poniedziałek, 23 maja 2016

Szczawnica zachwyca

Kiedy już zostało postanowione, że startuję w Cortina Trail, postanowiłam poszukać sobie jakiegoś biegu na tzw. przetarcie startowe. Nie mogło to być nic bardzo długiego, gdyż, teoretycznie, 24.04 miałam trzasnąć życiówkę w Orlen Maratonie, a Cortina ledwie dwa miesiące później i to nieomal w przededniu moich bardzo okrągłych urodzin, nowienc stanęło na jednym z biegów z serii Perły Małopolski, odbywającym się 22.05 w Szczawnicy. Wybrałam najdłuższy dostępny dystans, czyli 20.9 km, z sumą podbiegów 1025 m.

Szczawnicę i jej okolice poznaliśmy 5 lat temu, gdy z malutkim, 3-miesięcznym Ironmanem, przemierzaliśmy pienińskie szlaki. Zakochaliśmy się po uszy i staramy się wracać, kiedy tylko możemy, choć dojazd z Warszawy zajmuje minimum 6 godzin.

Mapkę biegu przestudiowałam dość pobieżnie i doszłam do wniosku, że podbieg na Bereśnik znam - stromo i, jeśli będzie słońce, usmażymy się jak frytki. Potem zbieg z Bereśnika - na początku stromo po kamieniach, potem stromo po płytach betonowych, potem stromo po asfalcie, a potem kostka granitowa, asfalt i już jesteśmy na kostce bauma nad Grajcarkiem. Połówka za nami. Potem podejście na Orlicę (niewiadoma) i Szafranówkę (podchodziliśmy via Palenica i było bardzo ok, więc co strasznego może się dziać z innej strony?), potem lecimy granią (nic strasznego) i dalej zbieg i znów kostka bauma. Co prawda gdzieś mignął mi kawałek trasy zatytułowany "Jakiśtam Potok", alecotam. Jedziemy!

Sobotę spędziliśmy uroczo u znajomych, wynajmujących na łikend malutki domek wakacyjny w Gorcach, na końcu świata. Połaziliśmy razem po Gorcach, najedliśmy się pysznościami, ja wypiłam trochę wina (bo przecież przed 20-kilometrowym biegiem można), wróciliśmy późno (start o 12, więc się wyśpię) - było uroczo!

W niedzielę, gdy odbieraliśmy pakiety, upał dawał do wiwatu. Poszliśmy na piechotę na start (jakieś 1700 m - odmówiłam stanowczo rozgrzewkowego truchtu), popijając po drodze wodę. Gorąco. Start o 12 - poczekaliśmy w cieniu, odwlekając wyjście na słońce do samego końca. Tłum na starcie nieco mnie zacukał - wydawało mi się, że na długim dystansie startuje 300-350 osób, ale okazało się, że orgowie puścili dystans średni (10 km) z długim. Dodawszy do tego nasze odwlekanie z ustawieniem się na asfaltowej patelni - wylądowaliśmy gdzieś w ogonie. Noale dobra - na trening przyjechałam, a nie na ściganie.

Padł sygnał - ruszamy. Tempo 7 min/km, więc szturchnęłam męża, żebyśmy zaczęli wyprzedzać, bo w ten sposób nie dobiegniemy na kolację. Po pierwszym kilometrze - skwar, bez skrawka cienia - miałam przylepiony język do zębów i żużel w gardle. Zaczęliśmy podejście na Bereśnik, więc rozłożyłam swoje magiczne kijki i wio! Zanim doszliśmy do schroniska pod Bereśnikiem, przeżyłam następujące przygody: a) szłam przez parę kilometrów z przymkniętym lewym okiem, bo było tak gorąco, że pot wlał mi się z czoła do oka, a to bardzo boli i przeszkadza w patrzeniu, b) dowiedziałam się od jakiegoś pana, że nie wypada, żeby kobieta wyprzedzała mężczyznę. Szłam sobie pod górę całkiem raźno, choć potwornie chciało mi się pić, a poza tym było dosyć błotniście i raczej wyprzedzałam niż byłam wyprzedzana, a czasami nawet dawałam radę prawym okiem pozachwycać się widokami na Pieniny i odległe Tatry.

