czwartek, 5 maja 2016

Dlaczego Chrissie nie zachwyca

Być może jestem ostatnią blogaczką, która przeczytała książkę Chrissie Wellington pt. "Bez ograniczeń", ale ludowe przysłowie mówi "lepiej późno niż wcale". Wielokrotnie pisałam o tym, że nie przepadam za książkami o bieganiu i dotyczy to również biografii i autobiografii sportowców. Tak, wiem, że Chrissie nie jest biegaczką tylko triatlonistką, niemniej długo nie mogłam się przekonać do lektury. W międzyczasie przeczytałam wiele bardzo entuzjastycznych recenzji, znam osoby, dla których "Bez ograniczeń" jest źródłem sportowej motywacji, a Chrissie - bohaterką godną naśladowania. Dlatego tym trudniej będzie mi pisać to, o czym pisać zamierzam, ponieważ nie chciałabym nikogo urazić ani sprawić przykrości.

Noale jedziemy.

Chrissie Wellington urodziła się i wychowała w hrabstwie Norfolk, na angielskiej prowincji. Rodzina, z której pochodziła, nie była ani zamożna ani biedna, ani patologiczna ani wyróżniająca się w jakikolwiek inny sposób. Chrissie twierdzi, że nigdy nie uprawiała sportu jako dziecko czy nastolatka, jednak w pierwszych rozdziałach czytamy o jej członkostwie w lokalnej drużynie pływackiej, następnie o trenowaniu siatkówki, itp itd. No cóż… Jako dziecko, które NAPRAWDĘ nie uprawiało sportu (basen raz w tygodniu i szkolny w-f), mogę powiedzieć tylko jedno - Chrissie uprawiała sporty jako dziecko i nastolatka, a jedynie nie odnosiła w nich spektakularnych sukcesów. Oprócz tego Chrissie starała się zawsze zasłużyć na akceptację otoczenia i pilnie się uczyła. Dzięki czemu, po ukończeniu szkoły średniej (z wyróżnieniem), mogła wybrać taki uniwersytet, jaki chciała. Wybrała ten, który spodobał jej się podczas wycieczki wakacyjnej z rodzicami - dostała się od razu, ukończyła go z wyróżnieniem,  zdecydowała, że zostanie prawnikiem i dostała ofertę stażu z jednej z czołowych kancelarii w Londynie, ale postanowiła zrobić sobie kilkumiesięczną przerwę na podróżowanie po świecie. Ponieważ zawsze była wrażliwa na niesprawiedliwość na świecie, za kierunek podróży obrała Afrykę, z której poleciała do Nowej Zelandii, na której zapoznała chłopaka, z którym się rozstała, gdy wyjechała do Australii. W międzyczasie zaczęła się zastanawiać, czy prawo jest dla niej dobrym kierunkiem i uznała w końcu, że nie, ponieważ chciała je ukończyć tylko dlatego, żeby mieć prestiżowy zawód. Jedziemy dalej - Chrissie przeżywa rozterki w Australii, gdyż pracuje w Sydney czy Bondi (przepraszam, nie pamiętam) jako asystentka i odczuwa niedosyt wyzwań. Wraca do Anglii, dostaje się na wybrany przez siebie kierunek na wybranym przez siebie uniwersytecie, ma naukową rywalkę, z którą cały czas konkuruje, obydwie kończą z wyróżnieniem.

A, przepraszam w opisie wczesnej młodości naszej bohaterki, pominęłam aspekt, który zszokował mnie i nastawił do Chrissie negatywnie na resztę książki. Otóż Chrissie, jako nastolatka, ma problemy z akceptacją swojego ciała. Wiele nastolatek (jeżeli nie każda) przechodzi przez tę fazę - jedne mniej, inne bardziej intensywnie. Ale Chrissie ma koleżankę, która opowiada jej o swojej bulimii, więc Chrissie stwierdza, że byłoby fantastyczne, gdyby mogła jeść tyle, ile by chciała, a następnie zmuszać się do wymiotów. W tym momencie zaczęłam nerwowo ogryzać paznokcie i czekać na opis zmagań Chrissie z pożerającą jej duszę i ciało chorobą, na interwencję rodziny, psychiatry, dietetyka. Nie - Chrissie dochodzi do wniosku, że nie powinna wymiotować. Że to jest nienaturalne, że i tak nie zwróci takiej samej ilości kalorii, jaką przyjęła. Ale jednocześnie rzyganie pozwala jej sprawować kontrolę nad ciałem. W końcu zrezygnowała z bulimii po przeczytaniu artykułu przesłanego przez przyjaciółkę. Emmmm…. Ale to jeszcze nie wszystko! Po powrocie z Australii i 6-miesięcznej podróży do Azji, Chrissie coraz bardziej ogranicza jedzenie, traci na wadze, łamią jej się włosy, zgrzyta zębami przez sen - autodiagnoza? Anoreksja. Znów ogryzam paznokcie i czekam na opis walki z pożerającą ciało i duszę chorobą, psychiatrę, dietetyka. Zapominam, że czytam książkę mistrzyni samokontroli - Chrissie leczy się z anoreksji sama, po rozmowie z młodszym bratem.

