W zasadzie liczyłam się z tym, że coś "pyknie" od weekendu majowego, kiedy pyknął Achilles i okazało się, że mam stan zapalny w samym ścięgnie i w kaletce. Skąd? Dlaczego? Przeczekałam przepisową przerwę na wyleczenie stanu zapalnego, chodząc tylko na siłownię i jogując w domu oraz stawiając się 1-2 razy w tygodniu na męczarnie u osteopaty. Pierwsze roztruchtanie (5 km) zakończyłam łzami radości, bo wreszcie nie bolało. Powoli wchodziłam w przerwany trening, gdy pojawiła się kolejna atrakcja: spięty gruszkowaty, co oznaczało p tworny ból półdupka, promieniujący na całą nogę, aż do stopy. Pojawiły się nieciekawe teorie na temat kręgosłupa. Wróciłam na jogę - już nie w formie chałupniczej, ale w dobrej szkole. Zajęcia "szczęśliwy kręgosłup", "vinyasa" oraz "regeneracja" oblatywałam tak regularnie, jakby w nagrodę dawali tam słoiki z małosolnymi. Ból ustępował, w czym pomagały mu również regularne osteotortury. Biegałam, chodziłam dalej na siłownię, wydawało mi się, że jestem w dobrej formie - na pewno w najlepszej formie siłowej wszechczasów. Oglądałam co wieczór profil trasy i mapkę, sprawdzałam prognozy pogody: normalka przed zawodami.
W zasadzie gdzieś w tyle głowy dzwoniło mi ostrzeżenie przyjaciółki, która Alpy w kantonie Valais schodziła w towarzystwie urodzonego w Valais męża: że jeśli będzie słońce i ciepło, to będzie piekło, że to są trudne góry, itp. itd.
I wtedy stała się podróż.
No cóż - francuska część Szwajcarii jest dosyć daleko od Warszawy, zatem rozbiliśmy podróż na 2 dni. Już po pierwszym, gdy zatrzymaliśmy się na nocleg w północnej części Bawarii, czułam się pospinana i obolała. Przeszliśmy się, rozciągnęłam się - liczyłam na to, że przejdzie. Następnego dnia podróż trwała wieki, ze względu na niezliczone remonty autostrad w Niemczech oraz straszne korki w okolicach Zurychu. Ostatnią godzinę drogi spędziłam modląc się, żeby dojechać jak najszybciej, bo ból był nie do zniesienia. Znów bolał mnie tyłek i cała prawa noga, stopa drętwiała - masakra.
Wieczorem zaliczyliśmy spacer z przyjaciółmi i ich psem po okolicznych wzgórzach, rozciągnęłam się, a A. umówiła mnie na następny dzień do miejscowego osteopaty. Który, jak się okazało, mówił fantastycznie po włosku, więc bez problemów przedstawiłam mu mój tyłkowy problem oraz plany na nadchodzącą sobotę. Nie wiem, jak to zrobił, ale po godzinie nie bolało mnie nic. Tylko uprzedzał, że ból może wrócić, bo napięcie jest bardzo duże i pochodzi od... stopy. Tej, która była złamana 5 (słownie: PIĘĆ) lat temu.
Jak powiedział, tak się stało, ból wrócił następnego dnia, tylko w znacznie mniejszym natężeniu.
I wtedy stał się piątek i trzeba było jechać do Verbier, bo, mimo wszystko, postanowiłam spróbować.
W potwornym upale dojechaliśmy do Le Chable, w którym zlokalizowano expo i biuro zawodów. No i pierwszy zonk: szłam z kilometr z plecakiem z wyposażeniem obowiązkowym, a na miejscu okazało się, że nikt nic sprawdzać nie będzie (choć w regulaminie było napisane, że będą przed wydaniem numeru) i wystarczy podpisać się pod oświadczeniem, że ma się to wyposażenie. Oj, trochę to mało szwajcarskie, noale.
Zakwaterowaliśmy się w Verbier, zjedliśmy kolację, przygotowałam rzeczy na rano i spać, spać, spać, bo przez cały tydzień, w związku z bólem tyłka, stresem i komarami, spałam bardzo mało.
I wtedy stał się start.
Mój bieg, Traverse'e startował z uroczej wioseczki La Fouly, położonej w Val Ferret. Było słonecznie, bardzo ciepło i tłoczno. Moje chłopaki mnie uściskały i poszły do strefy kibiców, a ja stałam, czekając na start i odprawiając swoje myślowe rytuały przedstartowe. Ruszyłam spokojna i ciekawa, tego, co mnie czeka.