Przy punkcie odżywiania chwyciłam dwa kubki wody i wypiłam je duszkiem, a trzeci - z żalem - wylałam sobie na głowę. Bałam się pić więcej, żeby nie mieć sensacji żołądkowych podczas ostatniego podejścia na ten nieszczęsny Bereśnik. Wreszcie zaczął się zbieg. No i wtedy okazało się, że zapomniałam jak się zbiega. Tzn. ćwiczyłam zbieganie w marcu w Dolomitach, trochę sobie zbiegałam wcześniej w Tatrach (choć doktory zabroniły biegać), ale to było w śniegu po kolana, więc ewentualna wywrotka mogła się zakończyć mokrymi ciuchami, a nie wybitymi zębami lub złamanym czymś. Więc zbiegałam z zaciągniętym hamulcem ręcznym, kątem oka obserwując z zazdrością i frustracją, jak wyprzedzają mnie ci, których wyprzedzałam przez całe podejście na Bereśnik. Ale bałam się puścić nogi, bo w tyle głowy grała mi płyta "Jak się połamiesz, to nie jedziesz do Cortiny - nanananana". W końcu zaczęły się płyty betonowe, po których zbiegałam i wbiegałam (no dobra - podchodziłam) już tyle razy, że odważyłam się na zwolnienie ręcznego. Tempo skoczyło do 3:45, dogoniłam męża (nawet bez treningów jest ode mnie lepszy na zbiegach) i zaczęłam znów wyprzedzać. Tak sobie zlecieliśmy na kostkę bauma nad Grajcarkiem i pokicaliśmy do półmetka. Nad Grajcarkiem biegło się bosko - mnóstwo kibiców, płasko, a w dodatku przyleciał czarny bocian! Stanął sobie w nurcie potoku i przyglądał się biegnącym.

Dobiegliśmy w okolice mety i szczęśliwcy, biegnący 10 km, odbili na most, a my zostaliśmy pokierowani na Orlicę. Po drodze zatrzymaliśmy się przy punkcie odżywczym. Wciągnęłam żel, wypiłam znowu dwa kubki wody, pogadaliśmy z jednym z biegaczy o tym, co gorsze - Bereśnik czy Szafranówka, puściliśmy pewnie z 15 osób i pobiegliśmy dalej. 1:13 na półmetku - ach, może się wyrobię w 2:30?!

Od punktu odżywczego trasa prowadziła cały czas pod górę. Po błocie. Najpierw takim se, a potem już takim, w którym buty robiły "cmok, cmmmmokkkk". Niektórzy obchodzili trasę ścieżką alternatywną, ale Miss Fair Play zaiwaniała po tym błocku, wbijając w nie kijki i modląc się, żeby jej stareńkie trailówki dały radę.

Dotarliśmy do wypłaszczenia i dogoniłam panią, z której plecaka wydobywało się co 5 sekund automatyczne "trening przerwany / trening wznowiony / trening przerwany / trening wznowiony/ 12 ki-lo-metrów w tempie bla bla bla / ostatni od-cinek w tem-pie bla bla bla / trening przerwany" i zaczęliśmy podejście pod Szafranówkę. No i wtedy zrozumiałam, co miał na myśli miły biegacz z punktu odżywczego, który powiedział, że tam trzeba pazurami się wczepiać. Podejście z Palenicy pokonują panie w baletkach i panowie w japonkach. Podejście z Orlicy… O, to zupełnie insza inszość. Pionowo po skałach, proszę państwa. Udało mi się wyprzedzić panią z gadającym plecakiem, przy okazji pytając, czy mogłaby to jakoś wyłączyć. Pani wyjęła słuchawki z uszu i powtórzyłam swoją prośbę. O, nie. Nie może wyłączyć, bo ma ustrojstwo w plecaku i teraz go nie zdejmie.

Tym rączej wpijałam się w skały, starając się tylko nie wydłubać swoimi kijami oczu pani z gadającym plecakiem. A na szczycie się okazało, że teraz jest pionowo w dół. Po skałach. Złożyłam kijki, wyprzedziła mnie pani z gadającym plecakiem ("trening wznowiony") i spełzłam w dół do miejsca, w którym mogłam pokusić się o zbieganie. Dogonił mnie mąż i pocieszył - teraz już cały czas w dół.

No nie za bardzo.