Przyznam, że był to moment, w którym chciałam odłożyć książkę i więcej do niej nie wracać, ponieważ bulimia i anoreksja to nie tematy do żartów. Ale zmusiłam się i dalej już wszystko poszło jak po sznurku:

Chrissie mieszka w Londynie i postanawia zamienić swoją rzekomą anoreksję na sport. W związku z tym biega. I pracuje jak dzika. I imprezuje. Startuje w londyńskim maratonie i w debiucie osiąga czas 3:08. Następnie, po wielu rajdach rowerowych i wygraniu nowozelandzkich zawodów w adventure racing oraz argentyńskich zawodów duatlonowych, postanawia zainteresować się triatlonem. Wygrywa swoje pierwsze zawody triatlonowe - w Lozannie i zostaje przyjęta do drużyny przez Bretta Suttona, jednego z najlepszych trenerów triatlonu na świecie. Brett ma niekonwencjonalne metody trenowania, polegające m.in. na gnębieniu psychicznym swoich zawodników (np. zmusza grupę do ostracyzowania Chrissie). Ma to ich przygotować do warunków startowych. Chrissie czasem płacze w pokoju, ale się nie poddaje.

Od 2006 roku do 2011 roku, w którym zakończyła swoją karierę zawodniczą, Chrissie Welington 4 razy zdobyła mistrzostwo świata w Konie. Ustanowiła rekordy trasy w Roth (m.in. poprawiając swój własny rekord). Za jaką cenę? Złamany nadgarstek, następnie operowany po raz kolejny, ponieważ Chrissie robiła 4-kilometrowe treningi pływackie i wdało się zakażenie. Kolejne złamanie nadgarstka. Jedne z zawodów w Konie z rozwolnieniem. Rezygnacja z Kony w 2010 roku, ponieważ, w związku z brakiem odpoczynku po Ironmanie w Roth, odporność Chrissie padła i zafundowała jej gronkowca i gorączkę Zachodniego Nilu. No i ostatnie zawody w Konie - w 2011 roku. Chrissie 2 tygodnie wcześniej potknęła się na trasie trailowej. Była bardzo mocno poraniona, a rany nie mogły się zagoić, ponieważ Chrissie trenowała. Miała zbite biodro, łokieć i naderwany mięsień w klatce piersiowej. Oraz złamane żebro. Chrissie zwyciężyła. Opis jej walki z bólem na trasie, nieustające kalkulowanie odległości rywalek, zawziętość były dla mnie z jednej strony godne podziwu, z drugiej absolutnie przerażające. Sama Chrissie pisze w posłowiu do książki, że dopiero ten Ironman pozwolił jej poczuć się jak prawdziwa czempionka. Ponieważ jej umysł i wola odniosły całkowite zwycięstwo nad ciałem.

Z jednej strony rozumiem fascynację Chrissie i jej książką (zresztą bardzo zgrabnie i umiejętnie napisaną!). Wiem, że w naszych umysłach kryje się wiele ograniczeń, które sami sobie nakładamy i że warto im stawiać czoła. Jednak wizja składania umysłowi ofiary z własnego ciała jest dla mnie mocno odstręczająca. U Chrissie wszystko układa się w logiczną całość: nigdy nie akceptowała siebie takiej, jaka była i zawsze odrzucała swoje ciało. Musiała zawsze walczyć, osiągać nowe sukcesy, przezwyciężać siebie i czuć akceptację innych, żeby wiedzieć, że jej istnienie na tym świecie ma sens. Została obdarzona nieprawdopodobnym talentem i żelaznym organizmem - wielu zawodników wykonuje mordercze treningi pod okiem znakomitych trenerów, ale nie każdy dokonuje tego, czego dokonała Chrissie. Jedni z nas mogą nieomal bez końca poprawiać swoje wyniki, trenować jak maszyny i cieszyć się zarówno dobrym zdrowiem jak i brakiem kontuzji, inni szybko się wypalają, lub stawiają sobie cel, który, mimo wszelkich poświęceń i ciężkiej pracy, odpływa coraz dalej i dalej. I nikt nie potrafi odpowiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Myślę, że nie potrafiłaby nawet Chrissie, bo nie każdy, dzięki Bogu, jest taki jak ona.

Napisawszy to wszystko, chciałabym dodać, że po przeczytaniu książki cenię Chrissie za opisy jej zmagań ze swoją żelazną wolą i za działalność charytatywną. Przeczytałam również w necie, że w grudniu 2015 roku urodziła córeczkę. Mam nadzieję, że wreszcie jest szczęśliwa.

Wszelkie komentarze mile widziane!

1 komentarz:

Leszek Deska pisze...

Ja też jestem zwykle sceptyczny wobec książek o biegaczach, też się przekonałem i przeczytałem (chociaż już dawno). Mnie najbardziej zdziwiło egocentryczne podejście do życia - poświęcać całe życie na triathlon zupełnie nie pasuje do tego co pisała o przejmowaniu się losem innych (ten okres wolontariatu w Azji).
Pocieszający ten twój ostatni akapit - też mam taką nadzieję :)