Widok z Passo Giau na Lastoi de Formin. Na prawym skraju widać Forcella Giau - przełęcz i grill z turbodoładowaniem w jednym
Prolog
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek równie bardzo cieszyła się na jakiś start. Zazwyczaj jestem kłębkiem nerwów, źle śpię, a po południu i wieczorem przed Dniem "0" nie ma już mowy o ładowaniu węglowodanów - żołądek ściśnięty na supełek i koniec. Tym razem, zwłaszcza odkąd zrobiliśmy rekonesans w okolicach Passo Giau (dobrze, że części w stronę Rifugio Averau, a nie w stronę Forcella Giau), marzyłam tylko, żeby czas płynął szybciej i żebym już mogła być na trasie. Rano bez problemów wciągnęłam grzanki z dżemem, wypiłam ziołową herbatkę, zostałam wycałowana i kopnięta w tyłek przez męża i poszłam na start. Tam posiedziałam sobie trochę na krawężniku, rozebrałam się z kurtki (na starcie o 8 rano było 18 C i słońce), wypiłam kilka łyków izotoniku, potem postałam wśród grupek rozgadanych biegaczy. Skupiałam się tylko na tym, że czeka mnie 47 km w mojej bajce - w górach. Starałam się nie przyglądać za bardzo innym zawodnikom - wszyscy wydawali mi się bardziej umięśnieni, bardziej opaleni, bardziej profesjonalnie ubrani i w ogóle bardziej na miejscu niż ja. Ja w swojej szczęśliwej koszulce z Maratonu Gór Stołowych (miałam ją w Lozannie), szczęśliwych niebieskich spodenkach Nike i szczęśliwej niebieskiej czapeczce Nike, którą dostałam w nagrodę za pierwsze miejsce w Biegu na Czuja, organizowanym przez Avę. Nie miałam compressek, nie miałam ani jednego elementu wyposażenia sygnowanego przez Salomona, a przed samym startem odplątywałam rurkę od camelbaka, ponieważ się powyginała i nic nie chciało lecieć. Jednocześnie popychałam siłą woli zegarek organizatorów: nie gadajcie tyle, tylko strzelajcie na start, bo góry uciekną!! Wysłuchaliśmy hymnu Lavaredo Ultra Trail i wreszcie padł upragniony strzał. Avanti!
Piątkowa prezentacja elity kobiet. Z nr 1 - właścicielka najpiękniejszych nóg i dwukrotna zwyciężczyni UTMB, Rory Bosio
Przez saunę do lotu z aplauzem
Początek biegu jest łatwy - 2 km po asfalcie, bardzo łagodnie pod górę. Wzdłuż trasy stało sporo kibiców, wiele osób machało do nas i dopingowało z okien i balkonów mijanych domów. Po dwóch kilometrach z niewielkim kawałkiem STOP! Stoimy wszyscy w kolejce do wejścia na ścieżkę. Tak: w ko-lej-ce. Trwa to ze 2-3 minuty, a następnie posuwamy się pod górę wąziutką ścieżynką, w ślimaczym tempie. To nie na moje nerwy - gdzie tylko można, próbuję wyprzedzać bokiem. W końcu ścieżka nieco się rozszerza i już łatwiej mi robić to, co lubię najbardziej - podbiegać i podchodzić, pomagając sobie kijkami. Raz pomogłam sobie po chamsku - ogromny pan nie reagował na moje grzeczne prośby o zwolnienie kawałeczka ścieżki, więc szturchnęłam go kijkiem i śmignęłam dalej.
Las, w którym wspinaliśmy się pod górę, zasłaniał wszystkie widoki i parował w słońcu (poprzedniego wieczoru przeszła burza z wielką ulewą), więc po 5 km pot kapał mi z daszka czapki i miałam wrażenie, że jestem w łaźni parowej. Regularnie popijałam z camelbaka, po 5 km wciągnęłam pierwszy żel pomidorowy i wypatrywałam wyjścia z lasu jak zbawienia. Poza tym męczyło mnie przebywanie w ciągłym tłoku, wyprzedzanie, bycie wyprzedzaną i klaustrofobiczne poczucie zamknięcia.
