sobota, 26 sierpnia 2017

Domaty.blogspot.com

Jeśli ktoś zagląda na FP na fejsbuczku, zapewne trudno było temu komuś przeoczyć, że ostatnio mam nowy nałóg. Nałogowi temu na imię "joga" i jest dla mnie zbawieniem w czasie, w którym teoretycznie wolno mi wszystko, ale w praktyce to "wszystko" wygląda mizernie.

Bo tak:

Rower: czy na pożyczonym, czy na moim, kończy się tak samo, tzn. boli. Nie chodzi o typowe bóle obitego siodełkiem pupska, tylko o to, co wyrabia się z moim uciśniętym kręgosłupem i nerwami. No niefajnie się wyrabia, więc rower już odpuściłam i pozwalam sobie tylko na naprawdę malutkie i dostojne przejażdżki (do 10 km). A taka szkoda, bo właśnie przestałam zaciskać kurczowo hamulce przy zjazdach z górek... (życiowe osiągnięcie!)

Bieganie: czasem boli w trakcie, czasem przestaje po 3-4 km, ale nauczona doświadczeniem nie biegam więcej niż 5-7 km, bo bieganie powoduje ból odroczony w czasie. Po godzinie - dwóch zaczyna napierniczać, niezależnie od rozciągania, piłeczkowania, czy wałkowania. Nowienc biegam raz na parę dni, niewiele, powolutku.

Siłownia: po siłowni boli najbardziej, więc odpuszczam aż do momentu, gdy dostanę zielone światło po operacji.

Boli, gdy dłużej chodzę, siedzę lub stoję. Nawet, gdy leżę długo w jednej pozycji, też boli.

Dobra, nie o moim cierpiętnictwie ma być tu mowa, tylko o jodze, czyli jedynej aktywności ruchowej, która nie tylko nie powoduje bólu, ale go całkowicie uśmierza. I jeszcze sprawia mi ogromną frajdę.

Po raz pierwszy w życiu chodzę na zajęcia z ashtangi - do tej pory chodziłam do szkół jogi Iyengara. Jaka jest między nimi różnica? W bardzo dużym uproszczeniu: joga Iyengara jest raczej statyczna, a ashtanga dynamiczna. Podkreślam: w bardzo dużym uproszczeniu.

W czerwcu chodziłam głównie na zajęcia "szczęśliwy kręgosłup", prowadzone przez instruktorów jogi, którzy są również fizjoterapeutami. Dzięki tym zajęciom uwolniłam się (przynajmniej do wyjazdu do Szwajcarii) od bólu i poznałam asany, dzięki którym mogę sobie doraźnie pomagać w domu. Zaglądałam też na zajęcia "regeneracja" (choć, w zależności od prowadzącego, jedne były rzeczywiście regenerujące, a z innych wychodziłam zlana potem) i na vinyasę.

Co to jest vinyasa? Joga vinyasa to dynamiczne przejścia pomiędzy poszczególnymi asanami (flow), w których ruch dostosowujemy do oddechu. W wydaniu zaawansowanym przypomina to trochę układy gimnastyczne. W wydaniu moim - daje poziom zmęczenia podobny do ostrego treningu funkcjonalnego, rozluźnienie w całym ciele i zakwasy jako syndrom dnia następnego. Napiszę tylko, że w trakcie sesji odpoczywa się w psie z głową w dół.



Zdjęcie ze strony socialhermit.me

A ja w trakcie zajęć czasem wyglądam tak:


Rysunek autorstwa Pawła Ponurego Żukowskiego

W jogę i wybieranie różnych zajęć wciągnęłam się do tego stopnia, że w ostatnio pobiłam rekord: w ciągu 7 dni byłam w szkole jogi 5 razy. I, co jest jeszcze większym osiągnięciem, namówiłam na wspólne zajęcia dla początkujących mojego męża. Który, uwaga, uwaga, wykupił sobie karnet i poszedł 2 dni później sam na zajęcia "szczęśliwy kręgosłup".

Uwierzcie mi, kręgosłup po każdych zajęciach jogi jest szczęśliwy.  

A, kiedy poczułam się już na tyle mocna, żeby spróbować kolejnego stopnia wtajemniczenia, umówiłam się z koleżanką na poranne zajęcia Mysore. Te zajęcia przygotowują do indywidualnej praktyki jogi. Są przeprowadzane w kompletnej ciszy, instruktor robi tylko indywidualne korekty i patrzy na ćwiczących, natomiast każdy jest sam ze swoją matą. Zaczynamy od delikatnej rozgrzewki: kocie grzbiety, itd., żeby kręgosłup od razu nie dostał mocnego bodźca podczas powitania słońca. A później takie misie, jak ja jadą, z pierwszą serią (doszłam do pierwszej asany w piątej linijce):


Obrazek z pinterest.com

Obok mnie ćwiczyła pani, która była chyba zrobiona z kauczuku, a brzuch i plecy miała z tytanu!

Mój chaotyczny post kończę przesłaniem: jeśli ciągle łapiecie kontuzje, bolą Was kręgosłupy, ITBSy i inne cuda, spróbujcie jogi. Najlepiej w dobrej szkole, pod okiem instruktora. Nie martwcie się tym, że nie jesteście rozciągnięci, nie umiecie zrobić mostka ze stania albo szpagatu: na zajęciach nikt Was nie ocenia, przychodzący ludzie mają tak różny stopień sprawności, że trudno nawet wyciągnąć jakąś średnią, instruktor skoryguje Wam pozycję tak, żebyście zrobili ją jak najbardziej prawidłowo, ale bez bólu i bez ryzyka zrobienia sobie krzywdy. Do ćwiczeń nie trzeba żadnego specjalnego stroju (choć są firmy produkujące przepiękne ciuchy jogowe) - sama ćwiczę w ubraniach biegowych, a znam wielbicielki bawełnianych dresów i koszulek. Ubranie ma być wygodne i nie krępować ruchów.  Matę do jogi można wypożyczyć w szkole, zanim zainwestuje się w swoją. Ćwiczymy boso, więc nie trzeba inwestować w kompresję ani buty z bieżnikiem, dropem i pianką. 

Na zachętę dodam, że do praktykowania jogi przyznają się: Emelie Forsberg, Lizzy Hawker, Rory Bosio, Scott Jurek i Timothy Olson. 

Namaste! 


Brak komentarzy: