niedziela, 17 czerwca 2012

Coraz bliżej do MK

Chciałabym mieć tyle czasu, żeby chodzić na siłownię 2 razy w tygodniu, biegać 3 razy w tygodniu i jeszcze raz w tygodniu relaksować się na jodze. Może na emeryturze?

Powyższa refleksja dopadła mnie, kiedy się wiłam z bólu na stole Cudotwórcy, który odblokowywał moje zakleszczone kolano i pokazywał, dlaczego ostatnio na zdjęciach moja lewa stopa wygina się śmiało na bok, jak za dawnych, prastarych czasów. Niestety, bez systematycznego wzmacniania i rozciągania, będę pospinana i ponaciągana, bo opieka nad małym zawodnikiem - coraz cięższym i już bardzo mobilnym - to, jak się okazuje, niezły wycisk.

Ponieważ plan z  pierwszego akapitu pozostaje na razie w sferze marzeń, robię co mogę, kiedy już uda mi się wyrwać na siłownię. I tak, w czwartek zaliczyłam bardzo przyjemny i wykańczający trening - 30 min cross fitu (m.in. drabina, szuranie jakąś ciężką torbą, wygibasy z ciężarami), 20 minut zwykłego przerzucania żelastwa (np. przysiady ze sztangą) i 10 minut rozciągania. Nie wiem jak ani kiedy osuszyłam 1,5-litrową butelkę wody. Potem pojechałam do Cudotwórcy i tam było mało optymistycznie, ale pożytecznie.

W piątek i w sobotę nie biegałam, tylko hodowałam zakwasy.

Mąż pojechał do Wrocławia, żeby kibicować biało-czerwonym, a my zostaliśmy z Ironmanem na gospodarstwie. Próbowałam wczoraj oglądać historyczny mecz o wszystko - mamma mia, jaka nuda... (i na tym koniec komentarza). I jeszcze się nie wyspałam, bo późno poszłam spać, a Ironman dziś zaordynował śniadanie wyjątkowo wcześnie.

Zabrałam go do lasu, przekazałam pod opiekę moich rodziców i pobiegłam. Było już bardzo ciepło i duszno, co w połączeniu z trzymającymi zakwasami, sprawiło, że przez 4 kilometry biegłam jak Pinokio w saunie. Czyli na drewnianych nogach i ciężko dysząc. Na 5 km stwierdziłam, że dłużej tego powłóczenia nogami nie wytrzymam i przyspieszyłam do mocnego drugiego zakresu, czyli około 4:40-4:45. Po 600-700 m zwolniłam i już do końca biegło mi się znacznie lżej i przyjemniej niż na początku. Nie potrafię zrozumieć, na czym ma polegać cud rozbiegania zmęczonych mięśni, bo dla mnie to najgorsza tortura. Dopiero krótkie, mocne akcenty powodują, że "coś" się zmienia i odzyskuję lekkość, przyjemność z biegania. Taka treningowa homeopatia? Łącznie przebiegłam 12,5 km.

Z leśnych nowin - w Kabackim prawie nie ma komarów! Bliżej Moczydłowskiej została już tylko jedna błotnista kałuża, która, zresztą, doczekała się dwóch obwodnic.

Jutro idę na cross fit pod chmurką. To dopiero będzie bal! A potem czeka mnie jeszcze więcej zabawy, ale o tym kiedy indziej.

Do Maratonu Karkonoskiego jeszcze 7 tygodni minus 1 dzień.

Miłego tygodnia!

PS. Dzisiaj sprawdziłam, że płatki owsiane przed treningiem biegowym to bardzo bezpieczna dla brzucha opcja. I jaka smaczna, zwłaszcza, jeśli doda się do nich słodkie, pachnące truskawki.

2 komentarze:

Gohs pisze...

Owsianka rulez, bez dwóch zdań :)

Unknown pisze...

No, to będziesz bardzo zajęta na tej emeryturze :-)
Trzymam kciuki za Twój MK!