- ten ostatni tydzień jest tzw. długim weekendem majowym (czytaj: nic nie funkcjonuje normalnie przez 9 dni),
- opiekujemy się zielenią domową i przydomową najbliższych, a na zewnątrz upał i spiekota,
- dziecięciu wychodzi ząb nr 15 (chyba - trochę się pogubiłam w rachubie),
- o upale i spiekocie już było,
- w sąsiedztwie toczy się czwarty remont w ciągu 12 miesięcy i robotnicy lubią korzystać ze względnego chłodu poranka, rozpoczynając rytmiczne stukoty o 6 z groszami.
Byłam strasznie zmęczona i tęsknie patrzyłam w kalendarz z zaznaczoną datą wylotu.
Weekend majowy minął jakoś tam. W czwartek, 3 maja, wyciągnęliśmy rowery, zrobiliśmy z Ironmanowego trójkołowca przyczepkę i rano wyjechaliśmy sobie w miasto. Kupiliśmy po kawie na wynos, wypiliśmy ją na ocienionej ławeczce w Al. Ujazdowskich, czekając na pierwszych uczestników Biegu Konstytucji. Słodko. A potem jeszcze jakieś spotkania towarzyskie, wycieczka rowerowa. To był miły dzień.
Noc była gorsza. Dzięki instytucji ząbkowania, nie wiem, czy udało mi się przespać 45 minut bez pobudki. Koszmar. O 6:30 stwierdziłam, że idę biegać. I poszłam. Ciężko było, choć trening łatwiutki - 12 km spokojnie. Bardzo ciężko. Dodatkowo, w Łazienkach poczułam zew natury, zatem bieg spokojny zmienił się w bieg na orientację pt. "Znajdź toaletę. Szybko!" Dreptałam po tych Łazienkach wypatrując jakiegokolwiek znaczka z kółeczkiem i trójkącikiem. Niente. Obok Pałacu Myślewickiego dopadłam znudzonego strażnika, który na pytanie o ubikację trochę spąsowiał i w końcu poinformował mnie, że tak, jest, ale czynna od 11. Jeżumalusieńki... Na szczęście spłynęło na mnie olśnienie: Agrykola! Ruszyłam rączym sprintem w kierunku źródła ukojenia i nie rozczarowałam się. Czyściutko, woda, papier, ręczniki, mydło. Ufff...
Z tego wszystkiego, nawet nie wiem, jak i kiedy, w tempie 5 min/km, leciutko i bez zadyszki, wleciałam sobie ul. Myśliwiecką pod górę, po czym doturlałam się szczęśliwie i bez przeszkód do domu na dobrą jajecznicę.
A potem przygotowania do wyjazdu, pakowanie.
I w końcu lądujemy w Katanii, patrząc przez okienko samolotu na ośnieżone stoki Etny. Od razu przyszedł mi do głowy głupi pomysł, ale o tym dalej.
Docieramy do naszej małej wioseczki w południowo-wschodnim zakątku Sycylii. Pięknie, choć widać, że to ta naprawdę biedna część Włoch, o której mieszkańcy północy pogardliwie mówią "Afryka". Na szczęście ten kawałek wyspy nie został starty w proch ani przez ataki Aliantów (czego nie można powiedzieć o Messynie, Palermo, albo wybrzeżu pomiędzy Agrigento i Gelą), ani przez mocniejsze kichnięcia Etny (pomijając wielkie trzęsienie ziemi z końca XVII wieku). Tylko gdzie tu biegać? W internecie przeczytałam, że we wsi jest nadmorska promenada i piękna piaszczysta plaża. Wieczorne poszukiwania bankomatu potwierdzają tę informację. Jest jedno ale: promenada i plaża mają może 500, może 600 m długości. Poza tym mam do dyspozycji drogę, którą przyjechaliśmy z Katanii i która prowadzi dalej, na zachód, w stronę Geli i Licaty. I która stanowi ewidentnie miejsce ćwiczeń kandydatów do włoskiej kadry w wyścigach Formuły 1, niezależnie od tego, czy jadą starym Fiatem 600, nowiutką Alfa Romeo czy ciężarówką. Pobocza brak. A, mam jeszcze wsiowe uliczki, które prowadzą ostro w górę albo w dół. Ekstra.
Na razie postanawiam się tym nie martwić, tylko wreszcie wyspać. Pełen sukces! Ironman struł się świeżym powietrzem, a poza tym musiał zadbać o beauty sleep, żeby nadal robić piorunujące wrażenie na autochtonkach w wieku 15-85. Ostatnio tyle spałam w styczniu, kiedy byliśmy na nartach.
Minęło parę dni i mąż zaczął przebąkiwać, że może by się przebiegł. I dobrze zrobił, bo odkrył fajną drogę prowadzącą do najbliższego miasteczka, bardzo nierówną i prowadzącą głównie pod górę, ale, co najważniejsze, mało uczęszczaną samochodowo.
Mnie na razie wystarczał crossfit z wózkiem i Ironmanem, uprawiany przy okazji każdej wycieczki, gdyż wszystkie odwiedzane przez nas miasteczka miały system drogowy góra-dół. Ironman polubił chodzenie za ręce z nami, ale, kiedy zaczynały go boleć nóżki, stanowczo odmawiał wchodzenia do wózka i wybierał sobie któreś z nas na Naczelnego Noszącego. W ten sposób, albo jedno z nas tachało 12 kg Ironmana, albo drugie nieco lżejszy wózek, aparat i plecak. I wychodziło na to samo.
