Jedziemy.
Kiedy układałam sobie plany startowe na ten rok i wybrałam Trail Verbier St Bernard jako bieg sezonu, wiedziałam, że rozsądnie byłoby parę razy przetrzeć się na biegach górskich. Tzn. nie iść na wycieczkę górską, podczas której co 200 m robię zdjęcia, oglądam kwiatki i w ogóle zachowuję się jak podstarzała Ania z Zielonego Wzgórza, tylko poczuć nad sobą presję limitu czasu i jakiś ciąg do nieopierniczania się. Na pierwszy ogień wybrałam Wielką Prehybę, czyli 43,3 km w ramach Biegów w Szczawnicy, z przewyższeniem ponad 1900 m. Sporą część trasy znałam z indywidualnych wycieczek oraz zeszłorocznych Pereł Małopolski, zatem nie spodziewałam się ani większych trudności technicznych, ani wykańczających podejść czy karkołomnych zbiegów (nnooo, poza Szafranówką), dystans również wydał mi się odpowiedni na przetarcie, a poza tym - Ach! Szczawnica! Ach! Pieniny! [wzrusz!]
No i tak się złożyło, że, podobnie jak przed zeszłoroczną Łemkowyną, tydzień przed zawodami poświęciłam głównie na śledzenie serwisów pogodowych, komunikatów organizatora oraz dyskusji na FB dotyczących warunków na trasie. Gdyż najpierw padał deszcz, a potem nawaliło tyle śniegu, że było go więcej niż przez całą zimę razem wziętą.
Na szczęście wolę śnieg od upałów.
Pomijając liryczne szczegóły drogi z Warszawy do Szzcawnicy, odbierania pakietu startowego, wybierania stroju dopasowanego do warunków pogodowych oraz opychania się jedzeniem na zapas, zabiorę Was moją opowieścią na linię startu. Na którą zawiózł mnie mąż, żebym się za bardzo nie zmęczyła. Spotkaliśmy znajomych, więc zorientowałam się, że trzeba gdzieś się ustawić tak na 40 sekund przed wystrzałem. Polara włączyłam, gdy przypomniała mi o tym biegnąca obok JoKo, ponieważ troszkę się zagadałyśmy na tematy inne (np. sny przed startem - mnie śniło się, że przyjechałam na bieg bez butów trailowych, za to z miejskimi juniorkami i stwierdziłam, że lepiej będzie biec boso). Biegłyśmy sobie spokojniutko, cały czas rozmawiając, po drodze spotkałyśmy mojego męża i dzięki temu mamy foty, na których jesteśmy jeszcze zupełnie czyste i widać kolory naszych butów.
Foto Mąż
Jeszcze chwila i zaczęło się podejście na Bereśnik - tak dobrze mi znane i bardzo lubiane. Wiem, kiedy będzie bardziej stromo, kiedy się odwrócić, żeby zobaczyć panoramę Tatr. A tu dupa: Tatr nie widać, błoto coraz większe i zaczyna się śnieg. Co zrobić!
Im bardziej w górę, tym śniegu więcej. Można biec / iść wąską ścieżką, wytyczoną przez koła quada organizatorów oraz wydeptaną przez Niepokornych Mnichów oraz szybszych Prehybowiczów. Robi się coraz zimniej, pomiędzy drzewami snuje się mgła. Mniej więcej po godzinie zaliczam pierwszy kryzys, bo widoków nie ma, często się ślizgam, boję się zbiegać, chce mi się pić, a picie sprytnie schowałam do plecaka i, żeby po nie sięgnąć, musiałabym zdjąć plecak, otworzyć go, wyjąć softflask, napić się, schować softflask, zapiąć plecak, założyć go na plecy i to wszystko zrobić: a) nie wypierdzielając się na śliskiej ścieżce, b) nie wstrzymując ludzi za moimi plecami. Mistrzyni organizacji! No trudno - może jakoś wytrzymam bez picia do Przehyby, gdzie jest pierwszy punkt odżywczy (14 km).
Wytrzymuję, ale z trudem. Na Przehybie jest szaro, zimno, coś siąpi, ale wolontariusze rozlewają gorącą, słodką herbatę. Wypijam dwa kubki, wciągam żel, zjadam parę kawałków pomarańczy, jeszcze jedna herbatka i ruszam z JoKo, która przybiegła dosłownie chwileczkę po mnie. Znów zaspy, śnieżne czapy na drzewach, ślisko, coraz zimniej, na otwartych przestrzeniach smaga wiatr, a do tego zaczyna padać śnieg. Co chwilę robię jakieś karkołomne figury, na podbiegu podciągam się na kijach, żeby nie zjechać w dół. Mam przemoczone nogi (na 7 czy 8 km wleciałam w błocko z roztopionego śniegu i nabrałam go sporo do butów) i jest mi potwornie zimno w stopy. Aż bolą. W końcu postanawiam przystanąć i zrobić przerwę dla głowy, bo jak w niej wreszcie coś ruszy, wszystko inne przestanie mieć znaczenie. Zjadam przy okazji żel, wypijam trochę wody, mija mnie tłum ludzi i wreszcie ruszam. Nagle wszystko robi się znacznie przyjemniejsze, choć nic nie zmieniło się ani w warunkach atmosferycznych ani w podłożu. Wreszcie zbiegam jak człowiek, a nie ostatnia fajtłapa, którą mija 30 osób na 20 metrach. Coś odblokowało się w tej mojej zaśnieżonej głowie.
Po dłuższym zbiegu wpadamy w błoto - ludzie zaczynają krzyczeć "No, nareszcie!!". Juhuuu! Niedługo kolejna słodka herbata! I Pieniny!
