Jestem mocno zmęczona, więc z góry przepraszam, jeśli post będzie chaotyczny albo coś.
Melduję zakończenie 11-go tygodnia biegania z planem. Nie było łatwo - w miarę przybliżania się urlopu, rośnie ilość i intensywność pracy. Nawet nie wygospodarowałam czasu na siłownię, ale nie martwię się tym, bo swoją siłę już odpracowałam, a 7 dni na nartach też powinno dołożyć małą cegiełkę do tego, co budowałam całą zimę. W przyszłym tygodniu będę unikała siłowni celowo, ale o przyszłym tygodniu napiszę, kiedy już się skończy.
Po fantastycznym środowym wieczorze na Agrykoli nadeszły 2 dni biegowej posuchy i intensywnej pracy. Trening, który miałam zrobić w piątek zrobiłam w sobotę. Rano wybiegliśmy sobie na wycieczkę po mieście i w 3 dzielnicach wytruchtaliśmy 13 km (miało być 15, ale czas nie pozwolił na więcej) w tempie 6:11 min/km. Tego treningu nie zaliczyłabym do udanych, bo czułam się ociężała, bolała mnie głowa, a poza tym trzeba było walczyć z bardzo silnym i nieprzyjemnym wiatrem.
Przemiłą rekompensatą za taki byle jaki trening była wizyta u pedikiurzystki, która z moich wymęczonych stóp, ozdobionych schodzącym, czarnym paznokciem (paznokieć rekordzista - schodził już chyba 3 czy 4 razy!) i odciskiem, zrobiła stopy wypoczęte i wylaszczone. Aż szkoda było je pakować w grube skarpety i trampki.
Na niedzielę plan pokazywał kolejny trening z galerii potworów: 2 km rozgrzewki, 120 minut w tempie maratonu (5:27 min/km), 2 km schłodzenia. Podczas bardzo niemrawej rozgrzewki zauważyłam, że cosik moje wylaszczone stopy, obute w wysłużone trailówki, rozjeżdżają się na wszystkie strony po tym, co pokrywa ścieżki w Lesie Kabackim. No cóż - trening jest trening, umęczyć się zawsze można - jedziemy.
Pobiegliśmy tzw. dużą pętlą, czyli przy Polanie Powsińskiej (która w tym tygodniu trafiła do kronik kryminalnych, ale o tym za chwilę), zamiast skręcić w prawo i pobiec dalej przez las, pobiegliśmy prosto, czyli okrążyliśmy Polanę od wschodu i południa i wbiegliśmy do lasu z powrotem przy tzw. bramie z butelkami. Następną pętlę zrobiliśmy już po trasie Grand Prix Warszawy, tylko w odwrotnym kierunku, a na koniec jeszcze ok. 1.5 km "naddatku". Śliska nawierzchnia była dla mnie bardzo dużym wyzwaniem, bo miejscami miałam wrażenie, że biegnę na maksa stojąc w miejscu (pamiętacie scenki z psem Pluto na lodowisku?). Po 90 minutach jazdy figurowej bolał mnie już każdy kawałeczek mojego mizernego jestestwa. Po 110 minutach stwierdziłam, że chyba padnę, ale zacisnęłam zęby i starałam się nie zwalniać, choć wlazł mi jakiś wybitnie nieprzyjemny i kłujący ból w prawy bark. Poddałam się po 117 minutach - po prostu stanęłam w miejscu i stwierdziłam, że nie dam rady zrobić ani kroku dalej. No trudno. Poszuraliśmy jeszcze powolutku w stronę samochodu i cały trening zamknął się w 24.5 km, ze średnim tempem z całości 5:38 min/km oraz średnim tempem ze 117 minut: 5:27.6 min/km (tak mi wyszło z obliczenia przy pomocy kalkulatora ze strony marathonguide.com).
Tempo z poszczególnych kilometrów wyglądało tak: 5:33, 5:28, 5:23, 5:32, 5:28, 5:22, 5:23, 5:25, 5:30, 5:24, 5:38, 5:32, 5:20, 5:25, 5:23, 5:44 (!), 5:18 (!), 5:24, 5:36, 5:25, 5:26. Wyraźnie widać, gdzie było szczególnie ślisko, a gdzie trafiał się trochę lepszy kawałek gruntu.
Byłam trochę załamana, że utrzymanie tempa maratońskiego okazało się tak trudne, ale mąż przypomniał mi, co kiedyś mówił nam pewien trener - tempo na śliskiej nawierzchni lub w śniegu jest średnio o 10 nawet do 20% gorsze niż na nawierzchni o dobrej "nośności". Hm... Gdyby przyjąć, że dzisiejszy trening kosztował mnie 10% tempa więcej, to znaczy, że zrobiłam życiówkę w półmaratonie, biegnąc przez 21 kilometrów z wysiłkiem przynależnym tempu 4:56 min/km ;-) I w ten sposób mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego jestem tak zmęczona, że nie mam siły, żeby zwlec się z kanapy po kolejną szklankę wody albo herbatę. Jeśli miałabym przyznać tytuł Najbardziej Wykańczającego Treningu z dotychczasowego planu, dzisiejszy wygrywa bezdyskusyjnie, zostawiając całą konkurencję daleko w tyle. Zobaczymy, jak będzie wyglądało podium po 35-kilometrowym wybieganiu, które czeka mnie w przyszłym tygodniu.
Aha, a propos Polany Powsińskiej: makabra. Ciarki przechodzą po plecach.
I tym okropnym akcentem kończę zwierzenia niedzielne, życząc wszystkim, aby nadchodzący tydzień obfitował w miłe zdarzenia.
PS. Czy ktoś wie, co się stało z pogodą? W ciągu całego treningu mieliśmy albo oślepiające słońce, albo zadymkę śnieżną plus syberyjskie podmuchy w tzw. gratisie.
niedziela, 6 marca 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
7 komentarzy:
Ha, widzę, że mamy podobne wrażenia z dzisiejszego biegania po Lesie Kabackim. Też się ślizgałem, wszystko mnie bolało, a pogoda nieustająco zadziwiała.
Nawet Was w lesie widziałem, przecięliście drogę jakieś 50 m przede mną, ale w tempie, które zdecydowanie uniemożliwiało dogonienie ;)
O, szkoda, że się nie spotkaliśmy na którymś torze lodowym ;) Strach pomyśleć, jaka znów będzie topiel, gdy cały ten lód puści!
U nas też wszędzie dookoła ślizgawka. Gruba warstwa pięknego przezroczystego lodu, a fakt, że posypany żwirkiem, niewiele pomaga. Zaopatrzyliśmy się w kalosze za radą "miejscowych"...
Dzielna z ciebie kobieta! W sensie tych prędkości i dystansów :)
A dokąd jedziesz szusować?
PS. Na priv to ja poproszę namiary pedikiurzystki co się umie zająć stopami biegaczki :) Nie ma to jak marketing szeptany i referencyjny!
@Midi, kalosze na ślizgawicę? Takie z łańcuchami jak na opony? ;-)
@Ava, już wszystko napisałam na priv. Na narty jadę tam, gdzie rok, dwa, trzy i cztery lata temu :) Na razie mam nadzieję, że dożyję do wyjazdu - dziś spędziłam 8 godzin w sali konferencyjnej bez okna :(((
no no masz Haniu prawo być zmęczona, ale jak odpoczniesz to na maratonie życiówka na 100% :) pozdrowionka
Tete, do tego odpoczynku niby blisko, a wydaje się, że jednak daleko ;)
Prześlij komentarz