Już w nocy z soboty na niedzielę wiedziałam, że mogę zapomnieć o poprawianiu wyniku na piątkę sprzed tygodnia, ponieważ najpierw nie mogłam długo zasnąć, a potem Ironmana dopadł stres przedstartowy i postanowił go rozładować na różne sposoby. Summa summarum, nie wiem czy łącznie przespałam 4 godziny czy 4,5 w kilkunastu kawałkach. O 6 rano obudziłam się tak zmęczona, że było mi niedobrze.
Wybraliśmy się w pośpiechu, ale i tak ledwo dotarłam na ostatnie zdjęcia drużynowe, przegapiając zorganizowaną przez Mausera rozgrzewkę ze specjalistą z Fizjoperfektu. Pierwsi zawodnicy z dwóch drużyn Blogaczy poszli na start. Ja biegłam na 4 zmianie, mąż na 6, więc mieliśmy jeszcze bardzo dużo czasu do zagospodarowania. I małego zawodnika, dla którego tak wielka otwarta przestrzeń, tyle osób do zaczepienia (po godzinie chodził za rękę z bardzo ładną, długowłosą blondynką), tyle rowerów do obmacania, tyle toreb do wybebeszenia (tu musieliśmy zachować rewolucyjną czujność, żeby syneczek nie robił porządku w torbach obcym ludziom), tyle trawy do zerwania, stanowiło nie lada atrakcję.
Fotografował mąż
Czas mijał, kolejne zmiany meldowały się na mecie, było okropnie gorąco. Słońce odbijało się od nadciągających od północy chmur i prażyło niemiłosiernie. Coś tam popijałam, zjadłam parę wafli ryżowych, bo zdążyłam zrobić się głodna. W trakcie trzeciej zmiany, zrobiłam symboliczną rozgrzewkę, podczas której prawie się upiekłam. Stanęłam przy bramce, czekając na DrProctora walczącego z drugim okrążeniem na swojej 10-kilometrowej zmianie. Z głośnika popłynął komunikat, że drużyna Blogacze 1 powinna szykować się do zmiany, więc ustawiłam się do odbioru pałeczki. Tak się zestresowałam tym, żeby jej nie upuścić, że zapomniałam o wszystkich ćwiczeniach z poprzedniej środy i, zamiast biec, w biegu przejmując pałeczkę od DrProctora, tuptałam sobie rozkosznie w miejscu. O, tak:
Fotografował mąż
Wystartowałam mocno, stanowczo za szybko. Na pierwszych 300 m był podbieg, po którym poczułam, że 4:18 min/km to na bank nie moje tempo docelowe na ten dzień i zwolniłam. Ciężko mi się biegło, a na zdjęciach zrobionych przez męża zobaczyłam, dlaczego - aż do pierwszego skrętu w lewo (paręset metrów po znaczniku 1 km) było cały czas delikatnie pod górę. No i w ogóle czułam się jak flak. Potem było krótko z górki, zakręt, zwężenie, prosta, obiegnięcie ładnego stawu, skręt na mostek, skręt w prawo, prosta. Jakiś miły pan wołał "Brawo dla pani! Niech pani weźmie tych wszystkich facetów". A, kiedy go minęłam, zobaczył moje imię na plecach koszulki i zawołał: "Chłopaki, trzymajcie się pani Hani, nie zginiecie!". Tak mnie to rozbawiło, że trochę przyspieszyłam, bo wokół tego ładnego stawu zdarzało mi się wychodzić powyżej 5:00 min/km i ciężko walczyłam o utrzymanie tempa poniżej 4:50 min/km. Naprawdę, koszmar. Już myślałam, że ostatnie 1.5 km przebiegnę jakoś żwawiej, ale ostatni kilometr zweryfikował moje nadzieje. Na ostatnich 800 m był znowu podbieg. Łagodny, ale, bardzo głupio, przyspieszyłam na nim, no bo przecież taka jestem mocna i zapisałam się na Maraton Karkonoski (czytać z dużą dozą ironii). I co? Odcinka do mety prawie nie pamiętam, przekazywania pałeczki też nie (chyba jednak dałam ją właściwej osobie, czyli Krzyśkowi, który biegł na 5 zmianie, bo nie słyszałam żadnych protestów).