Moje marzenie wreszcie się spełniło - po około 7 km las przerzedza się i najpierw biegniemy po płaskim, potem troszkę w dół i wreszcie wybiegamy na półkę skalną. Wszyscy, absolutnie wszyscy, w tym momencie robią: WOW! Część się zatrzymuje i wyciąga smartfony, aparaty albo kamerki. Widok jest rzeczywiście "WOW" - głęboko w dole widać dolinę z płynącą w niej rzeką, a po drugiej stronie poszarpane ściany skał. Straciłam już sporo czasu, więc nie zatrzymuję się na "pausa foto", tylko biegnę dalej. Ścieżka zakręca do kolejnego lasu i zaczynamy zbieg. Na zbiegu - no nie poznaję koleżanki - zbiegam bez włączonego ręcznego! Wreszcie mam trochę miejsca i po prostu puszczam nogi i jest super! Odbijam się od większych kamieni, wbijam pięty w żużel, lecę i śmieję się sama do siebie z czystej, dziecięcej radochy. Trwa ona około 1,5 km iiiii…. stoooooppppp. Po 10,8 km dobiegamy do miejsca, o którym przed startem ostrzegali organizatorzy: z powodu obfitych opadów strumienie górskie mocno wezbrały. Więc na tym najgorszym orgowie wybudowali w nocy prowizoryczny mostek z kamieni, gałęzi i linek. Od naszej gospodyni, przewodniczki górskiej i znajomej orgów, dowiaduję się później, że budowa została zakończona na 5 minut przed pojawieniem się pierwszego zawodnika LUT.
Wolontariusze pilnują, żeby nikt nie wpadł do rwącej, spienionej wody, która spada gwałtownie kilka metrów dalej. Noale znowu mamy korek. Przechodzę przez ten mostek, zatrzymuję się kawałek dalej na picie i kolejny żel, cykam zdjęcie i ruszam na kolejne leśne podejście. Widzę, że jestem w głębokiej dupie z czasem, więc macham ręką na spinanie się i postanawiam korzystać z tego biegu, ile się da: podziwiać widoki, robić zdjęcia, gadać z ludźmi i cieszyć się z fajnej wycieczki.
Korek do mostka
Po popasie i zdjęciach zaczynam długie, bo ponad 8-kilometrowe podejście, które prowadzi przez Val Travenanzes. Jeśli kiedykolwiek będziecie w okolicach Cortiny i będziecie mogli zrobić długą wycieczkę, koniecznie wybierzcie się do Val Travenanzes. To tak piękne, dzikie i surowe miejsce, że trudno było mi skupić się na kamienistej ścieżce, bo oczy ciągle wędrowały po wyrastających z dna doliny aż do nieba surowych skałach, po których co chwilę widać było spływające wodospady. Po lewej - masywy Tofane, po prawej - Cime di Furcia Rossa.
Na wąskiej ścieżynce dobiegam do pleców dwóch Włochów. Wymieniają właśnie, co wypiją po biegu: spritz Aperol. Albo nie - Hugo. A potem prosecco i ze dwa piwa. Potem zaczynają rozmawiać o tym, co zjedzą. Jeden chce tagliata di manzo (krótko podsmażane cienkie plastry polędwicy wołowej) z frytkami. Drugi skłania się ku un bel piatto di pasta. W końcu zatrzymują się na robienie zdjęć czy sikanie, a ja truchtam dalej. Zaczyna się forsowanie strumieni. Najpierw niewinne - zawsze można przekicać suchą nogą po kamieniach, choć czasem do tych najlepszych miejsc jest kolejka. Ale nadchodzi wreszcie moment, kiedy trzeba zmierzyć się z przejściem wpław. Ludzie stają, badają kijkami bród, niektórzy zdejmują buty i skarpetki. Trochę mnie wkurza kolejny przestój i ogólne rozmemłanie, więc po prostu przechodzę tam, gdzie nie ma tłumu. Obozinkusłodki, woda ma chyba minusową temperaturę, nawet jeśli to fizycznie niemożliwe! Wyskakuję na brzeg, tupię, żeby wylać nadmiar wody z butów i rozgrzać stopy i cieszę się, że słynny strumień już za mną.
