A skoro o planie mowa, zapomniałam ostatnio napisać o super fajnym treningu, który zrobiłam na dzień przed wylotem, czyli w sobotę, 4 maja. Pojechałam rano do Lasu Kabackiego, który po weekendzie majowym tonął w śmieciach. Komu może sprawiać przyjemność robienie takiego syfu? Nie wiem. No ale o bieganiu: miałam zrobić dość mocny trening przedmaratoński, tzn. 18 km w tempie pi-razy-drzwi 5:21 min/km. Nie wiem, czy stać mnie takie tempo w Sztokholmie, ale tak miałam biec. Zrobiłam krótką rozgrzewkę i ruszyłam. Mimo zmęczenia i chronicznego niewyspania czułam, że nogi niosą mnie lekko, z radością. Cieszyłam się rozwijającą zielenią, świergocącymi ptakami, fiołkami kwitnącymi w rowach - ot, mała chwila egzaltacji. Z tego wszystkiego wyszło średnie tempo 5:14 min/km, a po kilku minutach rozciągania nawet nie czułam, że zrobiłam jakikolwiek trening.
Potem była podróż i o podróży już pisałam.
Wróciliśmy we wtorek, a w zasadzie w środę w nocy. I już w środę po południu, kibicując ustępującemu deszczowi, poturlaliśmy się na clubbing. Powrót do warszawskiego biegania okazał się mocny: 4 x 200 m, 3 x 1000 m, 2 x 400 m. Niechcący wszystko biegałam za szybko, w szczególności kilometrówki. Kiedy dostałam rozpiskę i dowiedziałam się, że mam je robić w tempie 4:21 min/km, stwierdziłam, że chyba raczej wyzionę ducha albo zamienię się w tartan. No to dlaczego wyszło 4:15-4:17 min/km? I to bez wypluwania płuc (choć, przyznaję, czułam, że jest to intensywny trening)? Nie wiem.
W czwartek, tradycyjnie, siłownia. Crossficiątko. Troszkę delikatniejsze niż zwykle, ale duetu: drabina + brzuch z ciężarami, nie zapomnę.
Wczoraj byłam elegancko obolała.
A dzisiaj poszłam, bez większego przekonania, na Samsung Irena Run. 5 km po Polach Mokotowskich, start o 16:00. Pakiet dostałam grzecznościowo i wielkodusznie, więc głupio mi było zrezygnować. W ramach przygotowań cielesno-duchowych do startu, ugotowałam garnek dobrej zupy botwinkowej. O 15 trzeba było wyjść z domu i podreptać w stronę startu. Mąż i Ironman robili za niezastąpiony support.
Na starcie stanęłam jakoś w miarę blisko początku, pamiętając jak wyglądają biegi przyciągające dużą ilość osób, które startują pierwszy czy drugi raz w życiu. I tak, po strzale startera, przez pierwsze 400-500 metrów wyprzedzałam i wyprzedzałam. Z tego wszystkiego na 1 km zobaczyłam, że biegnę w tempie 4:18 min/km. Prrrrr.... Uspokoiłam tempo i biegłam dalej. Wtedy zaczęły się schody, a raczej trawa. Trasa została poprowadzona nie tylko po alejkach Pól Mokotowskich, ale i po trawie, żużlowych ścieżkach oraz korzeniach drzew, krzywych płytach chodnikowych, itp. Tak więc był to bardziej bieg przełajowy niż uliczny. Na 3 km, kiedy wbiegliśmy w aleję prowadzącą w stronę Żwirki i Wigury, miałam ochotę zejść z trasy, bo trafiłam na jej najbardziej nasłoneczniony i najupalniejszy kawałek. Dobrze, że stał tam mąż z Ironmanem, bo ich kibicowanie bardzo mi pomogło przezwyciężyć chwilę słabości. Za chwilę był cień, równy asfalt i trochę