niedziela, 25 września 2011

Rekordy

Niedziela rekordów:

W Berlinie padł rekord świata - Patrick Makau śmignął na 2:03:38. Haile nie dobiegł do mety.

W Warszawie padł rekord trasy - John Sammy Kibet wyprzedził rywali o ponad 5 minut i zameldował się na mecie z czasem 2:08:17. Podobno jest to również najlepszy wynik ustanowiony w polskim maratonie.

Zwycięzca na ostatniej prostej wyglądał tak:


Maraton Warszawski ukończyła również rekordowa liczba uczestników (4175!). Brawa dla wszystkich, bo pogoda, choć nie tak ekstremalna jak we Wrocławiu, dawała się we znaki.

A ja ustanowiłam rekord... chyba głupoty. Po dosyć ciężkiej nocy (Ironman zasnął wcześnie i około 11 wieczorem zaczął serię pobudek pt. "Mamo, Tato, bawmy się!!") czułam się taka więcej wypluta. No ale to nadal nie wyjaśnia, dlaczego zrobiło mi się niedobrze i, excusez le mot, wyrzygałam śniadanie. Mąż twierdzi, że dopadł mnie stres przedstartowy (może - wyszłam z wprawy przez ponad 5 miesięcy), ale mnie się wydaje, że wczoraj przedobrzyłam z jedzeniem. Czy zrezygnowałam ze startu, po bolesnych nauczkach z Maratonu Poznańskiego 2009 i biegu branżowego 2010?

No co Wy!

Trochę słaniając się na nogach, popijając Colę (miałam wczoraj chyba jasnowidzenie i poprosiłam męża, żeby kupił butelkę, bo normalnie tego u nas w domu niet) i żując wafle ryżowe, pojechałam na start. Po drodze spotkaliśmy miłego Belga, który nam się zwierzył, że biegł w Maratonie Warszawskim 5 lat temu i akurat teraz znowu jest w Warszawie i nie mógł przegapić takiego fajnego maratonu. Obudziliśmy mieszkającą blisko startu rodzinę, przewinęliśmy Ironmana, zostawiliśmy zaspanej rodzinie ciuchy na zmianę i potruchtaliśmy na start. Chwilę później zagrał "Sen o Warszawie" i maratończycy ruszyli. Widzieliśmy jeszcze czołówkę kobiet (panie wystartowały o 8:42), więc mocno pokibicowaliśmy Oldze Kalendarowej - Ochal. Niestety, Olga przybiegła dopiero 3. Na ostatniej prostej wyglądała tak:


A zwyciężczyni, Ukrainka - Svietlana Stanko (2:31:28), tak:


Wracając do przygód Hankiskakanki z familią - spotkała mnie miła niespodzianka, bo na starcie podszedł do nas biegacz i powiedział, że czyta mojego bloga, który bardzo mu się podoba. Od razu poczułam się lepiej, więc pozdrawiam Cię jak najserdeczniej, Drogi Czytelniku, Którego Imienia nie Zdradzę!

Ruszyliśmy z samego końca stawki, bo nie chcieliśmy przepychać się z wózkiem przed linią startu. Okazało się to nie do końca trafioną taktyką. Musieliśmy, tak czy siak, przepychać się z wózkiem na trasie, chcąc biec swoim tempem. Ponieważ, mimo wszystko, czułam się jak własne zwłoki, wózek przejął mąż, a ja tylko miałam dawać znaki, gdybym poczuła się jak własne rozkładające się zwłoki. Tak sobie klucząc od krawężnika do krawężnika, dołożyliśmy do 8-kilometrowej trasy prawie 300 metrów.

Kurteczka na wacie, co jest w tym bieganiu, że już po paru kilometrach było mi wszystko jedno, jak się czuję - po prostu cieszyłam się pięknym dniem, biegiem ulicami Warszawy, machałam do kibiców i przebierałam nogami. Na Belwederskiej przejęłam wózek od męża, który musiał uskoczyć na bok, żeby pozbyć się plastikowego kubeczka z buta. Zrównałam się ze Spartanami, którzy akurat wydawali okrzyki bojowe. Wózek oddałam, gdy wbiegaliśmy do Łazienek, bo złapała mnie kolka. Niewiele z tych Łazienek pamiętam - było ciasno i biegłam przed mężem, torując mu drogę. Agrykola i już Myśliwiecka, na której wbiegliśmy w tor dla uczestników Biegu Olimpijskiego, zagrzewając do boju tych, którzy skręcili w tor maratoński i mieli przed sobą jeszcze 34 km zabawy z asfaltem i samymi sobą. Metę przekroczyliśmy w czasie 40:06 brutto. Nie wiem, ile było netto, bo przez chwilę nie mogłam wyłączyć Gacka spoconym od trzymania rączki wózka (podczepiłam się na ostatniej prostej) paluchem. Coś około 39 minut, może trochę mniej. Nawet nie byłam bardzo zmęczona, tylko pioruńsko głodna i bolał mnie brzuch.

Wypiłam wodę, izotonik, zjadłam przydziałową pomidorówkę (całkiem smaczna!) i poprawiłam gorącą herbatą. Poczułam się na tyle dobrze, że poszliśmy jeszcze kibicować finiszującej czołówce maratończyków. Tak nam się spodobało, że powrót do domu zaczęliśmy kilka minut po odprowadzeniu wzrokiem pacemakera na 3 godziny.

Aha, Ironman pobił rekord praktycznego zastosowania technik relaksacyjnych na zawodach. Zasnął w połowie trasy.

Mąż pobił rekord cierpliwości. Znowu zniósł kilogramy mojego jędolenia na metr bieżący trasy.

I tak nam minęła sportowa niedziela.

Teraz dla odmiany boli gardło. Mam nadzieję, że to tylko zdarte kibicowaniem struny głosowe.

Miłego tygodnia życzy Wam rekordowa hipochondryczka.

10 komentarzy:

drproctor pisze...

Gratulacje szczególnie dla Ironmana - zrobić życiówkę przesypiając połowę trasy będzie mu z wiekiem coraz trudniej..;)

Unknown pisze...

Ale fajnie! Pomimo porannych problemów! No i gratuluję młodemu człowiekowi udanego biegowego debiutu :-)

tete pisze...

Brawa i gratki dla Rodzinnego Teamu:)pozdrawiam serdecznie:)

Marcin pisze...

To nie obijanie się od krawężników. Ta trasa naprawdę miała 8,3 km, nawet dla tych biegnących bez zakosów. Pozdrawiam!

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, chętnie sama robiłabym w ten sposób życiówki!
@Emilia & Tete, rodzinnie dziękujemy :)
@Marcin, jesteś trzecią osobą, której wyszło 8,3 km, czyli to chyba rzeczywiście było 8 km z bonusem ;)

A, jestem oficjalnie przeziębiona. Start w połówce pod znakiem zapytania. Jednak jesień nie jest moją porą na starty ;)

dadziap pisze...

Ta ósemka na rozgrzewkę to całkiem przyzwoity wynik ;)
Zdrówka życzę bo przyzwyczaiłam się do myśli, że będziesz na Silesii. Ania musiała zrezygnować z Poznania, teraz Ty...
mleko, miód, czosnek i co tam jeszcze

Hankaskakanka pisze...

Dadziu, szanse na półmaraton topnieją :( Chyba pobiegnie tylko mąż, a ja będę kibicować.

Marcin pisze...

Hanka, znam jeszcze jedną osobę, której wyszło 8,3 z GPSa, a ja to sprawdziłem po prostu na mapce w necie. Równe 8,3 :)

Ava pisze...

No to niezły początek dnia przed biegiem miałaś, ale jak widać nie wymiękasz :) i to mnie przekonało żeby też 2 października nie wymiękać. Szybkiego wyleczenia z przeziębienia życzę - co to jest z tymi przeziębieniami że się przyplątują w tygodniu przedstartowym, koszmar jakiś :)
No i gratulacje za bieg. A Ironman zawsze zasypia w Joggerze?

Hankaskakanka pisze...

@Marcin, no to moje zakatarzone ego doznało pociechy, bo biegło po 4:43 min/km z dużym zapasem mocy, mimo burzliwego poranka ;)
@Ava, tia, ten poranek był ponoć zwiastunem wirusa, który teraz objawił się pod postacią masakrycznego kataru. No nic, przyzwyczaiłam się, że w tym roku mam ze startami pod górkę. Ale jak się w przyszłym roku z górki rozpędzę... ;-) Jeśli chodzi o zasypianie, tak, przeważnie zasypia w trakcie biegu, chyba że go weźmiemy na jakąś hardcorową trasę, tak jak w Górach Izerskich, po dnie wyschniętego strumienia :) Wtedy zgłasza zastrzeżenia do poziomu obsługi firmy transportowej "Mama & Tata".
Grzej zatoki i powodzenia w niedzielę!

Ja już na 100% wystąpię tylko w charakterze kibica i fotografa. Też fajnie, choć nie tak miało być.