W poprzednim odcinku: stoję na starcie, grają "Rydwany ognia", potem motyw muzyczny z "Gwiezdnych Wojen" i...
Pierwsze 10 km
Odliczamy od 5, pada strzał i już ponad minutę później przekraczam linię startu.
Tkoboska, jaki tłum. Trzymam się pleców jednego z zajęcy na 3:30, bo kluczy między biegaczami, toruje wąziutką ścieżkę wśród łokci i kolan. Czasem ktoś mnie potrąci albo kopnie, czasem ja kogoś, ale panuje Wersal - bardzo przepraszam, o sorry i różne takie. Biegnę równo po 4:59, choć według Polara sekundę - dwie szybciej. Gdyby nie ten straszny ścisk, byłoby niebywale miło - jak podczas delikatnego rozbiegania po lesie. Plusem ścisku jest to, że nie czuję wiatru i robi mi się na tyle ciepło, że przed punktem odżywczym po 5 km wyrzucam stare rękawiczki.
Na punkcie jest takie zamieszanie i przepychanki (choć wolontariusze dwoją się, troją i czworzą), że gubię baloniki na 3:30. Chłopaki przebiegają bez picia, a ja mam jasną instrukcję od Maestro - pić parę łyków na każdym punkcie. No trudno. Lepiej zgubić baloniki, niż wpaść na ścianę.
Na szczęście tłum trochę się rozrzedza, więc od 7 km zaczynam delektować się biegiem. Dociera nagle do mnie, że lecę sobie w tempie poniżej 5 min/km i żyję, równo oddycham, czuję się jak na spacerze. Przybijam piątkę z chłopczykiem przebranym za Spidermana, uśmiecham się do kibiców - jejciu, jak jest przyjemnie!
Po 9,5 km wyciągam pierwszy żel i powoli go wysysam z tubki. Przed punktem odżywczym na 10 km stoją Edytka z Anią i machają do mnie. Kochana Edytka ma już dla mnie przygotowany kubeczek z wodą i specjalnie wygięła go tak, żeby miał dzióbek i żeby wygodnie mi się piło. Biegnie kilkanaście metrów obok mnie, zagrzewa do boju, aż się coś we mnie roztapia od takiej serdeczności.
Do półmetka
Na 13 czy 14 km mijam kolejny punkt muzyczny i ten zapamiętałam sobie najlepiej z wszystkich, bo pani śpiewa "Eye of the Tiger" i ma taki głos, że ciary biegają po plecach. Ta piosenka będzie mi dźwięczała w uszach przez cały dzień. Trafiłam w sumie lepiej z hitem maratonu, bo męża czepnęło się na jednym z punktów "Ona tu jest i tańczy dla mnie".
No to: "Don't lose your grip on the dreams of the past, you must fight just to keep them alive" i biegnę dalej. Na 15 km czekają znów Edytka z Anią - Edytka daje mi izotonik w butelce i kolejną dawkę pozytywnej energii. Przyda mi się, bo na osiedlu Rataje, którym aktualnie biegnę, duje niemożebnie.
18 km w nogach i zaczynamy podbieg. Podbieg, podbieg, podbieg - wamać, skoro jest pod górę, to ta góra powinna osłaniać od wiatru - takie zagadnienia z zakresu fizyki dla dociekliwych nurtują mój zrelaksowany biegiem mózg. Zwalniam, bo wydatkowanie energii na podbieg i walkę z wiatrem jednocześnie, może mnie za dużo kosztować za 10 km. Tempo spada po raz pierwszy.
Przed 20 km wyciągnęłam drugą tubkę z żelem i, nie wiem, jakim cudem, ale wypuściłam ją z ręki. Piruet, parę kroków w tył, tubka odzyskana! Trochę mnie to wybiło z rytmu. Na 20 km wypijam wodę, łykam kostkę cukru - gastronomiczna rozpusta.
Do 30 km
Na półmetku widzę, że o 3:30 będę musiała mocno powalczyć na drugiej połówce, bo mam troszkę powyżej 1:45. Lekko przyspieszam. Stojący przy drodze pan woła do mnie "Da pani radę!!". Zza pleców słyszę: "Ta pani tak zasuwa, że my tu wszyscy ledwo za nią nadążamy!". Odwracam głowę, a tam kilku panów chowa się za moimi plecami przed wiatrem. Jak miło. Ten najrozmowniejszy zrównuje się ze mną i zagaja pogawędkę, ale mnie się nie chce rozmawiać, więc pan mnie wyprzedza, leci do jakiegoś wypatrzonego znajomego i mówi mu tak "Ty, uważaj na tę panią z tyłu. Taka malutka, chudziutka, z małym tyłeczkiem, ale jak zasuwa."
Tkoboska.
Powoli dobiegamy nad Maltę - uffff... jest zbieg, drzewa osłaniają od wiatru. Rozmowny pan uciekł gdzieś mocno do przodu. Nad Maltą wieje, ale jest ładnie. Przypominam sobie swój koszmarny finisz sprzed 6 lat - mimo wszystko, tzn. mimo wiatru w dziób i rosnącego znużenia, jestem w milion razy lepszej formie. A poza tym podbieg już za mną i wszystko będzie dobrze. Tia.
Ledwo wybiegliśmy znad Malty, zaczyna się kolejny podbieg. Ciężko mi na nim, bardzo ciężko.
Dalszego odcinka, aż do 28 km, nie pamiętam za dobrze. Wiem, że wiało, że na 25 km znów wypiłam izotonik i zjadłam kostkę cukru i że za znacznikiem 28 km stało mnóstwo księży. Patrzyli na biegnących i nagle jeden mówi tak: "Ale jak mało kobiet biegnie", na co reszta pokiwała głowami. Przebiegamy nad Wartą, wyjmuję ostatni żel i wciągam go powolutku z narastającym wstrętem.
W okolicach 29 km czekają znów kochane dziewczyny. Edytka ma już dla mnie przygotowaną wodę, mówi, że mi dobrze idzie, żebym się trzymała. Uffff... Postaram się!
Do stadionu Lecha
Wbiegamy na piękny Sołacz, witani takim dopingiem, że natychmiast wyrastają mi skrzydła u nóg. Przez 2 km biegnę znów w dobrym tempie, uśmiecham się, wracają mi siły. Jest wspaniale! Jeszcze tylko do stadionu, a potem czeka mnie piękna prosta do mety. Czuję w sobie moc, energię - niesie mnie doping kibiców, chyba dosięga mnie potężna energia trzymających kciuki krewnych i znajomych. W głowie rozbrzmiewa głos Ironmana "Mamusiu, twoje butki mówią: dasz radę, dasz radę!". Oczywiście, to i owo pobolewa, jestem zmęczona, mam wrażenie, że rozkwasił mi się paluch, z którego po obozie w Tatrach zszedł paznokieć - w końcu przebiegłam już 30 km! Ale jest dobrze.
No i wtedy zaczyna się kolejny podbieg. Największy z wszystkich. Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że to już koniec i teraz będzie płasko, wypłaszczenie znów prowadzi pod górę. Przez głowę przelatują mi joby, na zmianę z motywacyjnymi pogawędkami z nogami: "proszę, ponieście mnie jeszcze przez niecałe 10 km!".
Coraz więcej ludzi idzie. Widzę dziewczynę, która mnie wyprzedziła jakieś 20 km wcześniej - idzie ze zwieszoną głową, więc klepię ją po plecach i mówię, żeby się nie poddawała. Nieomal czuję jej zmęczenie i rezygnację i tak strasznie mi jej szkoda. Kolejni ludzie zatrzymują się i albo przechodzą do marszu albo zatrzymują, rozmasowując sobie łydki lub uda, próbują się rozciągać.
35 km - łykam izotonik i rozgryzam kostkę cukru. Byle do stadionu.
Do stadionu biegniemy zygzakami, przez stadion - po przekątnej murawy - już bardzo chcę wrócić na główną trasę i dobiec do ostatniej prostej. Ale wcześniej jeszcze trzeba pokonać parę zakrętów typu agrafka, na których znów średnie tempo dostaje po tyłku. Gdzie ta prosta? Gdzie Grunwaldzka?
Do mety
W końcu skręcam w upragnioną Grunwaldzką, wrzucam szósty bieg i... nieeeeeee - zderzam się z szafą trzydrzwiową z lustrem, czyli silnym wiatrem, wiejącym prosto w twarz. Zwalniam, wysuwam głowę do przodu, kulę ramiona, zaciskam zęby i postanawiam nie dać się wiatrowi, tylko biec tak szybko, jak tylko będę mogła. Jeszcze 3,5 km pchania tej szafy.
Próbuję chować się za ludźmi, ale mi uciekają albo przechodzą do marszu lub zwalniają. Biegnę i staram się nie patrzeć na zegarek, bo wiem, że tempo jest słabe. Niestety pokusa wygrywa: 5:16, 5:20, 5:27, 5:30, 5:10 - to widzę rzucając okiem na ekran. Nie mogę szybciej - nie mam już siły na walkę z tak mocnym wiatrem. Wiem tylko, że za nic w świecie nie wolno mi przejść do marszu, choć marzę o tym, jak o niczym innym w życiu nie marzyłam, bo już nie zmobilizuję się do dalszego biegu. Jest mi zimno, bolą mnie łydki, barki i lewy dwugłowy. "Mamusiu, twoje butki mówią: dasz radę, dasz radę, dasz radę!" i jeszcze głos Maestro "Nie przechodźcie do marszu, nie schodźcie z trasy, kiedy Wam ciężko - zwolnijcie, ale biegnijcie cały czas."
39 km, 40 km, 41 km, 42 km i czekająca wśród kibiców Edytka, która woła, że to jeszcze tylko 200 metrów, że jestem dzielna. Nic jej nie odpowiadam, a tak bardzo chciałabym podziękować za to, co robi i co zrobiła dla mnie wcześniej na trasie.
Wbiegam na teren MTP i mobilizuję ostatki sił na finisz. Jest to o tyle możliwe, że wreszcie nie muszę walczyć z wiatrem, a poza tym słyszę głośno dopingującego męża i setki innych kibiców. Kawałeczek przed metą podnoszę nawet ręce i uśmiecham się, bo wiem, że nie złamałam 3:30, ale zwyciężyłam z Poznaniem: 3:35:01. Życiówka poprawiona o ponad 9 minut. Dopada mnie euforia, przemieszana z ulgą i potwornym zmęczeniem.
Za metą
Za linią mety podchodzi do mnie biegacz, z którym pokonywaliśmy nieomal ramię w ramię spory kawał trasy. Gratuluje mi, padamy sobie w objęcia. Zresztą mam ochotę uściskać wszystkich dookoła, ale zdaję sobie sprawę z tego, że - mokra i śmierdząca - mogę nie być najlepszą kandydatką na przytulankę.
Wypijam coś, zjadam parę kawałków pomarańczy, odbieram folię, medal i różę, po czym padam w objęcia męża, który przybiegł z czasem 3:20:52 (życiówka), pokonując na trasie kryzysy życia.
Koniec!
Epilog
Jeszcze tyle emocji kłębi się we mnie! Wbrew obawom, nie jestem nawet specjalnie obolała. Najbardziej ucierpiały moje stopy - ciekawe, czy zdążę je doprowadzić do ludzkiego stanu przed kolejnym maratonem?
Zastanawiam się, czy kiedyś przestanę tak straszliwie przeżywać starty, szczególnie te na królewskim dystansie i podchodzić do nich na większym luzie. Tzn. ze stresem, który nie będzie paraliżował i wyprawiał cudów z moim żołądkiem. Może?