Najpierw był asfalt, idący leciutko w górę. Można było truchtać, choć palące słońce zniechęcało do większego wysiłku. Po kilometrze zyskałam koleżankę - miłą Valerie z Genewy, która zapytała, czy możemy biec razem i truchtałyśmy obok siebie, gawędząc mieszanką angielskiego i francuskiego. A po 2 czy 3 km, w miejscu w którym asfalt przeszedł w szutrową drogę, zdarzyło się to, czego się obawiałam: pykło. Nie w Achillesie, nie w tyłku - w dolnej części kręgosłupa. Nieprzyjemny, promieniujący ból. Taki, jaki towarzyszył mi przez ponad 30 km na moim pierwszym biegu ultra - Maratonie Gór Stołowych (w wersji rozszerzonej) w 2013 roku.
Co tu robić? Wracać? Nie, spróbuję, może przejdzie.
Szutrowa droga robiła się coraz bardziej stroma i zwęziła się do ścieżynki, po której wspinaliśmy się gęsiego. Troszkę przyspieszyłam, zostawiając Valerie gdzieś z tyłu. Chciałam znaleźć się jak najszybciej na górze, licząc na jakiś chłodniejszy powiew i ulgę od narastającego upału. Od czasu do czasu rozglądałam się dookoła, podziwiając widoki jak z bajki. Po 7 km ból stał się tak silny, że zeszłam na pobocze i usiadłam. Jeszcze 5 km do przełęczy św. Bernarda. Dam radę?
Ruszyłam dalej. Coraz stromiej pod górę, po kilkuset metrach ból wrócił. W górę, w górę, w górę. Dotarłam wreszcie do przecudownego miejsca - Lacs de Fenetre, granatowych jeziorek otoczonych ośnieżonymi szczytami na wysokości 2500 m npm. Zatrzymałam się, żeby zrobić zdjęcia i znów dać chwilę odpoczynku mojemu kręgosłupowi. Po chwili natrafiłam na grupkę kibiców, którzy oferowali nam, zawodnikom, białe wino. Dwóch chłopaków przyjęło poczęstunek, ja odmówiłam ze śmiechem. "Ale, madame, mamy też różowe!" Nie skusiłam się, choć może było trzeba. Za to zrobiłam im zdjęcie.
Jeszcze chwila podchodzenia i wreszcie wspięłam się na Col de Fenetre (2698 m npm), z której schodzi się na włoską stronę i można podziwiać cudowny widok na Val d'Aosta. 9,4 km z przewyższeniem 1125 m.
I wtedy przyszedł sms.
Już niedaleko do bufetu na przełęczy św Bernarda, a tam będą moje chłopaki i nasi przyjaciele. Juhuuu! Sięgam po telefon "Jest straszny korek. Nie dojedziemy na przełęcz. Do zobaczenia w Bourg S. Pierre". Aha. Robię przegląd zapasów w plecaku - jeśli punkt św Bernarda nie będzie miał żadnych rodzynek, ciastek, bananów, itd., do odległego jeszcze o 16-17 km Bourg St Pierre mam do dyspozycji garść rodzynek, kilka galaretek i 1 żel pomidorowy. Wypas.
Zbiegam wąską ścieżką, zsuwam się coraz śmielej po płaskich głazach, przeskakuję przez wąskie strumyczki. Spotykam włoską rodzinę z dwójką malutkich dzieci "Vai, Anna, vai!". Jeszcze trzeba przejść przez szosę, wspiąć się pod górę w nieziemskim upale i palącym słońcu i jest punkt. Ufff.... Są przekąski! Szukam miejsca do siedzenia, bo plecy napierniczają, ale zostaje mi tylko podłoga. Więc siadam z kubkiem coli, pomarańczami, rodzynkami, ostatnim kawałkiem banana i patrzę na zwycięzcę trasy X-Alpine, który właśnie przybiegł i posila się.
Dobra, chłopaków nie ma, przyjaciół nie ma, trzeba lecieć dalej. W miarę płasko, więc biegnę, mam doping kibiców, dopadam do ścianki, którą będziemy się wspinać do najwyższego punktu na trasie - Col de Chevaux. W połowie podchodzenia znów muszę zrobić przystanek, bo strasznie boli. Dociera do mnie, że nie przebiegnę całej trasy. Liczę godziny, odległości, kombinuję i w końcu stwierdzam, że zejdę z trasy w Bourg St Pierre. Następny punkt, z którego można zejść będzie za 20 km i jeszcze jedną górę powyżej 2400 m npm. Nie wiem, czemu tak strasznie boli, co się dzieje. Smutno mi.
Na Col de Chevaux stoi dwóch panów, którzy życzą wszystkim miłego zbiegania. Podziwiam widok, składam kijki i ruszam w dół. Wąziutka, kamienista ścieżynka schodzi zboczem góry, otwierając cudowny widok na kilkusetmetrową przepaść ze śniegiem w dole. Wyprzedzam trochę ludzi, którzy schodzą trzymając się ściany. Docieram do dna doliny i ścieżki prowadzącej wzdłuż strumienia. Trochę biegnę, trochę idę. Oczywiście, zatrzymuję się po drodze, bo znowu boli jak cholera. Przechodzę przez szeroki strumień, trzymając się rozciągniętej liny i truchtam sobie dalej. Mijam stada krów, przeskakuję przez pozostawione przez nie placki. Robi się bardzo gorąco i duszno, od czasu do czasu kropi deszcz. Po prawej stronie mam sztuczny zalew a za nim tunel, prowadzący od przełęczy św Bernarda. Odliczam kolejne setki metrów, kilometry. Boli strasznie, ale już nie chcę się zatrzymywać.
Wbiegam do lasu, przyspieszam na zbiegu i nagle widzę mojego męża, który stoi z jakimś facetem i dzieckiem i kibicują biegaczom. Facet czekał na swoich rodziców, a sam zszedł z trasy w Bourg St Pierre. Mąż czekał na mnie. Staram się nie rozkleić, tylko biec dalej. Wbiegamy do miasteczka, w którym kibice zapewniają serdeczny doping. Mijam A., robiącą zdjęcia, dobiegam do miejsca, które zdaje mi się punktem odżywczym. Ale dlaczego nie ma nic do jedzenia ani do picia? Zatrzymuję się zdezorientowana. Mąż i P. kierują mnie dalej, za jakiś budynek. Staję na placyku przed nim i nadal nie widzę nic nadającego się do spożycia. Okazało się, że punkt odżywczy był wewnątrz budynku, że P. spędził prawie godzinę kierując kolejnych zdezorientowanych biegaczy do środka i że orgowie nie popisali się oznaczeniem.
Podbiega do mnie Ironman i rzuca mi się na szyję, po czym stwierdza "Mamusiu, bardzo śmierdzisz." Wchodzę do środka, biorę colę, owoce, wynoszę to na zewnątrz pod dające cień drzewka (w słońcu jest piekarnik) i rzucam się na trawę. Koniec. Jeszcze tylko trzeba podejść do orgów i powiedzieć o zejściu z trasy. Na pewno? Na pewno. Pani z obsługi pyta, czy coś się stało, czy nie potrzebuję pomocy medycznej - nie, nie, dziękuję. "Madame, proszę się nie przejmować, to tylko bieg. Ma pani całe życie i wiele innych biegów przed sobą. Tylko niech pani nie płacze, dobrze?" Uśmiecham się do niej i wracam na swoje miejsce w cieniu. Do męża, do Ironmana, do przyjaciół.
I wtedy tak troszkę dociera do mnie: to tylko bieg.
A potem jest najlepsze: wsiadamy do samochodu i przejeżdżamy na włoską stronę na wspaniały makaron, do miejsca, w którym byliśmy parę lat wcześniej z bliskimi i kochanymi osobami. Makaron działa terapeutycznie - wracam do Verbier mniej smutna i mniej obolała.
Następnego dnia, rano, kibicujemy w Verbier finiszującym zawodnikom z trasy X-Alpine (111 km, 8400 m przewyższenia) i Ironmanowi, który wystartował w biegu dla dzieci na 1,2 km - 600 m pod górkę i 600 z górki. I zjeżdżamy na kilka dni z gór, aby w nie powrócić na moje urodziny.
Refleksje? Cóż mam powiedzieć - dopóki nie wrócę do Warszawy i nie zbadam porządnie kręgosłupa, nawet nie wiem, co nie zadziałało. Czy żałuję? No pewnie, że żałuję - to był dla mnie najważniejszy bieg w tym roku. Umówmy się jednak: to nie koniec świata.
