W życiu jak w bieganiu po górach - raz z górki, raz pod górkę i nigdy nie jest nudno. W tygodniu znowu zrobiło mi się trochę pod górkę za sprawą jakiegoś paskudnego wirusa, który zaczął mnie podskubywać w środę, aż dopadł mocniej w czwartek. Nic poważnego, ale samopoczucie marne, upierdliwe dolegliwości, itp.
W środę, mimo tego, że czułam się już nie najlepiej, poszłam na clubbing. Mieliśmy trening wytrzymałości tlenowej, czyli tym razem bez podbiegów, za to z krążeniem wokół stadionu. Dostałam do zrobienia 10 min po 4:55 min/km, 2 min przerwy w truchcie, znowu 10 min po 4:55 min/km, 2 min przerwy w truchcie, 15 min po 4:55 min/km, z zastrzeżeniem, że mam biegać nie wolniej niż 5:00 min/km, ale mogę odrobinę szybciej niż 4:55 min/km. Mąż pożyczył mi swojego Garmina, a sam podłączył się pod grupę, która miała biegać po 4:25 min/km.
Rzeczywistość: pierwsze 10 min po 4:45 min/km. Spokojnie, bez dużego spięcia. Kiedy zaczęłam drugie 10 min, zrównali się ze mną dwaj panowie. Jeden był w stroju biegowym, a drugi w spodniach od garnituru, garniturowych butach i eleganckiej koszuli. Szkoda tylko, że niezbyt elegancko pluł. Ciągle pluł. Nie wiedziałam, za którym razem we mnie trafi, więc przyspieszyłam i cały czas panom uciekałam, żeby tylko nie dostać strzału (ble). No i ta druga dziesięciominutówka wyszła po 4:33 min/km, ale sukces pełen, bo nie zostałam opluta. Panowie gdzieś zniknęli, więc po 2 minutach truchtu zrobiłam już spokojniejszą piętnastominutówkę, w średnim tempie 4:45 min/km.
No i co? Spodziewałam się bury od Autorki Planu, a ona tylko spokojnie stwierdziła, że musi mi podkręcić tempa treningowe, bo to, co mam jest za... wolne.
Na Grand Prix Warszawy nie pojechałam z powodu - patrz akapit pierwszy. Zrobiłam sobie całkowicie wolną sobotę i, dzięki temu, że mąż wybrał się na rodzinne wizyty z Ironmanem, nawet trochę poleżałam z książką i herbatą (parę tygodni wcześniej okazało się to nad wyraz trafionym lekarstwem). Ba, dodam jeszcze, że nawet się zdrze-mnę-łam i poczułam nawrót sił życiowych.
Żeby mi się w głowie nie naprzewracało od luksusów, w niedzielę Ironman zarządził pobudkę o 6:20. Ponieważ przez kilka dni mąż bohatersko mierzył się z nową porą porannej działalności naszego małego zawodnika, przy niedzieli postanowiłam być dobrą żoną i zajęłam się zadowolonym z siebie skrzatem. Dzięki temu, kiedy wreszcie ruszyliśmy na trening po drugim śniadaniu i długiej drzemce regeneracyjnej syneczka, mocno walczyłam z sennością. Pojechaliśmy do Lasu Kabackiego. A, dodam, że wczoraj lało przez całe popołudnie i przez całą noc, aż do dziś, do 7 rano. Nic dziwnego, że w lesie było mocno błotniście. I jeszcze szalał mocny wiatr. Ale, co tam - 10 km przepychania trójkołowca przez błoto, w zmianach 2-kilometrowych i w paskudnym wietrze, jakoś zaliczyliśmy. Choć Ironman znudził się wycieczką po 6 km i co parę minut dzielił się swoim niezadowoleniem z całym lasem. Tempo biegu niezbyt powalające: 5:57 min/km, no ale w tych warunkach nie dało się więcej, jeśli miało to być w miarę spokojne bieganie. Mąż zrobił po 10 km małe schłodzenie i rozciąganie, a ja poleciałam Moczydłowską w stronę zabudowań ze swoją 15-minutówką w drugim zakresie. Miało być 4:50 min/km, było 4:48 min/km, więc prawie się udało. W trakcie tej 15-minutówki myślałam tylko, że bardzo nie chciałabym podzielić losu Dorotki i Toto. Naprawdę miałam wrażenie, że wiatr za chwilę zepchnie mnie do rowu, albo, że będę fruwać nad dachami Ursynowa. Było ciężko - i w błocie, i w wietrze, ale bardzo jestem zadowolona, że nie rozłożyłam się na amen i że mogłam dziś wyjść na trening.