Chciałabym bardzo podziękować Maestro za treningi i wyrozumiałość dla mojej paniki przedstartowej. Na trasie nie miałam żadnych sensacji typu ściana albo skurcze, wiem, że byłam bardzo dobrze przygotowana, a na warunki atmosferyczne trudno cokolwiek zaradzić. Ogromnie dziękuję Edytce i Ani, ale szczególnie Edytce - za punkty wsparcia wodą / izotonikiem / dobrym słowem. Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki, przed biegiem wspierali mnie dobrą energią - Wasza wiara we mnie i wsparcie bardzo mi pomagały na trasie. Jak zawsze! Mężowi dziękuję za akcję pierwszej pomocy w niedzielny poranek i za to, że od lat wspólnie dajemy radę organizować sobie życie domowe tak, żeby każde z nas mogło biegać bez szkód w ludziach.
Znowu zaczynam się wzruszać, więc przejdę do szczegółów technicznych:
Maraton w Poznaniu stał się imprezą na europejskim poziomie. Nie mogę powiedzieć o organizacji niczego, co nie byłoby pochwałą - zarówno jeśli chodzi o expo, jak i bieg oraz strefę za metą. Poznań? Piękne, uporządkowane, schludne miasto, którego mieszkańcy zapewnili doping, jakiego jeszcze chyba nigdzie nie widziałam.
Tegoroczna trasa została wytyczona po raz pierwszy. Prowadzi tak, jakby była wewnętrzną obwodnicą Poznania. Niestety nie jest łatwa, ponieważ od 18 km roi się na niej od mniejszych i większych podbiegów. Z tych większych najgorszy jest pierwszy (18-19 km), drugi (na 24 km) i ostatni - ten po 32 km. Polar wymierzył około 210 m przewyższenia , co na asfaltowym maratonie w płaskim mieście, jest niezłym wynikiem.
I to chyba na tyle. Porachunki wyrównane, życiówka zrobiona - teraz odpoczywam, opycham się wszystkim, co tuczy, delektuję poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. W głowie kiełkują mi plany na przyszły rok, ale o nich - kiedy indziej.
wtorek, 13 października 2015
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
12 komentarzy:
Szacun za walkę! I gratuluję pieknego wyniku i zyciówki
Gratki, Haniu. Wielki podziw!
(Ja też myślałam, że moje miasto bardziej płaskie)
Pięknie było! Gratulacje oczywiście za wynik. Ciekawe masz przygody na trasie, chłopaków tak nikt nie zachęca czy komentuje :)
Ja z księży to zapamiętałem tylko grupę przebierańców - niby zakonników co grali jakiegoś ciężkiego rocka - ze dwa razy stali przy trasie i dodawali energii! A ta pani co śpiewała - też kojarzę, to też było super :)
Jak zwykle u Ciebie emocjonująca relacja - potrafisz oddać to co się działo na trasie :) Gratulacje ogromne Haniu, bardzo się cieszę z Twoje życiówki i że mimo przeciwności i cholernego wiatru dociągnęłaś planowo do końca. Brawo brawo!
Dziękuję :)
Niewinnie wygląda, a potem wychodzi bieg górski :D
No wiesz - kobiet była 1/6, więc stanowiły atrakcję ;) Tych przebranych za zakonników też pamiętam!
Dziękuję :) Ten wiatr i poranne przygody chyba były najgorsze!
Haniu, bardzo fajna relacja w dwóch częściach.
Gratuluję Tobie walki, zwłaszcza na ostatnich kilometrach. Każdy tam walczył i nie była to uczciwa walka. Dwa lata temu w Poznaniu na koniec był spory podbieg a w tym roku organizatorzy załatwili nam wiatr.
Ciesze się, że podobało się Tobie w moim rodzinnym mieście.
Gratuluję życiówki i podziwiam za walkę! Poznań słynie z podbiegów i wiatru, choć całe szczęście wyłączyli z trasy słynną 'Serbską' - podbieg na 35. km, który masakrował chyba każdego. Mimo że nie jestem poznanianką (choć w sumie prawie jestem) to miło było przeczytać miłe słowa o Poznaniu. Mam nadzieję, że będę mogła podobnie napisać w kwietniu o Wawie, no, może nie licząc podbiegów i tego wiatru ;)
W Warszawie może być jeden podbieg, ale braku wiatru zagwarantować nie mogę ;)
Dziękuję! Pewnie, że się podobało :)
Prześlij komentarz