niedziela, 18 marca 2012

...i jeszcze więcej atrakcji

W komentarzach do poprzedniego posta, zwierzyłam się z problemu zwanego pokręceniem, który trafił mnie (dosłownie) w poniedziałek. Nigdy, przenigdy nie zrobiłam sobie takiego kuku w szyję. Bilans? Dwie wizyty u Cudotwórcy (około 45-50 minut każda) i w środę wreszcie mogłam patrzeć w prawo i w lewo, bez konieczności okręcania się wokół własnej osi. Oraz przewracać w nocy z boku na bok, bez trzymania sobie głowy i wydawania dźwięków "ajajajajajaj". Ale Cudotwórca stanowczo zakazał biegania, tak więc clubbing spędziłam w domu, pomagając Ironmanowi we wrzucaniu gwiazdek, trójkącików i kwiatuszków do stosownych otworków kolorowego ślimaka (nie bujam, ani nie nawąchałam się żadnych... kwiatuszków) oraz czytając mu "Dzieci z Bullerbyn" (sam je przynosi i mówi "da").

W czwartek poszłam do pieczarkarni, żeby zrobić cokolwiek. Cokolwiek było treningiem na nogi i pupę, bo nic innego nie mogłam zrobić bez angażowania szyi. Były maszyny na przywodziciele, odwodziciele, suwnica (60 kg - auć!), piłka, na której porobiłam trochę stabilizacji ogólnej i pomęczyłam dwugłowe oraz łydki. Rozciąganie, prysznic i od razu lżej na duszy.

W piątek oczekiwałam zakwasów, a tu nic. No, lekko ciągnęły przywodziciele i pupa, ale poza tym jakbym nie ćwiczyła. Spodziewałam się czegoś znacznie gorszego po długiej przerwie w machaniu żelastwem. W sobotę było już nieco gorzej,

Również w piątek zaliczyłam niespodziewany interwał. Staliśmy z mężem w upiornym korku, a mnie się spieszyło do Ironmana i na lekcję ulubionego języka. 2 km od domu nie wytrzymałam i wysiadłam, po czym ruszyłam rączym sprintem. Średnio mi było wygodnie, bo ubiór niezbyt sportowy (dżinsy, mało wyczynowe trampki, kurtka, szalik i dyndająca torebusia), ale leciałam jakby to były interwały na Agrykoli. Do domu dotarłam 10 minut przed mężem.

W sobotę przyszła wiosna. Było tak cudnie, że przez prawie 5 godzin snuliśmy się rodzinnie po mieście. W Parku Ujazdowskim widoczki nie z tej ziemi - siedzą ludzie na trawie wokół stawu, ubrani letnio, a na stawie gruby lód, po którym chodzą kaczki. Z tego ciepła i słońca oraz pysznego hummusu, spałaszowanego w drodze powrotnej, ucięłam sobie popołudniową drzemkę. A po drzemce straszliwie nie chciało mi się wyjść na trening. Bo śpiąca, bo jeszcze najedzona, bo mam zakwasy. W takich sytuacjach mogę liczyć na męża - nieomal wykopał mnie za drzwi. Było już ciemno, więc na tłuczenie minutówek odpadały parki. Wybrałam sobie zatem pętlę wokół Filtrów, po której biegam rzadko, a właściwie nie wiem dlaczego. Równy chodnik, dobre oświetlenie, trochę zieleni. Hm. Minutówki miałam biegać po 4:15-4:20 min/km. Wyszły tak: 4:08, 4:05, 4:17, 3:49 (!!!), 4:29 (musiałam przepuścić grupę rozrywkowej młodzieży, a parkouru po samochodach nie chciałam uprawiać), 4:11, 4:03, 4:03, 4:10, 4:17. Jeszcze sobie pobiegałam nieco spokojniej (5:23 min/km) i cały trening zamknęłam w 7 km. W domu dołożyłam solidne rozciąganie i posiłek regeneracyjny, złożony z dużej ilości kanapek. Bardzo miły dzień.

W niedzielę Ironman zdecydował, że 6 rano to świetny czas na zrobienie awantury. W sumie nie wiadomo, o co. Wszystko było krzywo i nie tak. Przed 11 byliśmy w Lesie Kabackim. Tym razem powóz z Ironmanem przejęli dziadkowie, a my pobiegliśmy sami. I bardzo dobrze, bo błota od zeszłego tygodnia nie ubyło zbyt wiele i znowu wyszłaby siła biegowa, zamiast spokojnego biegania. Szczególnie atrakcyjnie było na 4, 5, 6 i 7 kilometrze (licząc od Polany Powsińskiej i biegnąc zgodnie z kierunkiem trasy Grand Prix Warszawy). Na 5 kilometrze tempo spadło nam do 6 minut z groszami, bo trzeba było kluczyć po krzakach, żeby nie zaliczyć kąpieli błotnej na ścieżce. Mimo błota, w lesie było pięknie - stosunkowo mało ludzi (pomijając okolice Polany), ptasi świergot i powoli, nieśmiało wyglądające spod ściółki zielone pędy i listki. No i ciepło, słonecznie, cudnie! Zrobiliśmy 10 km w średnim tempie 5:34 min/km, spotkaliśmy trochę znajomych, powystawialiśmy się do słońca. A Ironman pohasał na czterech odnóżach po trawie i próbował zwędzić grillowaną karkówkę piknikującym rowerzystom.

Za tydzień Półmaraton Warszawski, z którym nie wiążę specjalnych nadziei ani złudzeń, ale się na niego cieszę.

Miłego tygodnia!

6 komentarzy:

Unknown pisze...

To prawda, od soboty aż się prosi o wyjście na świeże powietrze i to nie tylko na trening.

Do zobaczenia na Półmaratonie Warszawskim!

tete pisze...

"wiosna cieplejszy wieje wiatr, wiosna...."
Czyli w nadchodzący weekend Haniu Ty PW a ja PŚ z którym też nie wiążę specjalnych nadziei ani złudzeń;) Pozdrowaśki;) powodzenia trzymam kciuki:)

Hankaskakanka pisze...

@Emilia, weekend był jak z marzeń. Co prawda słyszałam już narzekania, że za gorąco, ale mnie się podobało :) Do zobaczenia!
@Tete, a PŚ to co to za skrót? :) Powodzenia!

Dota Szymborska pisze...

to milego biegania w niedziele i bedziesz mogla sie ogladac na boki:)

drproctor pisze...

Czy Wasz ślimak też zaczyna sam z siebie grać w środku nocy?
Powodzenia na połówce. Poznań jeszcze tydzień poczeka...

Hankaskakanka pisze...

@Dota, też startujesz?
@DrProctor, nie, bo wyjęliśmy baterie w 2 minuty po tym, jak Ironman dostał ślimaka od mojej kuzynki :)