środa, 14 lipca 2010

Gacek, Iniesta i Barcelona

O Gacku będzie za chwilę. Na razie fotorelacja z kolejnej podróży. Zwłaszcza, że tym razem byłam w mieście dla mnie nowym - w Barcelonie, a podwójnie zwłaszcza, że jeden z dni pobytu przypadł na finał Mistrzostw Świata, w którym Hiszpania biła się o złotą patelnię z krajem wiatraków i tulipanów. Marny ze mnie kibic, bo większość MŚ przejęczałam, że mecze są nudne. Ale kiedy odpadła squadra azzurra, której kibicuję ze względów sentymentalnych, kiedy w ślady ragazzi italiani poszli również Canarinhos, a w oczy zajrzał strach w postaci Niemców z pucharem, zaczęłam zdalnie kibicować Hiszpanom. Doszło nawet do tego, że obejrzałam drugą połowę półfinałowego meczu z Niemcami. Całą drugą połowę, choć zarzekałam się, że nie będę.

Na razie może wystarczy dyletanckich zwierzeń futbolowych. Wróćmy do Barcelony.

Sobotnie popołudnie na Rambla

Wianuszek wokół fontanny na Placa Reial. Panowie z lewej mają na plecach flagi Katalonii.

Port Vell

Wejście do portu

La Pedrera

Parc Guell

Jeszcze raz Parc Guell

Widok na Barcelonę ze wzgórza Tibidabo

Po pierwszej połowie jest 0:0

Iniesta właśnie został bohaterem narodowym

Mury miasta

Widoki z poniedziałkowej ścieżki biegowej

Nie pamiętam kiedy przeszłam tyle kilometrów w porównywalnym upale (codziennie powyżej 30 stopni), ale było warto. Przeliczyłam się tylko ze swoimi możliwościami i nie doceniłam wielkości miasta, dlatego bardzo będę chciała do niego wrócić, o ile tylko spotka mnie taka możliwość. Nie byłam na wzgórzu Montjuic, nie widziałam zabudowań olimpijskich ani pawilonu Miesa van der Rohe, obok Sagrada Familia przemknęłam tylko autobusem, itepe itede. 

Za to pomagałam Hiszpanom w kibicowaniu ich drużynie i przebiegłam 14 km wzdłuż plaży, umierając z gorąca. Z widokami jak na powyższym zdjęciu. W przebieżce towarzyszył mi mąż i nowy członek naszej biegowej rodziny - Gacek.

Gacek jest fantastyczny. Mierzy czas, odległość, ma GPS, pulsometr, a kiedy podłączę go do komputera, na animowanej mapie pokazuje moją trasę, różnicę wzniesień i tempo. Oficjalnie nazywa się Garmin 310TX, ale to prawie jak R2D2 i w jakoś w ogóle nie bardzo jak na towarzysza mojego biegania.

O którym, zresztą, napiszę w oddzielnej spowiedzi. 

2 komentarze:

Zielenina pisze...

ech, zazdraszczam. Miałam jeden dzień na zwiedzanie Barcelony i też latałam jak z pieprzem :) Ale 14 km po plaży nie przeleciałam ;-)

Hankaskakanka pisze...

Na mapie wydawała się taka malutka ... ;)