Wyłączony kawałek za metą Gacek pokazał 23:02, ale dystans powyżej 5 km i średnie tempo 4:33 min/km. Z tym większym zdziwieniem, w wynikach nieoficjalnych zobaczyłam 23:05. Dobra, ile by nie było - to był trudny dla mnie bieg. Na dużym zmęczeniu, w wysokiej temperaturze, na głodniaka, z podbiegami i zakrętami. Kolejny prztyczek w nos za zbyt szybki pierwszy kilometr - nad tym muszę pracować, bo za to się zawsze płaci i pała z taktyki. No ale, jakby nie patrzeć, to mój drugi wynik na 5 km (trzeci to 23:07 z listopadowego Grand Prix Warszawy), czyli nie ma co tak straszliwie marudzić.
Ostatecznie Blogacze 1 zajęli 61 miejsce na 402 drużyny, zatem bardzo ładnie i ogromnie się cieszę. Mam nadzieję, że pozostali Blogacze są zadowoleni i dobrze się bawili - mnie bardzo miło było poznać w rzeczywistości rzeczywistej tych z Was, których do tej pory znałam tylko wirtualnie.
Sama impreza też była świetna. Oczywiście, pogoda do biegania koszmarna, ale, dzięki niej, z wydarzenia biegowego zrobił się przy okazji piknik rodzinny, na trasie było trochę kibiców, a wszystko to sprzyjało radosnej atmosferze. Mam nadzieję, że za rok znów wystartujemy!
Nie mogę też nie wspomnieć o pięknych koszulkach, które dostaliśmy od sklepu HRmax.pl, a które zaprojektował Kuba. Dziękuję!
Epilog: słoneczne przedpołudnie, poprzedzone upiorną nocą, zaowocowało takim bólem głowy, jakiego jeszcze chyba w życiu nie miałam. Na szczęście, po wlaniu w siebie kilku litrów różnych płynów, łyknięciu paracetamolu i 9 godzinach snu, czuję się jak nowo narodzona. Rano wyszłam nawet na 5-kilometrowe roztruchtanie.
I jeszcze: drużyna męża zajęła po dwóch turach 9 miejsce! A mąż zrobił życiówkę na 5 km. Brawo!
11 komentarzy:
Gratulacje! U mnie z kolei życiówka na dyszkę :)
To chyba mnie ten sam kibic-feminista dopingował, bo mniej więcej w tym samym miejscu ktoś do mnie krzyczał: "niech pani biegnie, bo mężczyzna panią goni, niech pani się nie da!", a jak go minęłam wykrzykiwał moje imię wyczytane z koszulki :-)
Wszystko to, co napisała Hanka to prawda, impreza była świetna!
Kolejny blog, na którym czytam o tej imprezie :) Naprawdę świetnie to wszystko brzmi, aż żałuję, że mnie tam nie było :)
Wow super relacja:) czytam i jakbym tam był;)Widzę z Waszych opisów, że naprawdę musiało być rewelacyjnie:) Brawa i gratki:)pozdrawiam
@Marcin, gratulacje :)
@Emilia, kibic-feminista był boski!
@Gohs, to moe za rok? :)
@Tete, dziękuję i pozdrawiam :)
To następną razą wezmę moje pociechy - młodsza myślę trafi w gust Ironmana bo blondynka, ładna i wiekowo też pasuje bo 1,5 roku :)
Impreza naprawdę fajna, pobiegaliśmy, poznaliśmy innych blogaczy - mam nadzieję że za rok znowu zawitamy na Kępę Potocką (trasa mi się podobała mimo kilku problematycznych zakrętów i podbiegów).
Leszek, mi trasa się podobała właśnie dzięki tym podbiegom i zakrętom - nudno nie było :)
Oj tak, nudno nie było :) Cóż dodać, fajnie Haniu, ze dołączylaś w tym roku do Ekidenowych Blogaczy. Nieźle ze Staszkiem rozpracowaliście logistycznie plan "mama biega, tata biega, Ironman kibicuje" :)))
Fajna relacja. Czytałem z uśmiechem na ustach :)
I dzięki za wspólne sztafetowanie!
@Paweł, relacji Hani nie da się czytać inaczej :-)
@Gohs, Blogaczy biegło dwanaścioro, więc możesz się spodziewać co najmniej tyle relacji ;-) I oczywiście zapraszamy za rok!
@Leszek, koniecznie zabierz - myślę, że to fajne miejsce dla dzieciaków!
@Marcin, mnie też, mimo wszystko, podobała się trasa! Dużo zieleni i pętla wokół stawu naprawdę piękna.
@Paweł, cieszę się i dziękuję :)
@DrProctor, :)
Prześlij komentarz