Zaraz, zaraz. Przecież orgowie uprzedzali, że wody jest dużo, więc kto powiedział, że strumień będzie tylko jeden?
Dosłownie za chwilę (po tym, jak minęła mnie zawodniczka z psem, o którego mało się nie potknęłam) mamy kolejny strumień. Znów jedni badają głębokość kijami, drudzy ściągają buty i skarpetki, bidny pies boi się wejść, a ja z zaciśniętymi zębami włażę po kolana, zaciskam zęby jeszcze mocniej i staram się nie wywalić, bo nurt jest silny. Wychodzę, znów tupię na rozgrzewkę i ruszam truchtem, żeby jak najprędzej przywrócić krążenie w zlodowaciałych kończynach. No i tak jakoś głupio, przez brak czucia w stopach, zawadzam butem o wystający kamień i przy akompaniamencie przerażonych krzyków pozostałych biegaczy, lecę łbem do dołu pod ścieżkę, którą biegniemy. Przez głowę przebiega mi myśl "okurwa, przecież nie mogę tu rozbić głowy!" i robię coś (sama nie wiem co!), że w locie zmieniam trajektorię i ląduję na ugiętych nogach. Na szczęście na żużel, więc dosyć miękko. Temu wyczynowi towarzyszy aplauz, a ja już powolutku docieram do miejsca, w którym mogę chwilę odetchnąć po strzale adrenaliny. Nogi się pode mną trzęsą, cała się trzęsę. Piję izotonik, wysyłam smsa do męża z informacją o tym, gdzie jestem, zjadam kawałek batonika i po paru minutach znów ruszam.
Przez pierwszy kryzys do celebrity moments
Aby skrócić przydługą opowieść, napiszę tylko, że był jeszcze trzeci strumień i niektórzy znowu zdejmowali przed nim buty i skarpetki. Gdzieś w międzyczasie przebiegaliśmy obok punktu z wodą pitną, zorganizowanego przy niewielkim szałasie górskim. Przy tym szałasie zobaczyłam siedzącą na ławce zawodniczkę z elity - Włoszkę z nr 6. Nigdy nie zapomnę jej twarzy: biało-szara, z niewidzącym spojrzeniem człowieka, który sięgnął granic swoich możliwości. Nie ukończyła biegu.
Po trzecim strumieniu zaczęło się ostre podejście pod Forcella Col dei Bos. Nikt tam nie biegł. Ani Cortinowcy, ani coraz częściej spotykani LUTowcy. Za to "fucki" i "minchie" fruwały jak skowronki. Co chwilę ktoś stawał i ciężko dyszał. Mnie, po zjedzeniu kawałka batonika, było niedobrze. Ale szłam przed siebie, opierając się na kijkach, patrząc pod nogi i powtarzając sobie, że jeszcze tyle-a-tyle i będzie Rifugio Col Gallina, będą moje chłopaki, będzie jedzenie, będzie picie, położę się na chwilę na trawie. I tak cały czas. Ciężko. Zaczynam wątpić w to, czy w ogóle dam radę do końca. To mój pierwszy kryzys, a nie pokonałam jeszcze połowy trasy.
Przed samym końcem tego koszmarnego, lecz niezwykle pięknego widokowo (tak, czasem podnosiłam wzrok znad ścieżki) podejścia, czekała na nas niespodzianka - nieprzewidziany punkt z wodą, namiot North Face, wolontariusze i Carabinieri. Mam już dosyć izotoniku, więc wyciągam bidon i proszę o podanie wody, wciągam żel, wypijam prawie pół litra, składam kijki i ruszam przed siebie. Wolontariusze i Carabinieri zapewniają wszystkich, że teraz to już tylko "strada bianca" w dół i za niecałe 5 km będzie jedzenie.
Pomiędzy strumieniami w Val Travenanzes
Widok z krótkiego popasu pod Col dei Bos na Stelletto
I nagle, wbrew wszystkiemu, co wynika z wymalowanego na numerze startowym profilu trasy, mamy kolejny podbieg. Biegnący obok mnie Włoch wkurza się. Rozmawiamy przez chwilę, przyłącza się do nas biegaczka, z którą tasujemy się na trasie prawie do końca. Docieramy do miejsca, które wygląda na zrujnowaną fortecę z pierwszej wojny światowej i mamy zbieg. Dosyć stromy, po balach ułożonych po skosie. Słyszę z góry krzyki kibiców, dzwonienie dzwonków - już jestem prawie na miejscu! Więc dosłownie spływam na parking przy Col Gallina i po chwili widzę wybiegającego mi na spotkanie Ironmana. "Mama! Mama przybiegła!". Biorę Ironmana za rękę i truchtamy kawałek razem. Przebiegam sama przez matę pomiarową, rzucam się w stronę bufetu, zgarniam kilka cząstek cytryny, nabieram wodę do bidonu i rzucam się na trawę. Po chwili przychodzą chłopaki. Pożeram te cytryny, zjadam kawałek batonika i pół kanapki, którą przyniósł mi z domu mąż. Mówią mi, że Marcin K. (pozdhawiam kolegę z Polski!) przybiegł ponad godzinę przede mną. Zastanawiam się chwilę, czy jeszcze coś zjeść, ale znowu mi trochę niedobrze, więc rozkładam kijki, macham chłopakom i idę dalej. Góry lekarstwem na wszystko, łącznie z rzygawką. Z chłopakami zobaczymy się znów na Passo Giau.
Początek jest łatwy - niewielki zbieg przez las i płaska ścieżka po łące i mostku. Za mostkiem zaczynamy znów ostre podejście.
Kurde, jest mi naprawdę niedobrze. Chyba batoniki (sprawdzone) tym razem nie współpracują z moim żołądkiem. Podchodzę równym tempem, ale czuję, jak walka z mdłościami pożera moją energię. Dochodzimy do miejsca z niewielkim wypłaszczeniem. Znajduję sobie kamień, na którym przysiadam, znów wciągam żel, wypijam trochę wody i czuję, że mdłości powoli ustają. Ruszam. Pokonuję może 100 m, gdy słyszę za sobą "excuse me", odwracam się i puszczam drobną biegaczkę w bardzo brudnym ubraniu. W tym momencie mój wzrok łączy się z mózgiem i zdaję sobie sprawę, że właśnie przepuszczam Lizzy Hawker. "You're Lizzy Hawker" mówię odkrywczo i inteligentnie. "Yes". Zamieniamy kilka zdań i postanawiam sobie trzymać się Lizzy. Co prawda jest to niemożliwe, mimo, że i Lizzy idzie i ja idę, ale dzięki jej zabłoconej spódniczce i plecaczkowi z buddyjskimi chorągiewkami modlitewnymi, pokonuję kolejne okropne podejście, a w nagrodę mam królewski widok na Cinque Torri i Rifugio Scoiattoli. Zbliżamy się do Rifugio Averau - jednego z najwyższych punktów na trasie.
Zanim jednak tam dotrzemy, trzeba pokonać kolejne ostre podejście, na którym przepuszczam Rory Bosio, idącą na tych swoich idealnych nogach i podjadającą plastry suszonych jabłek z plastikowej torebki. Leży śnieg, słońce litościwie chowa się za chmurami. Schronisko już niedaleko.
C.d.n.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz