Wczoraj jeszcze mnie trzymało. Ale rano obudziłam się dziwnie wyspana i jeszcze dziwniej energiczna. Trochę pokręciłam się po domu, zjedliśmy śniadanie, zaczęłam tęsknie spoglądać w stronę canarinhos, porzuconych w przedpokoju i czekających w gotowości bojowej. Odczekałam jeszcze parę godzin i w końcu stwierdziłam, że chyba ze mną lepiej, a jeśli znowu zostanę w domu i nie pobiegam, to chyba dostanę hysia. Wiadomo było, że zaplanowanego 20-kilometrowego wybiegania świeżo po infekcji lepiej nie robić, ale może chociaż połowę... Może trochę drugiego zakresu?
No i jakoś tak nieprzyzwoicie późno ruszyliśmy do boju. Najpierw delikatnie, truchtem - tętno w porządku, żyję, a energia dalej mnie roznosi. Po 1.5 km ruszyłam raźno i zrobiłam wczorajszy trening, tzn. 7 km w drugim zakresie. Nie wiem, czy to zasługa wyspania się, czy hurtowych ilości witaminy C i soku brzozowego z żurawiną, którymi raczyłam się przez ostatnie dni, ale kilometr za kilometrem wychodziły w średnim tempie 5:15 min/km. Gdy na ekranie mignęło 8.5 km, zwolniłam do truchtu i dopiero poczułam, że dałam sobie w kość.
W domu rozciągnęłam się, wciągnęłam miskę znakomitego chłodniku (debiut męża!) i... nawet nie wiem, kiedy i jak minęła reszta dnia.
Mimo wszystko, żałuję, że nie zrobiłam dziś wolnych 20 km, zwłaszcza, że umawiałyśmy się na wspólny trening z Quinoamatorką w charakterze rowerowego przewodnika po Puszczy Kampinoskiej. Mam jednak nadzieję, że uda nam się to wkrótce nadrobić!
niedziela, 25 lipca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Haniu, właściwie pasowałoby tu porzekadło: Co się odwlecze, to nie uciecze, ale... umawiamy się już od tak dawna, że przestaję wierzyć, że kiedyś wreszcie uda nam się spotkać w celu wybiegania/wyjeżdżenia ;)
Chłodnik, fiu fiu, mąż się rozkręca :)
Oj, weszłaś mi na ambicję, kochana ;) Nam się nie uda?!
Gratuluję: końskie zdrowie i takaż kondycja - ja miewam infekcje rzadko, ale zawsze na wszelki wypadek daję sobie spokój na 4-5 dni, niezależnie od samopoczucia.
To mi przypomina rozmowę z Gosią Sobańską sprzed kilku miesięcy. Mówię "wiesz, ja to nie teraz biegam, mam zapalenie achillesa" (tłumacząc się po ekidenie). Na co Gosia z pełnym zrozumieniem: "ja też miałam niedawno zapalenie achillesa, cały tydzień nie biegałam".
Cały tydzień? ;))
A ja mam żelazną zasadę niebiegania na antybiotyku, z zapaleniem zatok, z kaszlem i z gorączką. Poza tym, zależy od samopoczucia ;)
Ech sportowcy, sportowcy - boli, a oni swoje. Jeszcze dżudoką za młodu (za studenta) będąc mawialiśmy, że jak nic nie boli to albo dawno na treningu nie byłeś, albo nie żyjesz;)
A tak z innej beczki - czy dziś aby nie są imieniny Hanekskakanek. No bo jeśli tak to "Zdrowia, z drowia i jeszcze raz pieniędzy!" A jak nie... to też:)
Były - dziękuję :) Ponieważ moje imieniny przypadają w dość krótkim czasie po urodzinach, zazwyczaj mijają mi prawie niepostrzeżenie :)
Prześlij komentarz