Jednak któregoś poranka stwierdziłam, że muszę się przebiec, bo inaczej makaron wyjdzie mi uszami. Pobiegłam odkrytą przez męża drogą, już na 1 km będąc wystawiona na pokusy nieziemskie - na murku oddzielającym drogę od pól leżały skrzynki ze słodko i kusząco pachnącymi pomidorkami. Tymi malutkimi, słodkimi jak truskawki. Przyspieszyłam, choć było pod górkę. Fajnie się biegło z widokiem na pola, gaje oliwne, morze, przydrożne pierdolniki (na Sycylii podejście do wywozu śmieci jest mniej-więcej takie jak w Polsce - jeśli da się coś podrzucić przy drodze, w lesie, na polu, tym lepiej). Zrobiłam spokojne 10 km crossu poniżej godziny i zgubiłam się w okolicach domu. Dobrze, że Gacek ma funkcję naprowadzania do miejsca startu - dzięki temu zamknęłam trening w 11 km i zdążyłam na śniadanie. A pomidory zniknęły, więc nie zdążyłam nagrzeszyć.
W międzyczasie nurtował mnie problem: gdzie zrobić 28 km. Na drodze do Scicli (najbliższej mieściny, zresztą cudownej piękności), przelecianej 2 razy w tę i z powrotem, czy gdzie indziej. Zaczęłam planować wycieczkę na Etnę. Byliśmy na niej 8 czy 9 lat temu, ale wtedy jeszcze nie biegałam i w ogóle byłam raczej typem kanapona, więc wjechaliśmy na szczyt wyciągami. Pięknie było, zwłaszcza, że dziewczyna kolegi wybrała się w klapkach na obcasach. No ale teraz mogłabym wbiec. Ha! Miejscowi, na pytanie o szlaki piesze na Etnę, zaczęli sobie przypominać szkolne wycieczki i gorąco mi ten pomysł odradzać. Kupiłam mapę i przewodnik. Z przewodnika dowiedziałam się, że można robić wycieczki piesze na Etnę, ale raczej nie solo, bo trasy są oznakowane albo bardzo źle albo wcale i łatwo się zgubić. Kurteczka na wacie... Miły Katańczyk stwierdził "I sentieri? Non ci sono." ("Trasy piesze? Nie ma."). Odpuściłam.
Za to zrobiłam ładny trening tą samą drogą, co poprzednio - 45 min wolno i 5 x 5 min po 4:45 min/km, a w praktyce 4:35-4:40. Bardzo dobrze mi się biegło, choć wioskowy kundelek próbował wskoczyć mi na łydkę albo złapać czymkolwiek za tyłek. Na włoskie przekleństwa machał wesoło ogonem. Na polskie zresztą też.
A potem trzeba było już wracać do domu, do deszczu i kwitnących kasztanów.
Moment, jeszcze się pochwalę, bo to dla mnie wielkie przeżycie: pewnego wieczoru, po kolacji, poszliśmy na spacer w okolicznej rybackiej wioseczce. I tak się złożyło, że tego samego wieczoru, w tejże wioseczce, kręcono kolejny odcinek serialu z komisarzem Montalbano, czyli bohaterem moich najukochańszych kryminałów, pisanych przez Sycylijczyka - Andreę Camilleriego. I dodatkowo złożyło się tak, że udało mi się spotkać Lucę Zingarettiego (który okazał się bardzo miły), grającego komisarza Montalbano. I porozmawiać z nim oraz zrobić wspólne zdjęcie!! Z wrażenia nie mogłam zasnąć.
28 km mam zrobić w ten weekend. Co się odwlecze...
O treningach warszawskich (były już dwa) będzie w następnym odcinku.
Buona notte! I miłego weekendu (już za chwileczkę).
Plaża komisarza Montalbano
7 komentarzy:
Haniu, a gdzie zdjecie z komisarzem?
Nieno, ja sie tak nie bawie!
;)
PS Zatesknilam za Sycylia, eh...
Świetny wyjazd, a bieganie połączone z oglądaniem okolicy to moja ulubiona część każdych wakacji :-)
No i gratuluję zdjęcia z komisarzem :-)
Anoushko, się krępowałam wrzucać ;)
Emilko, ja też lubię takie zwiedzanie!
oj zazdroszcze tej wycieczki! my czekamy do czerwca na Hiszpanie tyle ze bedzie zupelnie biegowo:) co do Ironmana, to ja bym mei tai'a kupila - rece wolne i kregoslup rowno obciazony...biegac sie nie da ale chodzic (nawet po gorach) to i owszem!
Nie ma to jak połączyć przyjemne z pożytecznym;)Super wyjazd i bieganie na obcej ziemi:)A kundelek to może był nasz tylko wyemigrował? pozdrówka
@Dota, mamy nosidło ergonomiczne, ale Ironman zmienia zdanie co do tego, czy chce być noszony, czy chce chodzić (ewentualnie wybierać pety spomiędzy płyt chodnikowych) co 1-2 minuty, więc odwiązywanie i zawiązywanie nosidła to już trochę za dużo zabawy ;) W zeszłym roku, kiedy Ironman był maleńki, w nosidłach głównie spał, co znacznie ułatwiało wędrówki i zwiedzanie ;)
@Tete, jeszcze fajniejsze od biegania było wysypianie się ;) I to, że nie mieliśmy remontu za ścianą! Pozdrawiam :)
PS. Zapomniałam, że przed wakacjami zrobiłam jeszcze jeden trening, bardzo fajny, ale o nim już napiszę w następnym odcinku!
Prześlij komentarz