A nasze buty i wózek po treningu wyglądały tak:
Została mi jeszcze jedna praca domowa z zeszłotygodniowego planu, więc zmykam nastawić budzik. No i wybieram się jutro na Ergowarsztaty z rozciągania. Same atrakcje!
Miłego tygodnia!
niedziela, 11 marca 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

12 komentarzy:
Na suche ścieżki w lesie trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, ale i tak fajnie się biega tą wiosenną porą :-)
W takich warunkach pchanie wózka to prawdziwy trening siły biegowej :)
6:20? Toż to niezły śpioch jest;-)
@Emilka, w weekend ma być naprawdę wiosennie - 16 stopni i słońce! Jupiii :)
@Mauser, oj, tak! :)
@DrProctor, że kto to jest? ;)
Atrakcji ciąg dalszy: dziś rano chciałam się przeciągnąć i coś boleśnie chrupnęło mi w szyi. Efekt: po południu, mimo paracetamolu i Voltarenu, płakałam przy każdym ruchu, a wieczorem wylądowałam u Cudotwórcy, który był tak miły, że zgodził się mnie przyjąć po godzinach. Jutro idę znowu, ponieważ się załatwiłam na cacy. To tak w ramach mojego planowania czegokolwiek :-/
wow Haniu Tobie chyba nie wolno nic planować;)Musisz brać wszystko z marszu i z zaskoczenia;) dużżżooo zdrówka i pozdrowaski:)
@Tete, dobra rada - zaczynam udawać, że w czerwcu wcale, ale to wcale nie biegnę w maratonie ;) Dziękuję za życzenia i pozdrawiam.
Jak to mówią "Szacun" - ja w weekend wycofałam się z lasu widząc błoto po kostki. A jeszcze z wózkiem w to wejść?! :) Czytając jak to wybrałaś się na trening po lekkim rozłożeniu i nie najlepiej się czując a kręciłaś takie tempa, dochodzę do wniosku że chyba za bardzo się ze sobą cackam ;-) A może to bat trenerski duetu Agneiszka i Olek tak działa? :)
@Ava, nieeee, nie bat. Metody motywacyjne są subtelniejsze: sugestia, perswazja, podrażnianie ambicji ;) Poza tym zdaję sobie sprawę z tego, jak straszliwie przebimbałam zimę (w porównaniu z zeszłym rokiem), a starty coraz bliżej. Poza tym, plan układany przez A. przewiduje takie treningi, do jakich w życiu nie zmusiłabym się sama (o ile w ogóle wpadłabym na to, że trening może TAK wyglądać ;)).
Ha! To Was widziałem w niedzielę w Kabackim. Dreptałem sobie pierwszy zakres i patrzę, a tu jakaś szalona para z 30-kołowcem pogania po błocie:D Pewnie to byliście właśnie Wy:) Warunki nie są lekkie, niestety w Kabackim część ścieżek wysycha bardzo wolno i nie spodziewałbym się, że szybko się sytuacja poprawi... :/
@Krasus, wariaci, taplający w błocie wózek z dzieckiem, to na pewno my :) Jedyny suchy kawałek znaleźliśmy, jak zwykle, od strony Polany Powsińskiej, bo tam do ścieżki docierało słońce i od pól hulał wiatr. Przy Moczydłowskiej, tradycyjnie, kąpiele błotne. Ale i tak jest lepiej niż w zeszłym roku, kiedy na ścieżkach i w lesie przez długie miesiące stała woda. Pozdrawiam :)
W zeszłym roku to i latem część tras była cały czas na maksa w błocie, rower musiałem czyścić co parę dni;)
Po monsunowym lecie poziom wód opadł chyba dopiero we wrześniu ;) Przez całe lato startowaliśmy od strony Parku Kultury i Rozrywki w Powsinie i opracowaliśmy pętlę mijającą Moczydłowską i okolice. Może w tym roku lato będzie mniej, emmm, burzliwe ;)
Prześlij komentarz