Gdyby ktoś chciał wystartować w Ultra Trail Verbier St. Bernard, powtórzę to, przed czym uprzedzali mnie nasi miejscowi przyjaciele: bieganie w Alpach w Valais jest po prostu trudne. Duże przewyższenia, techniczne trasy, zmienna pogoda, słońce, które wysysa wszystkie siły. Na pewno warto potrenować w choćby zbliżonych warunkach, nie zdając się wyłącznie na Lasek Bielański, wydmę falenicką, Agrykolę i siłownię. W przyszłym roku orgowie, z okazji 10 rocznicy biegu, planują specjalną edycję Traversee: 78 km z przewyższeniem, o ile dobrze pamiętam, 5800 m npm. To mniej więcej tyle, ile ma 120-kilometrowa trasa Lavaredo Ultra Trail i tylko 300 m mniej niż 101-kilometrowa trasa CCC. Organizacja jest nierówna: przy wydawaniu numerów panował bardziej sycylijski pierdolnik, niż szwajcarski porządek. Trasa była oznaczona raczej średnio - czasem musiałam się zatrzymywać i zastanawiać, którą ścieżką pobiec. Punkt w Bourg St. Pierre został w ogóle zorganizowany beznadziejnie: żadnych oznaczeń, gdzie biec, gdzie jedzenie, gdzie picie. Ale za to wszyscy byli szalenie mili i uczynni.
Jakie plany na resztę roku? Jakieś są, ale priorytetem będzie zrobienie porządku z kręgosłupem, czy czymkolwiek innym, co spowodowało taki ból w sobotę. Na razie cieszę się pięknymi wakacjami, wędrówkami po pagórkach, po Jurze, a od jutra - po wysokich, wysokich Alpach.
Zbiegam wąską ścieżką, zsuwam się coraz śmielej po płaskich głazach, przeskakuję przez wąskie strumyczki. Spotykam włoską rodzinę z dwójką malutkich dzieci "Vai, Anna, vai!". Jeszcze trzeba przejść przez szosę, wspiąć się pod górę w nieziemskim upale i palącym słońcu i jest punkt. Ufff.... Są przekąski! Szukam miejsca do siedzenia, bo plecy napierniczają, ale zostaje mi tylko podłoga. Więc siadam z kubkiem coli, pomarańczami, rodzynkami, ostatnim kawałkiem banana i patrzę na zwycięzcę trasy X-Alpine, który właśnie przybiegł i posila się.
Dobra, chłopaków nie ma, przyjaciół nie ma, trzeba lecieć dalej. W miarę płasko, więc biegnę, mam doping kibiców, dopadam do ścianki, którą będziemy się wspinać do najwyższego punktu na trasie - Col de Chevaux. W połowie podchodzenia znów muszę zrobić przystanek, bo strasznie boli. Dociera do mnie, że nie przebiegnę całej trasy. Liczę godziny, odległości, kombinuję i w końcu stwierdzam, że zejdę z trasy w Bourg St Pierre. Następny punkt, z którego można zejść będzie za 20 km i jeszcze jedną górę powyżej 2400 m npm. Nie wiem, czemu tak strasznie boli, co się dzieje. Smutno mi.
Na Col de Chevaux stoi dwóch panów, którzy życzą wszystkim miłego zbiegania. Podziwiam widok, składam kijki i ruszam w dół. Wąziutka, kamienista ścieżynka schodzi zboczem góry, otwierając cudowny widok na kilkusetmetrową przepaść ze śniegiem w dole. Wyprzedzam trochę ludzi, którzy schodzą trzymając się ściany. Docieram do dna doliny i ścieżki prowadzącej wzdłuż strumienia. Trochę biegnę, trochę idę. Oczywiście, zatrzymuję się po drodze, bo znowu boli jak cholera. Przechodzę przez szeroki strumień, trzymając się rozciągniętej liny i truchtam sobie dalej. Mijam stada krów, przeskakuję przez pozostawione przez nie placki. Robi się bardzo gorąco i duszno, od czasu do czasu kropi deszcz. Po prawej stronie mam sztuczny zalew a za nim tunel, prowadzący od przełęczy św Bernarda. Odliczam kolejne setki metrów, kilometry. Boli strasznie, ale już nie chcę się zatrzymywać.
Wbiegam do lasu, przyspieszam na zbiegu i nagle widzę mojego męża, który stoi z jakimś facetem i dzieckiem i kibicują biegaczom. Facet czekał na swoich rodziców, a sam zszedł z trasy w Bourg St Pierre. Mąż czekał na mnie. Staram się nie rozkleić, tylko biec dalej. Wbiegamy do miasteczka, w którym kibice zapewniają serdeczny doping. Mijam A., robiącą zdjęcia, dobiegam do miejsca, które zdaje mi się punktem odżywczym. Ale dlaczego nie ma nic do jedzenia ani do picia? Zatrzymuję się zdezorientowana. Mąż i P. kierują mnie dalej, za jakiś budynek. Staję na placyku przed nim i nadal nie widzę nic nadającego się do spożycia. Okazało się, że punkt odżywczy był wewnątrz budynku, że P. spędził prawie godzinę kierując kolejnych zdezorientowanych biegaczy do środka i że orgowie nie popisali się oznaczeniem.
Podbiega do mnie Ironman i rzuca mi się na szyję, po czym stwierdza "Mamusiu, bardzo śmierdzisz." Wchodzę do środka, biorę colę, owoce, wynoszę to na zewnątrz pod dające cień drzewka (w słońcu jest piekarnik) i rzucam się na trawę. Koniec. Jeszcze tylko trzeba podejść do orgów i powiedzieć o zejściu z trasy. Na pewno? Na pewno. Pani z obsługi pyta, czy coś się stało, czy nie potrzebuję pomocy medycznej - nie, nie, dziękuję. "Madame, proszę się nie przejmować, to tylko bieg. Ma pani całe życie i wiele innych biegów przed sobą. Tylko niech pani nie płacze, dobrze?" Uśmiecham się do niej i wracam na swoje miejsce w cieniu. Do męża, do Ironmana, do przyjaciół.
I wtedy tak troszkę dociera do mnie: to tylko bieg.
A potem jest najlepsze: wsiadamy do samochodu i przejeżdżamy na włoską stronę na wspaniały makaron, do miejsca, w którym byliśmy parę lat wcześniej z bliskimi i kochanymi osobami. Makaron działa terapeutycznie - wracam do Verbier mniej smutna i mniej obolała.
Następnego dnia, rano, kibicujemy w Verbier finiszującym zawodnikom z trasy X-Alpine (111 km, 8400 m przewyższenia) i Ironmanowi, który wystartował w biegu dla dzieci na 1,2 km - 600 m pod górkę i 600 z górki. I zjeżdżamy na kilka dni z gór, aby w nie powrócić na moje urodziny.
Refleksje? Cóż mam powiedzieć - dopóki nie wrócę do Warszawy i nie zbadam porządnie kręgosłupa, nawet nie wiem, co nie zadziałało. Czy żałuję? No pewnie, że żałuję - to był dla mnie najważniejszy bieg w tym roku. Umówmy się jednak: to nie koniec świata.
Gdyby ktoś chciał wystartować w Ultra Trail Verbier St. Bernard, powtórzę to, przed czym uprzedzali mnie nasi miejscowi przyjaciele: bieganie w Alpach w Valais jest po prostu trudne. Duże przewyższenia, techniczne trasy, zmienna pogoda, słońce, które wysysa wszystkie siły. Na pewno warto potrenować w choćby zbliżonych warunkach, nie zdając się wyłącznie na Lasek Bielański, wydmę falenicką, Agrykolę i siłownię. W przyszłym roku orgowie, z okazji 10 rocznicy biegu, planują specjalną edycję Traversee: 78 km z przewyższeniem, o ile dobrze pamiętam, 5800 m npm. To mniej więcej tyle, ile ma 120-kilometrowa trasa Lavaredo Ultra Trail i tylko 300 m mniej niż 101-kilometrowa trasa CCC. Organizacja jest nierówna: przy wydawaniu numerów panował bardziej sycylijski pierdolnik, niż szwajcarski porządek. Trasa była oznaczona raczej średnio - czasem musiałam się zatrzymywać i zastanawiać, którą ścieżką pobiec. Punkt w Bourg St. Pierre został w ogóle zorganizowany beznadziejnie: żadnych oznaczeń, gdzie biec, gdzie jedzenie, gdzie picie. Ale za to wszyscy byli szalenie mili i uczynni.
Jakie plany na resztę roku? Jakieś są, ale priorytetem będzie zrobienie porządku z kręgosłupem, czy czymkolwiek innym, co spowodowało taki ból w sobotę. Na razie cieszę się pięknymi wakacjami, wędrówkami po pagórkach, po Jurze, a od jutra - po wysokich, wysokich Alpach.





2 komentarze:
Fajnie się czyta, rzeczywiście to nie koniec świata. Ale wygląda zachęcająco ten bieg, warto spróbować jeszcze!
Spróbuję na pewno, jeśli po operacji będę mogła normalnie trenować :) Takim pięknymi trudnym trasom nie odpuszczę!
Prześlij komentarz