W każdej pracy, przed każdym urlopem dochodzę do wniosku, że pewne rzeczy są niezmienne. Np. to, że urlop (i nie mówimy tu o półrocznej wyprawie od bieguna do bieguna, ani o 80 dniach dookoła świata, tylko o 6 dniach roboczych) łączy się z nagłym nawałem pracy, która jest absolutnie-najpilniejsza-na-świecie. No nic. Po raz kolejny zacisnęłam zęby i powtarzałam sobie mantrę z 35 kilometra maratonu "Już niedaleko". No a na mecie - wiadomo - same rozkosze, więc można jeszcze te 7 kilometrów wytrzymać.
Z tego wszystkiego znów miałam galimatias treningowy i w końcu jeden większy trening zostawiłam na niedzielę. Czeka mnie zatem mocny start w górach: najpierw test nóg na stoku, a potem 2 x (20 min easy + 20 min po 5:00 min/km) + 3 km schłodzenia. Będzie po czym odpoczywać, zwłaszcza że wszystko to będzie działo się na znaczącej (dla mojego nizinnego organizmu) wysokości oraz bez odcinków płaskich.
Z historii treningowej mijającego tygodnia:
W nocy z poniedziałku na wtorek kiepsko spałam, bo układałam sobie w głowie to, co mam zrobić we wtorek, środę i czwartek oraz martwiłam się, że nie mogę zasnąć. Tia. No więc wstałam przed 6 i wyszłam na małe rozbieganie. Wyszło 9 km, ale nie wiem w jakim tempie, bo Gackowi padła bateria, co odkryłam już na ulicy. Chyba trochę powyżej 6 min/km. Znów miałam ciężkie nogi i przysypiałam po drodze. Jakąkolwiek energię poczułam dopiero po 7 czy 8 km. Za to śniadanie było pyszne i zjadłam je z ogromnym apetytem (jajecznica!)
W środę wieczorem miałam zrobić trening, który przełożyłam na niedzielę. Wróciłam bardzo zmęczona po kolejnym długim i trudnym dniu. I wściekle głodna. Chyba wiadomo, do czego zmierzam? Bieganie przegrało z kolacją i w miarę wczesnym pójściem spać.
Ze względu na trening piątkowy (długie wybieganie), w czwartek zrobiłam malutki treninżek (jest takie zdrobnienie?), który miał być takim tam rozbieganiem aklimatyzacyjnym przewidzianym na niedzielę. 6 km wolno i 8 przebieżek po 30 sekund. Wszystko fajnie, ale rano padał deszcz. W trybie pilnym zebraliśmy się na wycieczkę do siłowni, a tam niespodzianka - nowe bieżnie bez telewizorków, więc nawet wiadomości ze świata nie obejrzałam i z nudów wpatrywałam się w zawieszony pod sufitem ekran, na którym panie prezentowały najpierw zalety cudownego środka przeciwko trądzikowi, a potem - jeszcze cudowniejszej mikstury przeciw zmarszczkom. Dobrą stroną całego wyjścia był to, że bardzo skrupulatnie się rozciągnęłam, a pospinana jestem strasznie. Mniemam, że od jednostki treningowej pt. rozpłaszczanie pupska za biurkiem.
Piątek: wreszcie urlop i wycieczka do Lasu Kabackiego z zamiarem przebiegnięcia 35 km. Wyszło 31 km czołgania się (średnie tempo 6:38 min/km - zgroza) w błocku, dziwnym trafem zawsze pod wiatr. Biegło mi się fatalnie - jednak parę tygodni na najwyższych obrotach wzięło swój odwet. Jestem padnięta i trochę przygnębiona i w ogóle - szkoda gadać. Chyba pół godziny czyściłam buty, które po treningu wyglądały tak:
A teraz, w ramach regeneracji, przygotowuję nas do wyjazdu na narty, więc macham i odmeldowuję się na kilka dni. Może wrócę w lepszej formie?
piątek, 11 marca 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Oo, a myślałam, że tylko ja tak mam (miałam) z urlopami...
Miłego zjeżdżania :)
Tak, urlopy tak mają. Baw się dobrze :-)
35 km w planie treningowym? to działa?
miłego urlopu :)
Zajrzalem do ciebie i jestem troche zszokowany - jestes pewna ze jestes Hanka Skakanka a nie Hanka Bieganka? Plone wstydem - jutro ide na silownie.Zobacze ile mi sie uda przebiec... :)
miłego wypoczynku, regeneracji i świetnej formy :)A mówią, że najprzyjemniejsze są dni przed urlopem. Czeka się z utęsknieniem, marzy jak to będzie fajnie itd. Bo już na urlopie to dzień za dniem leci i ani się człowiek nie obejrzy trzeba wracać do roboty hi hi pozdrowaśki
Dochodzę do siebie po powrocie i rzucam się na internet (8 dni postu ;-)).
@Midi, myślę, że to szerzy się jak zaraza :(
@Emilia, dziękuję! Bawiłam się świetnie :)
@Zinow, również dziękuję. Co do działania, moja Szefowa alias Autorka Planu stwierdziła, że to jest trening mojej głowy :)
@Arek, miło, że zajrzałeś i zapraszam na stałe :)
@Tete, no tak, przyjemnie jest wiedzieć, że ten kołowrotek kiedyś się zatrzyma ;-)
Jak tylko odpocznę po dłuuuuuugiej drodze i ogarnę góry prania oraz to, co zapewne czeka na mnie w pracy, napiszę solidną relację. Na razie zdradzę tylko, że wylosowaliśmy tydzień najgorszej pogody w tym sezonie, więc warunki do jazdy na nartach były dość, ekhm, wymagające. Do biegania, zresztą, też. Ale i tak było superowo :D
Prześlij komentarz