki ból nie przejdzie. I bezwzględnie nie ruszać stopy. Ostrożnie zdjęłam but, potem skarpetkę. Blisko zewnętrznej krawędzi, niedaleko małego palca u prawej stopy, zrobiła mi się taka mała spuchnięta kulka. Po kilku minutach poczułam się lepiej i zapytałam Agnieszki, czy mogłabym wrócić do ćwiczeń, ale nie tych mocno angażujących nogi. Agnieszka się zgodziła, więc założyłam skarpetkę i sięgnęłam po but. Aha. Blada dupa, bo but nie wejdzie na stopę. Nawet po rozsznurowaniu. Wpadłam na kolejny genialny pomysł - stwierdziłam, że pojadę do domu. Samochód był zaparkowany jakieś 300-400 m od miejsca, w którym ćwiczyliśmy. Agnieszka zaproponowała, żebym zaczekała do końca ćwiczeń, a wtedy obejrzy mi nogę i zobaczymy, czy dam radę chodzić. Pod koniec ćwiczeń stopa była już porządnie spuchnięta, a o staniu na niej nie było mowy.

Na szczęście koledzy i koleżanki pomogli mi w niedoli - Piotrek zaniósł mnie na plecach do zaparkowanego najbliżej samochodu Agnieszki i Olka, którzy dowieźli mnie do mojego samochodu, żebym wyjęła z niego rzeczy. Tam przejęli mnie Marta z Witkiem i odtransportowali pod drzwi domu. W domu zapadła decyzja o tym, że jedziemy na ostry dyżur. Mąż pojechał najpierw po samochód, a ja zadzwoniłam do rodziców z prośbą o przybycie i przejęcie opieki nad śpiącym Ironmanem. W ciągu pół godziny zjawili się mama i mąż. Przebrałam się w jakąś czystą koszulkę, mąż zapakował mnie sobie na plecy, zaniósł do samochodu i pojechaliśmy do jednej z placówek lecznicy, w której mam wykupiony przez pracodawcę abonament.

Na miejscu dowiedzieliśmy się, że ortopeda już skończył dyżur, więc dobranoc. Grzecznie, acz stanowczo poprosiłam o kontakt z jakimkolwiek innym lekarzem, który mógłby zlecić wykonanie rtg lub usg. Mąż, w międzyczasie, załatwił wózek inwalidzki, na którym potem turlał mnie od gabinetu do gabinetu. Dyżurujący chirurg zgodził się mnie przyjąć, obejrzał spuchnięte kopyto i wysłał na rentgen. Po 3 minutach od wyjścia z pracowni rtg dostałam diagnozę - złamanie piątej kości śródstopia w prawej stopie.

Załamałam się.

Pan dr wypisał skierowanie na ostry dyżur ortopedyczny do "normalnego" szpitala. Pojechaliśmy.

Na parkingu normalnego szpitala panowały egipskie ciemności. Gdzie tu iść? Żadnych tablic informacyjnych. Pokierowali nas wartownicy. Mąż znów wrzucił mnie sobie na plecy, przeszliśmy z 200 m - na próżno. Wejście czynne do 22. Trafiliśmy na jakieś otwarte za trzecią próbą. Długi korytarz, znów brak informacji, brak również miejsc do siedzenia. Stanęłam przy ścianie na jednej nodze, a mąż poszedł na zwiad. Wrócił po paru minutach, znów wziął mnie na plecy i zaniósł do recepcji, w której siedziała bardzo obrażona na świat młoda blondynka. Dostałam burę za brak zaświadczenia o składkach ZUS, ale resztkami cierpliwości wyjaśniłam, że nie liczyłam na tak rozrywkowy rozwój wieczoru. Pani dała mi do podpisania oświadczenie i wymogła obietnicę, że zaświadczenie dowiozę. Po długiej chwili klepania w klawiaturę, pani wyszła z recepcji i rzuciła przez ramię "Proszę za mną". Zaprowadziła nasz zaprzęg do zamykanej na kartę i tysiąc zamków poczekalni ostrego dyżuru i kazała czekać. Ale na co??

Po pół godzinie zostałam zawołana do Pokoju Konsultacji (tak się nazywał). Tam, tym razem bardzo miła pani pielęgniarka, ucieszyła się, że mam swój rentgen na płycie i kazała czekać w poczekalni na wywołanie przez ortopedę. Minęła północ. I jeszcze trochę czasu. W końcu ortopeda mnie wywołał. Pokazał na ekranie zdjęcie mojej połamanej stopy i polecił położyć się na kozetce. No i wtedy przeżyłam kolejny highlight of the evening, tzn. nastawianie bez znieczulenia. Nie wiem, jak to się stało, że nie wygryzłam przy okazji dziury w kozetce. Po nastawieniu, pan dr, bardzo miły, ale zakatarzony i kichający, zagipsował mi nogę od palców prawie do kolana. Przepisał zastrzyki przeciwzakrzepowe, jeszcze raz upewnił się, że do złamania doszło podczas skakania na skakance ("naprawdę chce pani to mieć w opisie?"), przepisał silny lek przeciwbólowy, dał skierowanie do kontroli i nakazał leżenie z uniesionym kopytem oraz chodzeniem o kulach. A gips mam nosić przez 6 tygodni.

Mąż znów wrzucił mnie na plecy (wózek nam nie przysługiwał) i poszliśmy na parking. Po do domu drodze jeszcze apteka, w której okazało się, że pan dr nie przybił jednej pieczątki, więc nie należy nam się refundacja za zastrzyki. Które, swoją drogą, z refundacją kosztują 16 zł, a bez - ponad 500... Pani farmaceutka ulitowała się nad nami i dała nam lek przeciwbólowy z recepty (i tak był nierefundowany), oddała ksero recepty i poradziła pojechać rano do szpitala z prośbą o przepisanie.

I tak, już o 2 w nocy, dotarliśmy do domu, zwalniając mamę z dyżuru przy Śpiącym Królewiczu.

Spać poszłam prawie o 3. Tabletka przeciwbólowa, której skutkiem ubocznym miała być wzmożona senność, podziałała raczej pobudzająco. Przewracałam się z boku na bok, uważając tylko, żeby nie wierzgnąć tą ciężką bułą na nodze. I myślałam o tym, jak zorganizować normalne życie codzienne z Ironmanem, że w 2012 roku już w niczym nie wystartuję, że nie pojedziemy na obóz biegowy, że nie wiadomo kiedy będę mogła znowu biegać. Żegnałam się w myślach z wymarzonym Maratonem Karkonoskim, z jesiennym maratonem, który już zdążyłam zaplanować (na szczęście jeszcze się nie zapisałam!). I tak dalej, i tak dalej.

Mam 42 zastrzyki. Tyle, ile jest kilometrów na trasie maratonu. Dzisiaj minęłam pierwszy kilometr. Jeszcze daleko, ale z każdym dniem coraz bliżej do mety. Sama przecież napisałam ponad rok temu, że "Najważniejsza jest ta ostatnia prosta przed metą i moment jej przekroczenia. Dla nich warto miesiącami trenować, walczyć z samą sobą, pokonywać wszystkie kryzysy, a przez następne dni jęczeć przy wstawaniu z krzesła". Teraz, przez 42 dni będę starać się nie płakać za każdym razem, kiedy zobaczę swoje buty biegowe, dzielnie leżeć z nogą do góry, kuśtykać o kulach, nakłuwać sobie brzuch, jeździć na kontrole, i tak dalej. Byle już mieć zrośniętą kość i pozbyć się tej ohydnej, ciężkiej, nieforemnej buły. Potem już będzie tylko łatwiej. Mam nadzieję.

12 komentarzy:

Ruda Blondynka pisze...

Trzymaj się Hanka! Mocno! Nie daj się absolutnie dobić tym złamaniem. Bardzo jest mi przykro, że spotkało Cię to akurat, teraz. Z bijącym sercem śledziłam Twoje wpisy o Maratonie Karkonoskim, ale nic to. Teraz z jeszcze bardziej bijącym będę śledzić wyniki w tym maratonie. Trzymam kciuki, żeby Ci się udało jak najlepiej zorganizować codzienność mimo gipsowego buciora. I żeby wszystko się zrosło idealnie, żebyś mogła jak najszybciej wrócić na trasę. Wszystko będzie dobrze! Przesyłam energię kosmosem. (Kurierem mogę ewentualnie drożdżowe bułki na pocieszenie)

Krasus pisze...

Dasz radę, po stokroć dasz radę! A Maraton Karkonoski poczeka, nie pierwszy to i nie ostatni. I nie wyrokuj, że w 2012 już niczego nie wystartujesz, jesienią jest sporo dyszek w Waw, są półmaratony w całej Polsce, dasz radę.

Co Cię nie zabije to Cię wzmocni. I to dosłownie. Chodzenie o kulach to najlepsza siłownia. Po 6 tyg. będziesz robiła nie jedną pompkę, a kilka lub kilkanaście!

Leszek Deska pisze...

Dasz radę! Szkoda że taka kontuzja wpadła ale trudno, trzeba to przeboleć i jak Krasus pisze - co nie zabije to wzmocni!

Unknown pisze...

To niestety może być trudniejszy maraton niż wszystkie dotychczasowe. Ale na pewno dasz radę. Nie załamuj się, nie poddawaj, a szybciej minie Ci ten czas spędzony w gipsie. Trzymaj się ciepło, mam nadzieję, że uda Ci się możliwie jak najszybciej wyzdrowieć.

tete pisze...

Trzymaj się Haniu :) szybko nam zdrowiej! 6 tygodni przerwy potem 4 tygodnie powrotu do pełnej sprawności i będziesz jeszcze hulać w tym roku jak kózka;) Dziewczyno głowa do góry! Jesień będzie Hanko Twoja:)pozdrowionka

Ava pisze...

Haniu, wyobrażam sobie że jest Ci ciężko, na szczęście kości na pewno już się wzięły do roboty i zaczęły pod tym cholernym gipsem zrastać, więc trochę czasu minie i będzie po kontuzji. A i dystansu będzie można do wielu spraw po drodze nabrać :) Pamiętam jak rozwaliłam więzadło i też musiałam odpuścić biegi i wspinanie na 2 miesiące. Wkurzałam się, ale aa to potem jaka radość. Przesyłam ci uściski, oby noga zrosła się jak najszybciej! Trzymaj się, myśl pozytywnie - jeszcze nie jeden bieg przed Tobą i to zdecydowanie w tym roku :)))

Anonimowy pisze...

Historia brzmi koszmarnie :( Ale wierzę, że poradzisz sobie psychicznie z szykującą się przerwą od biegania.

A później? Wyobraź sobie ile frajdy będziesz miała z biegania po tym jak wrócisz na ścieżki biegowe po takiej przerwie.

Dużo zdrowia życzę!

Gohs pisze...

Damn.... Nie pozostaje nic innego jak trzymać mocno kciuki za powrót do zdrowia :) Współczuję, naprawdę. Jednak ten crossfit jakiś niebezpieczny :P

Anonimowy pisze...

Bardzo współczuję.Stopa na pewno w końcu się zregeruje i będzie dobrze. Przerażające, że z takim urazem musiałaś jeszcze znosić realia naszej służby zdrowia. Trzymam za Ciebie kciuki i życzę szybkiego powrotu do biegania

Hankaskakanka pisze...

@Ruda Blondynka, dziękuję - energia się przyda na zrastanie kości :) Mam nadzieję, że marzenie o MK po prostu przesunie się na przyszły rok.
@Krasus, ale ja tych pompek z wyskokami zrobiłam 29 w dwie minuty ;) Teraz to może i do 40 dobiję ;) Raczej nie nastawiam się na startowanie w tym roku - bardzo chcę najpierw mieć pewność, że wszystko jest w porządku i że nie proszę się o następną kontuzję.
@Leszek Deska, howgh! :)
@Emilia, robię co mogę, żeby było szybko! Nawet wyjątkowo posłusznie leżę z nogą do góry ;)
@Tete, zarażasz optymizmem :) Pozdrawiam nieodmiennie!
@Ava, wiesz, że myślałam o Tobie i Twoich zeszłorocznych przejściach, kiedy siedziałam w nocy na ostrym dyżurze? A teraz robisz postępy i śmigasz jak nigdy dotąd.
@Przemek, tak, myślę, że wrócę z takim apetytem na bieganie, że hej!
@Gohs, to nie crossfit jest niebezpieczny, tylko jednak powinnam pamiętać, że miałam 3 z wu-efu i olimpijki już ze mnie nie będzie ;) Cross fit polecam gorąco! Wspaniały sposób na szybki i morderczy trening. I bardziej odpowiada mojemu temperamentowi niż np. aerobik. Zresztą kiedyś poszłam na aerobik i... a, napiszę o tym oddzielny post ;)
@Ultrasetka, nasza służba zdrowia nie zmieniła się nic a nic. Na ostry dyżur trafiłam ostatnio chyba 16 czy 17 lat temu, z podejrzeniem zapalenia wyrostka. Jedyna różnica to to, że tym razem na położonych na podłodze drzwiach nie leżał spity do nieprzytomności i zakrwawiony pan, którego na tych drzwiach koledzy przynieśli z... budowy.

wiolqn pisze...

Niech tam chrząsteczka oblewa złamanie i zrasta sie jak najszybciej (powiedziala posiadaczka dwoch zlaman). A jak Iroman zareagował na wiesc ze od teraz ma biegac powoli aby mama za nim nadazyla?
Pomysl ze to tylko taki odpoczynek międzybiegowy, a po nim dostaniesz takiego powera ze hej

Hankaskakanka pisze...

@Wiolqn, Ironman zareagował kiepsko, tzn. przez 3 dni był bardzo płaczliwy i widać było, że boi się gipsu i kul. No i jak wytłumaczyć takiemu maluchowi, że mama nie weźmie na ręce i może się z nim bawić tylko w parterze albo na kanapie? Dziękuję za dobre życzenia!!