niedziela, 4 września 2011

Plan lekcji

...no i mamy wrzesień, czyli powrót do szkoły, albo, w moim przypadku, do planu, czyli koniec z leniuchowaniem pt. "muszę odpocząć przed obozem" lub "muszę odpocząć po obozie". No i mam plan.

W środę był clubbing. Nasi mili trenerzy prowadzą teraz treningi otwarte. Przychodzi trochę starej ekipy, trochę nowych osób i tylko poziom wycisku pozostaje niezmienny. Tym razem, po rozgrzewce, biegaliśmy 200-metrówki. Nie musiały być robione na 100% możliwości - nacisk został położony na technikę. W moim przypadku chodziło np. o wysokie unoszenie kolan (tzn. wyższe niż przy biegu na 5 km) i wydłużenie kroku oraz poprawę kadencji. Stwierdzam, że łatwiej jest mi biec na maksa, niż pilnować swoich rąk, nóg, bioder i barków jednocześnie. Ufff... Po ośmiu dwusetkach zdejmowaliśmy buty i dwie ostatnie zasuwaliśmy na bosaka (bieganie boso po tartanie boli!!). Schłodzenie i czym prędzej do domu, bo komary cięły niemiłosiernie. Rozciąganie załatwiliśmy w domu. Nawiasem mówiąc, na Agrykoli były po prostu tłumy biegaczy!

W piątek zabrałam Ironmana na spacer do lasu. Spacer polegał na tym, że pchałam Ironmana w trójkołowcu przez 13.8 km. Teoretycznie miał to być bieg w I zakresie, więc biegłam bardzo wolno (6:18 min/km), ale obciążony wózek na nierównym podłożu daje niezły wycisk. W związku z tym trening zaliczyłabym do siły biegowej. Rozciąganie znów w domu ze względu na komary.

Sobota - pieczarkarnia, czyli małe tortury górnej połowy, bo dolnej połowie już nie ma co dowalać. Plecy, klatka, bicepsy, tricepsy i brzuch oraz dłuuugie rozciąganie. Miło. Ku mojemu zaskoczeniu, ćwiczenia na obciążeniach, które parę miesięcy temu sprawiały mi lekką trudność, okazały się nadspodziewanie łatwe. Czyżby bieganie z wózkiem i noszenie Ironmana przyczyniły się do zwiększenia mocy udźwigu urządzenia typu "matka"? Kto wie? Dzisiaj mam delikatne zakwasy w brzuchu, a poza tym nic - jakbym nie ćwiczyła.

W niedzielę wyciągnęliśmy moich rodziców na spacer do Lasu Kabackiego. Tzn. oni spacerowali z Ironmanem, a my z mężem ruszyliśmy nieco żwawiej. Teoretycznie znów miał być I zakres, ale skończyło się na biegu z narastającą prędkością, bo nogi leciały i leciały. 10.7 km w średnim tempie 5:28 min/km, przy czym ostatni km wyszedł dobrze poniżej 5 min/km. Zaskakująco lekko, przyjemnie i mało męcząco. Szkoda, że wczoraj nie dałam rady wystartować w Grand Prix Warszawy na 5 km - może byłaby życiówka? Tego już nigdy się nie dowiem, więc nie będę gdybać ani możować, natomiast na pewno wiem, że dziś biegło mi się cudownie.

Do półmaratonu zostały 4 tygodnie. Czuję, że jestem, jak na siebie, w dobrej formie. Tylko jakoś nie chce mi się brać udziału w zawodach. Łojoj...

Miłego tygodnia!

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Komary rzeczywiście nie odpuszczają. Nawet we własnym domu zostalam zaatakowana.

Chęć do startu na pewno się pojawi najpóźniej w szatni przed biegiem :)

tete pisze...

Właśnie tuż przed startem też mi się nie brać udziału w zawodach, ale jak już ruszę to mija;)Ostatnio jakoś komary mi odpuszczają :)Na połówce Haniu życiówka padnie jestem przekonany :)pozdrowionka

drproctor pisze...

Ale, że jak to Ci się nie chce?! Ty się Hanka zmuś!;-)
A tak poważniej (nieco) na nie-chce-mi-siejstwo dobrze robi uiszczenie opłaty startowej:-)

Hankaskakanka pisze...

@Ultrasetka, u nas w domu też są, a już przez kilka lat mieliśmy spokój. Z największą zaciekłością rzuciły się na biednego Ironmana.
@Tete, pewnie mi to niechciejstwo minie na linii startu, ale może być różnie, np. w Annecy długo biegłam z poczuciem "Bleeee". A potem już przestałam się skupiać na czymkolwiek poza dotarciem do mety ;)
@DrProctor, uiszczona i jedna (Bieg Olimpijski) i druga (Silesia Półmaraton) i... nic ;) Fajnie mi się ostatnio biega, ale mam niechęć do sprawdzania się w warunkach bojowych.