Do następnego punktu odżywczego było raczej łatwo i bez przygód, poza dialogiem dwóch panów, którzy stwierdzili, że nigdy więcej nie startują na długim dystansie, a poza tym trzeba zapisać się na siłownię albo kupić ciężarki. Nie wiem, co uradzili, bo minęłam ich i więcej nie spotkałam. Za to przegoniłam panią z gadającym plecakiem. Złapałam znowu dwa kubki wody, zjadłam trochę rodzynek i pobiegłam łagodnie schodzącą w dół łąką. No, jeśli tak będzie wyglądał cały zbieg, aż do Grajcarka, to jakoś jeszcze nadrobię te wszystkie skały i błota i może się zmieszczę w 2:35.

No nie za bardzo vol. 2, gdyż urocza łąka przeszła w kamienie, następnie w błoto, w którym moje trailówki łapały zarąbisty ślizg, a następnie w wartki potok z wodą po kostki. Buty się umyły, błoto z nóg trochę opłukało, stopy ochłodziły - fajnie!

W butach, z których wylewała się woda, wypadłam na płyty betonowe, prowadzące w dół, a tu wolontariusz pokazuje ścieżkę w górę. Odpaliłam kije, wpadam na ścieżkę i ląduję po kostki w kleistym błocie.

Żeby skrócić relację, napiszę tylko, że były jeszcze dwa podejścia - wszystkie w kleisto-poślizgowym błocku.

Wreszcie znalazłam się w znajomym miejscu, to znaczy na niebieskiej trasie, którą zjeżdża się z Palenicy, gdy zamknięta jest trasa FISowska. I tak się złożyło, że zgadaliśmy się z biegnącym obok chłopakiem, który okazał się instruktorem narciarskim. Pogadaliśmy chwilę o nartach, o tym, że Ironman, jako niespełna 4-latek, zjeżdżał tą trasą i miły instruktor puścił mnie przodem, życząc powodzenia.

A ja wrzuciłam szósty bieg, chociaż leciałam już na oparach energii, bo zjadłam mizerne śniadanie, wciągnęłam tylko jeden żel i malutką garstkę rodzynek. Nic mnie nie bolało, nie czułam zmęczenia mięśniowego, tylko silny głód i pragnienie. Wyobrażałam sobie metę, wodę, colę, piwo i góry rozmaitego jedzenia. Standard.

Zbiegłam w końcu z Palenicy, na ostatnich 20 metrach zaliczając znowu kąpiel błotną i przy aplauzie kibiców wbiegłam na deptak wzdłuż Grajcarka. Tam, w ciężkich od błota butach, leciałam sobie spokojnie po 5:10, przybijając piątki, machając do kibiców, szczerząc się jak przygłup, wyprzedzając kolejnych ludzi (łącznie z panem, który dał mi cenną lekcję o tym, że nie wypada, żeby kobieta wyprzedzała faceta) i coraz mocniej marząc o tej zimnej coli i piwie. Przed ostatnim zakrętem przed metą prawie zderzyłam się z bardzo nawaloną parą kuracjuszy 50+ (gdyby opary upijały, powinnam paść trupem po trzech wdechach) i wpadłam na ostatnią prostą. Jeszcze pomachałam kijkami, poszczerzyłam się i koniec.

Poczekałam parę minut na męża, dostałam sms-a z wynikami, dowiedziałam się, że byłam 4 w kategorii K-40 na 13 startujących w tej kategorii (bardzo usportowione czterdziestolatki!) i że przybiegłam z czasem 2:50:27, wypiliśmy z mężem jakiegoś obrzydliwie słodkiego shake'a i colę (piwo poczekało na obiad) i wróciliśmy do hotelu.

Bardzo, bardzo polecam szczawnicki bieg w ramach Pereł Małopolski! Trasa nie jest długa, ale naprawdę, ekhm, interesująca technicznie i piękna widokowo. Organizacji nie mogę nic zarzucić, a atmosfera była wspaniała.

Moje przemyślenia na-za-pięć-tygodni? Lista:

1. Więcej jeść!!!
2. Więcej pić.
3. Rozejrzeć się za nowymi trailówkami.
4. Wyłączyć hamulec ręczny na zbiegach. Przecież wiem, umiem, trenowałam to.

No i koniecznie zabrać kije. Kocham je, choć na ostrzejszych zbiegach zastanawiałam się, czy wybiję sobie nimi oko, kiedy się wywalę, czy może nie.

Ech.

Punkt piąty do listy:

5. Nie myśleć za dużo.

Brak komentarzy: