Czytelnikom blogusia oraz eFPe na eFBe trudno było nie zauważyć, że wczoraj pobiegłam (i dobiegłam) w maratonie w Poznaniu.
Pozwólcie, że opowiem Wam teraz całą historię:
Prolog
Z Poznaniem miałam pewne porachunki od 2009 roku, kiedy to zaliczyłam tam najgorszy bieg życia. Pewnie już nie raz opowiadałam tę smutną bajkę, ale opowiem jeszcze raz (w telegraficznym skrócie): przez cały wrzesień byłam leczona na rzekome zapalenie zatok, głównie hojnie przepisywanymi antybiotykami. Zamiast zrezygnować ze startu w jesiennym maratonie, uparłam się na ten Poznań i na łamanie czterech godzin, nie bacząc na osłabienie i na dziury w treningu.
W poranek maratoński, zimny i mokry, wyrzygałam całe śniadanie, wcześniej zakrztusiwszy się pastą do zębów. Zamiast spakować torbę i pójść na dworzec - z pustym żołądkiem, osłabiona, odwodniona, pojechałam na start. Trasa prowadziła po dwóch pętlach - zamiast po pierwszej pójść do depozytu i udać się na dworzec, pobiegłam dalej. Od 25 km głównie szłam albo siedziałam na krawężnikach. Dowlokłam się do mety z czasem 4:47 i łzami w oczach. Obiecałam sobie, że kiedyś do Poznania wrócę, żeby na metę wbiegać z uśmiechem (kluczowe jest słowo "wbiegać").
Jadę!
Mijały lata (jak w bajce!).
W końcu, tej wiosny, podczas kurowania kolejnego bakcyla, przywleczonego przez Ironmana z przedszkola, podjęłam decyzję - przyszedł czas na poznańską jesień.
Mijały miesiące, podczas których trenowałam raczej sumiennie. Przyszedł sierpień i zaczęła się praca na poważnie. Co prawda, poza dwoma obozami biegowymi, mój kilometraż tygodniowy rzadko przekraczał 60-65 km, ale też nie szykowałam się na wynik poniżej 3 godzin. Marzenia miałam znacznie skromniejsze.
Nowienc, biegałam, biegałam, biegałam. Do lipca ćwiczyłam regularnie na siłowni. Od sierpnia faszerowałam się kiszonkami, sokiem z kiszonych buraków, probiotykami i wszelkim innym dobrem na wzmocnienie odporności.
Pozostawało jedno pytanie - na ile ten maraton?
Po testach, przeprowadzonych przez Maestro, i długich dyskusjach, stanęło na tempie 4:52-53 min/km. Po tyle biegałam treningi w drugim zakresie, podczas których moje tętno nie szalało, a zakwaszenie było podręcznikowe. Poza tym w przedziale 4:50 - 4:55 mogłam biegać bez zegarka i z zamkniętymi oczami. To tempo po prostu stało się "moje". Ale moja jest też głowa, która nie mogła tego tempa zestawić z odległością 42,195 m, a to zaowocowało gigantycznym stresem przedstartowym oraz huśtawkami emocjonalnymi od "dam radę" do "padnę trupem".
Pewnych rzeczy nie da się zmienić sokiem z kiszonych buraków. A szkoda.
Przyjechaliśmy
Wygodnie jedzie się ekspresem z Warszawy, choć w przedziale siedzi para - ona biegła już w maratonach, on będzie debiutował. Mili są, młodziutcy, a jednak mam ochotę ich udusić, kiedy cały czas nawijają o bieganiu, bo sama próbuję zapomnieć, po co do tego Poznania jadę.
Zameldowaliśmy się w hotelu, przebraliśmy w ciuchy biegowe i wyszliśmy na mały rozruch. Potem prysznic, makaron i idziemy po pakiety startowe. Expo - ojacie! To nie namiot z Malty, w którym było może 5 stoisk, hulał wiatr, a wolontariusze wydawali brzydkie worki z bawełnianymi giezłami, udającymi koszulki okolicznościowe. Sprawnie odbieramy numery startowe, pamiątkowe koszulki i zestawy gastronomiczne: niepasteryzowane piwa niskoalkoholowe (sztuk 2 - bardzo smaczne), sok pomidorowy i gorzką czekoladę z bakaliami. Plus praktyczny worek na różne różności.
Zwiedzamy expo i robimy drobne zakupy - mąż kupuje sobie gumę do ćwiczeń, a ja szałowe "rękawki" w różowe arbuzy. A następnie przemieszczamy się na spotkanie z autochtońskimi przyjaciółmi. Jest bardzo miło. Kochani - przynieśli mi bluzę, którą będę mogła zostawić na starcie, bo w pośpiechu przedwyjazdowym nie zabrałam ze sobą nic do uratowania się przed hibernacją. Tylko dopada mnie taki stres, że nie jestem w stanie jeść. Ja - wiecznie głodna, siedzę nad talerzem pyszności i gmeram w nich, jakby tam było surowe białko jaja z natką kolendry (gdyby ktoś chciał mnie torturować, nie trzeba zadawać bólu - wystarczy dać mi surowe białko z natką kolendry). Mam ochotę zbierać manatki i wracać do Warszawy, rzucić bieganie na zawsze, nigdy więcej nie zapisywać się na żadne zawody.
Po spotkaniu wracamy do hotelu, w którym czekają już nasi startujący znajomi i Maestro. Czeka nas wielka narada przedstartowa. Maestro, widząc mój stan przedzawałowy, proponuje, żebym pobiegła wolniej. Na 3:29. Pierwsze kilometry po 5:00-5:02, potem stopniowo przyspieszam i trzymam tempo do końca. Tłumaczy, kiedy mam co jeść, kiedy co pić. Od tych rozmów jakoś się uspokajam, poza tym 5:00, to nie 4:53 (ta czwórka z przodu mnie przeraża) i wracam w lepszej formie do pokoju. Jeszcze trochę jedzenia i picia i - spać. Zasypiam natychmiast.
Historia lubi się powtarzać
Budzik dzwoni o 6:00. Mąż wstaje pierwszy, a mnie chwilę później atakuje rosnący stres, więc kręcę się po pokoju szykując rzeczy na bieg. Prysznic i zjeżdżamy na śniadanie. Prawdę mówiąc, jest mi niedobrze na widok każdego jedzenia. W końcu wybieram bułkę i dżem. Wypas!
Tę bułkę żuję bez większego przekonania. Gadamy wszyscy przy stole, ale jakoś nie mogę odnaleźć w sobie luzu z poprzedniego wieczora. Kiedy wracamy z mężem do pokoju, natychmiast kładę się z powrotem do łóżka i próbuję podrzemać jeszcze troszkę do momentu, kiedy trzeba będzie wyjść na rozgrzewkę. Buła z dżemem leży mi kamieniem na żołądku.
Dobra, trzeba wstawać, bo robi się późno. Idę umyć zęby i.... bułka wyleciała, którędy wleciała.
Przez głowę przebiega mi jedno jedyne słowo: kurwamać.
Z wykrzyknikiem.
Przybiega mąż i udziela mi pierwszej pomocy - daje ręcznik, każe głęboko oddychać, cały czas coś mówi (nie pamiętam, co). Po kilku minutach jest lepiej, ale w głębi ducha czuję, że coś kiepsko idzie mi wyrównywanie rachunków z Poznaniem.
No nic - wychodzimy na rozgrzewkę. Japierdzielę, jak zimno! Truchtamy, robimy przebieżki, troszkę gimnastyki i wracamy do hotelu na ostatnie siku i inne takie.
Start
Mimo tłoku, udaje nam się przepchnąć w miarę do przodu. Sama ustawiam się strategicznie w okolicy baloników na 3:30. Postanawiam powieźć się trochę na ich plecach, żeby nie tracić tempa na pierwszych kilometrach. Życzymy sobie wszyscy powodzenia, z mężem wymieniamy całusy i przytulańce oraz kopniaki w tyłek i.... kurteczkanawacie, to JUŻ!! Ja mam JUŻ biec. Aaaaaaa!!!
Aby nie powtórzyć wyczynu sprzed godziny (w brzuchu tańczą wszystkie posiłki zjedzone w ciągu ostatniego tygodnia), skupiam się na podzieleniu trasy na kawałki. To zadziałało w Lozannie - musi zadziałać i teraz.
A więc: na 5 km muszę wypić parę łyków izotoniku. Na 10 km będą stały Edytka z Anią, więc zobaczę znajome twarze, zatankuję żel i wypiję trochę wody. Na 15 km znowu zobaczę dziewczyny i wypiję izotonik. Na 21.1 km będzie półmetek, więc już w ogóle prawie meta, a wcześniej zatankuję żel i wypiję trochę wody. Na 25 km - izotonik, a poza tym tam gdzieś będzie Malta, na której finiszowałam z płaczem 6 lat temu (może nie za dobre wspomnienie, ale zawsze jakieś), na 30 km zobaczę dziewczyny, zatankuję żel i wypiję trochę wody. A potem będzie mi się dobrze biegło, bo w Lozannie świetnie mi się biegło aż do podbiegu na 38, 39, 40 i 41 km. Ale Poznań to nie Lozanna i na pewno nie będzie tylu strasznych podbiegów.
Jak niewiele jeszcze wiedziałam...
C.D.N.
poniedziałek, 12 października 2015
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
Fajnie straszysz tą Lozanną :) no czekamy na dalszą część bo zaczęło się bardzo dramatycznie :)
Eeee, nie chcę straszyć :) Tam po prostu jest pagórkowato i bywa wietrznie. Wszystko rekompensują widoki, kibice i świetna organizacja.
Prześlij komentarz