Wbiegam do punktu przy Bacówce w Obidzy, spotykam się znów z JoKo, która szybko załatwia swoje potrzeby jedzeniowo-piciowe, a ja tymczasem szykuję się na bankiecik, bo tu pieczone kartofle z solą, tam pomarańcze, no i ta słodka, gorąca herbata, którą przepijam, dla urozmaicenia, colą. Profilaktycznie idę jeszcze na siku do czystego kibelka w schronisku i lecę dalej, bardzo zdziwiona, że tyle ludzi z niebieskimi numerami dociera do punktu jeszcze po mnie. Jakoś mi się zdawało, że zamykam stawkę.
No, po Obidzy i pieczonych ziemniakach mogę wszystko. Nawet taplać się w błocie i słuchać gradu stukającego o kaptur mojej kurtki. Ogarnia mnie euforia, której nie gasi nawet zawadzenie nogą o gałązki jeżyn, wysyłające mnie parę metrów do przodu i twarzą do błota. A co tam! Wybiegam wreszcie w miejsce, gdzie widać jakieś widoki. Postanawiam zatrzymać się na wodę, żel i zdjęcia. I tak będę miała słaby czas, a przynajmniej wreszcie skorzystam z tego, że biegnę w górach. Za chwilę doganiam znowu JoKo i spotykam Monikę, z którą zgubiłyśmy się w lesie na Łemkowynie. Gadamy chwilę z dziewczynami i wyrywam do przodu, do góry. Robi się ostro do góry, gdy zaczynamy przygodę w Rezerwacie Wysokie Skałki - ostro w górę, ostro w dół. I tak kilka razy. Za którymś razem w dół wywalam się po raz drugi.
Błoto, śnieg i trochę widoków
I nie wiem, czy to przez tę wywałkę, czy dlatego, że znów nic nie widać, jestem uciaprana błotem, znowu słyszę to okropne "cmok cmok" pod stopami, ale głowa mówi: "a wała". Niby biegnę, ale noga za nogą, robi mi się jakoś smutno i tracę ochotę na wszystko, z bieganiem na czele. Czego mi było trzeba?
Widoku Schroniska Pod Durbaszką - zbiegam do niego nie bacząc na błoto i śnieg. 2 słodkie herbaty, banany, pomarańcze, LANDRYNKA o smaku pomarańczowym (kurde, musiało być ze mną naprawdę źle) i jeszcze jedna herbata, którą wypijam siedząc sobie na murku i kontemplując widoki oraz zadowolenie z siebie. Huśtawki nastrojów wzmagają się w górach, czy co?
Wychodzę ze schroniska i szykuję głowę na ostatnie niecałe 9 km. Próbuję wypatrzeć Tatry, które stamtąd widać doskonale przy ładnej pogodzie, ale - hyhy, że tak powiem. Nawet nie wiem, kiedy docieram do Szafranówki i jej mylących kilku podejść. Wspinam się na górę, a tam niespodzianka, czyli stoi kolejka do schodzenia po linie, litościwie rozpiętej przez strażaków na prośbę orgów. Bez tej liny musielibyśmy zjeżdżać po błocie w dół, obijając sobie mocno tyłki o wystające kamienie. Wszystko trwa wieki, ale wreszcie przychodzi moja kolej i schodzę bez szwanku. A następnie ruszam z kopyta byle szybciej do mety.
Na ostatnich 2 km zaliczam ostatnią wywrotkę w błocie, dzięki której nabieram takiego dystansu do kolejnych ewentualnych wywrotek, że zbiegam jak szczęśliwe prosiątko. Pierwszy raz w życiu nie posiadam się z radości na widok kostki bauma. Oznacza ona koniec błota i bliskość mety. Biegnę wzdłuż Grajcarka, cały czas leciutko pod górę, zgarniam po drodze idącą dziewczynę i zachęcam ją do biegu. Z daleka widzę Ironmana, który czeka na mnie przy mostku prowadzącym do mety, bierze mnie za rękę i lecimy razem po ostatniej prostej. Medal dostał się, rzecz jasna, Ironmanowi!
A ja dostałam uściski od moich pozostałych wspaniałych kibiców, czyli męża i taty. Oraz piwo Karmi, wodę Kinga Pienińska i talerz frytek.
To była piękna chwila.
Przyznaję uczciwie, że śnieg i błoto nieco mnie sponiewierały - głównie psychicznie. Góry pokazały po raz kolejny, że mogą wszystko i że zawsze trzeba mieć wobec nich dużo pokory. Czas - 7:42 - jest mocno taki se, a jednak kosztował mnie sporo wysiłku. Jedno jest pewne: przetarłam się dosyć mocno. Najbardziej przetarłam skarpetki i ulubione legginsy: w obydwu, po zdjęciu, odkryłam gigantyczne dziury i zostawiłam je w szczawnickim koszu na śmieci.
Na koniec jak zwykle podziękuję mojemu mężu, za to, że znowu mnie wspierał przed startem i czekał z kurtką, suchymi skarpetkami i suchymi butami na mecie, a potem dzielnie płukał szlauchem z błota moje buty i stuptuty. I w ogóle za wszystko!
Pieniny w lepszej pogodzie





5 komentarzy:
Widać Hania w formie, też pisarskiej - ubawiłem się :) !
Dziękuję, Leszku 😘
Ależ było błotniscie ❤️ Uściski Haniu! JoKo
"podstarzała Ania z Zielonego Wzgórza" - kwiczę :)))
JoKo, śnieżnie, błotniście - jak kto chciał :D
Aga, no wiesz - czasem tylko brakuje kwietnego wianeczka i warkoczy :D
Prześlij komentarz