przyspieszyłam. Zobaczyłam, że doganiam blondynkę, która odskoczyła w przód niedaleko po starcie. Wyprzedziłam ją, za chwilę ona mnie i, na skręcie w lewo w ul. Rostafińskich, miło śmignęła prosto pod nogi, ścinając zakręt i zwalniając na nim. Musiałam zwolnić i ja, a za chwilę przyspieszyłam. Blondynka też. Wytrzymała gdzieś do 4-4,1 km i już więcej jej nie zobaczyłam, ale miałam motywację, żeby nie odpuszczać i nie dać się przegonić. Z Rostafińskich skręt w lewo i pierwszy aktywny kibic na całe tłumy wypełniające park (nie licząc męża, który dopingował wszystkim biegaczom). Krzyczy do mnie "Jest pani siódma wśród kobiet!". Ten pan to chyba był anioł albo inny posłannik niebieski, bo dodał mi skrzydeł. Zabrałam się do wyprzedzania panów i przyspieszałam cały czas, choć znowu dopiekało słońce i finiszowaliśmy po trawniku, na którym moje delikatne szosówki nie miały specjalnego pola do popisu. W końcu wpadłam na metę, dostałam butelkę wody, znalazłam moich chłopaków, wydoiłam 0,5 l izotoniku, 0,5 l wody i opuściliśmy Pola Mokotowskie, po drodze kupując małą Colę dla mnie i kawałek tarty cytrynowej dla męża, który wspaniałomyślnie podzielił się ze mną pysznym zakupem.
No dobrze, a czas? Trututututu: 22:06. Życiówka poprawiona chyba o minutę. 7 miejsce wśród kobiet i 67 open.
Ciężki bieg, bo kręta trasa i ciągłe zmiany podłoża, ale jestem bardzo zadowolona, że tak to wszystko wyszło. I miejsce ładne, atmosfera piknikowa. Fajnie.
Jutro, dla odmiany, wolne człapanie.
10 komentarzy:
Wow brawo Haniu! ale pięknie śmigasz :) gratulacje :)
Wynik rewelacyjny - gratulacje Haniu! To dziwne dla mnie tylko że bieganie było po trawie, przecież spokojnie mogli puścić alejkami tak jak podczas Ekidena rok temu. No to za tydzień jeszcze pomnkniesz właśnie w Ekidenie a za 2 maraton? Oj ten odpoczynek i ładowanie akumulatorow to faktycznie niezła strategia, bo jak widać masz takiego "pałera" że hej!
Gratulacje wyniku! Świetnie piszesz, czyta się z przyjemnością:)
Już to pisałem na FB, ale co tam. Rewelacyjny czas, braaaawo!:)
Wielkie gratulacje, świetny wynik. Dobrze, że we Włoszech odpoczęłaś, zamiast szaleńczo trenować. Regeneracja przyda się przed sztafetą i maratonem.
Super. Coś musiało być w tych włoskich truskawkach. Świetny czas. Gratulacje
@Tete, dziękuję! Sama jestem zdziwiona ;)
@Ava, tak, za tydzień Ekiden, za 13 dni maraton, a potem chyba długo nic aż do Maratonu Karkonoskiego. To dopiero będzie zabawa ;)
@Mich, dziękuję :-*
@Emilia, widocznie odpoczynku nigdy za wiele ;)
@Krasus, i tu dziękuję :)
@Ultrasetka, samo dobro było. I w pomidorach (oczywiście nie tych wystawionych na pokuszenie) ;)
Dzisiaj na ołowianych nogach zrobiłam długie wybieganie. Ale o tym w następnym odcinku :)
Pozazdrościć formy:) i zyciowki na piątkę również:) ale jak się dobrze posieje, to jest potem co zbierać;) pozdrawiam!
Potwierdzam - świetnie się czyta:) Gratulację ! :)
@Kaha, zobaczymy, co z tego zasiewu wyjdzie za 10 dni ;) Pozdrawiam!
@Piotr, dziękuję :)
Prześlij komentarz